Dotyk grzechu ****

Chiny-Japonia 2013 (Tian zhu ding). Reż. Jia Zhang-ke. Aktorzy: Jiang Wu, Baoqiang Wang, Tao Zhao, Lanshan Luo
Wstrząsający portret Chin, które zarażają ludzi frustracją, brakiem empatii i chęcią zemsty.

W tym porażająco pesymistycznym filmie chińska rzeczywistość przypomina teatralną arenę, w której największym przestępstwem jest wyjście ze swojej roli. Dziewczyny w domu uciech odgrywają niewinne lolity, przebierane przez szefów jak lalki Barbie. Kelnerzy uczeni są, by do klientów zwracać się "Nasz Znamienity Gościu". A kiedy młody szef kopalni ląduje własnym samolotem, witają go ubrane w ludowe stroje dziewczęta, jak na PRL-owskich apelach ku czci władz. Szef jest "swój", z robotniczego ludu, więc można go zapytać o wszystko. Teoretycznie, bo niewłaściwe pytanie skończyć się musi brutalnym pobiciem.

Jia Zhang-ke, autor pamiętnej "Martwej natury", swoim nowym filmem mocno zaskoczył: ta misternie upleciona, wielowątkowa historia pełna jest agresji, krwi, roztrzaskiwanych twarzy i łamanych kości. Wywiedziony z tradycji wuxia "Dotyk grzechu", pozbawiony co prawda scen ze sztukami walki, ma w sobie iście operową przesadę, w najbardziej dosadnych scenach jakby z góry założoną sztuczność. Paradoks polega na tym, że nawet jeśli przemoc jest na naszych oczach "odgrywana", sam film ani na chwilę nie zbacza ze swojej konsekwentnej, realistycznej struktury.

Spotykający się przypadkiem, a raczej mijający się znacząco bohaterowie kolejnych wątków portretowani są z początku w swoich własnych światach, w których docierają do ściany. Buńczuczny górnik nie chce zgodzić się na wyzysk w kopalni, chce złożyć skargę na swojego szefa, ale jego misja wydaje się w pewnym momencie z góry skazanym na niepowodzenie szaleństwem, aktem rozpaczy bardziej niż działania. Podobna złość połączona z wybuchem agresji rodzi się w recepcjonistce z domu publicznego, która od lat spotyka się żonatym mężczyzną: najpierw zostanie upokorzona przez jego żonę, a potem przez obleśnych klientów, którzy chcieliby ją potraktować jak dziwkę.

"Dotyk grzechu" opowiada co prawda o konkretnych ludziach - w dodatku każda z historii, choć nieco na potrzeby scenariusza zmieniona, zdarzyła się naprawdę - ale przy okazji kapitalnie portretuje świat, który permanentnie zaraża frustracją, wpędza w rolę ofiary. Brak empatii, egoizm, wyzysk, tłumiona chęć zemsty rozprzestrzeniają jak wirus, atakują wszędzie: w pracy, na ulicy, na lotnisku, w restauracji. Kilkakrotnie powraca symboliczny obraz konia, którego woźnica niemiłosiernie tłucze w akcie furii - Zhang-ke pokazuje Chiny jako kraj, w którym uśpiona przemoc tylko czeka, żeby wyżyć się na słabszym. Ale nie ma w tym żadnego społecznego buntu, zalążka rewolucji. Każdy działa na własną rękę, solidarność zostaje zastąpiona pojedynczymi aktami agresji.

Ten film ogląda się oczywiście jak metaforę: spiętrzenie korupcji, zniewolenia, absurdu politycznej poprawności, wreszcie przemocy jest tak wielkie, że chwilami niemal nużące. Z drugiej strony łatwość, z jaką bohaterowie Zhang-ke zadają śmiertelne ciosy, to coś więcej niż scenariuszowy chwyt: "Dotyk grzechu" to wizja świata na krawędzi, który nie jest w stanie się zmienić, a zdolny okazuje się wyłącznie do autodestrukcji.

"Jestem optymistą" - twierdzi reżyser, który kończy film fragmentem inscenizowanej na ulicy opery: sędzina, śpiewając, zadaje kobiecie-morderczyni pytanie: "Czy rozumiesz swój grzech?". Można odnieść wrażenie, że bohaterowie "Dotyku grzechu", wyróżnionego w Cannes nagrodą za scenariusz, organicznie tęsknią za katharsis. Ale nic i nikt nie pomaga im tej tęsknoty spełnić.