Kapitan Phillips ****

USA 2013 (Captain Phillips) Reż. Paul Greengrass. Aktorzy: Tom Hanks, Barkhad Abdi
Zwyczajny Amerykanin kontra somalijscy piraci.

Paul Greengrass jest ostatnio kojarzony z dwoma "Bourne'ami", które wyreżyserował, ale ja pamiętam go głównie z filmów opartych na autentycznych wydarzeniach, takich jak "Krwawa niedziela" i "Lot 193", zdecydowanie najlepszy film o tragedii 11 września. W rekonstrukcyjnej robocie jest nie do pobicia, a "Kapitan Philips" zapewne jeszcze umocni jego zawodową renomę. W filmie tym, tak jak w wymienionych powyżej, również opowiada historię, która wydarzyła się naprawdę, i znów robi to z imponującą biegłością - realistycznie, z zachowaniem wierności wobec faktów i dbałością o szczegół, a zarazem efektownie, z wyczuciem dramaturgii i umiejętnością stopniowania napięcia.



Tytułowy kapitan Phillips (Hanks) stoi na czele załogi ogromnego statku handlowego, który zostaje zaatakowany przez czterech uzbrojonych somalijskich piratów. Napastnicy - pod wodzą chudego jak szkielet Muse (Abdi) - wdzierają się na pokład żądając pieniędzy ("To nie Al.-Kaida. To biznes", wyjaśnia Muse), ale znaleziona w sejfie kwota ich nie zadawala...

Film rozkręca się powoli, i w pierwszej części, gdy załoga bawi się z napastnikami w chowanego, porywający nie jest. Gdy jednak akcja przenosi się do niewielkiej łodzi ratunkowej, gdzie Philips zabrany zostaje w charakterze zakładnika, napięcie rośnie, osiągając taką kulminację w ostatnich dwudziestu minutach, że siedzi się dosłownie na krawędzi fotela (przypomina się finałowa sekwencja z "Wroga numer jeden" Kathryn Bigelow, i ze względu na świetną inscenizację, i z racji pewnej ambiwalencji uczuciowej, z jaką się ją ogląda). Na plus trzeba zapisać też filmowi, że nie robi się tu z somalijskich piratów potworów i sadystów (tylko jeden jest narwany i nie wiadomo, co mu strzeli do głowy), a kolei z naszego kapitana jakiegoś super-bohatera. Odwrotnie - Philips ukazywany jest jako człowiek bardzo przeciętny, który musi stawić czoła nadzwyczajnym okolicznościom. Jest spokojny (przynajmniej na pozór), opanowany, czuje się odpowiedzialny za swoją załogę, ale żaden z niego heros. Wie, że w starciu bezpośrednim nie ma szans, może tylko swoich przeciwników nawet nie tyle przechytrzyć, co skutecznie oszukać. Muse, z którym prowadzi tę niebezpieczną grę, z kolei przedstawiany jest nie jako bandyta, ale raczej zdesperowany facet, przymuszony życiowymi okolicznościami do odegrania roli, która wcale mu nie odpowiada (Greengrass nie byłby sobą, gdyby nie wspomniał tu o globalnych nierównościach i niesprawiedliwości panującej na świecie). Pod koniec odczuwamy do niego coś na kształt sympatii - jak do kogoś, kto w gruncie rzeczy jest tu słabszą stroną (Phillips jest wprawdzie jeden, ale stoi za nim potęga amerykańskiej marynarki wojennej). Świetnie jest to też wszystko zagrane, co w przypadku Hanksa nie jest niespodzianką, ale gdy dowiedziałem się, że Abdi jest niezawodowym aktorem, naturszczykiem, nie mogłem uwierzyć - tak dobrze sobie radzi w konfrontacji z, jakby nie było, starym repem i zdobywcą dwóch Oskarów. Hollywoodzkie kino, oczywiście (z nieuniknionymi miłosnymi zapewnieniami pod adresem żony itp.), ale to Hollywood w dobrym stylu.