Rakieta ****

Australia 2013 (?The Rocket?). Reż. Kim Mordaunt. Aktorzy: Sitthiphon Disamoe, Loungnam Kaosainam, Thep Phongam
Opowieść o 10-letnim chłopcu (mającym przynosić nieszczęście), który wędruje ze swoją rodziną przez Laos w poszukiwaniu nowego domu.

A co ze starym? Otóż australijska kampania energetyczna zbudowała tamę, a teren, gdzie się dom znajduje, ma zostać zatopiony. Ahlo (tak się nazywa chłopczyk, naturalnie grany przez Disamoe) i jego rodzina zostają więc bezceremonialnie wysiedleni (nie zazdroszczę mieszkańcom kraju, gdzie rządzi komunistyczny de facto reżim, a jeszcze wchodzi międzynarodowy biznes) i mają zamieszkać we wspaniałym osiedlu, które okazuje się nędznym slumsem. A to jeszcze nie koniec ich wędrówki..

Ahlo zaś ma przynosić pecha i ściągać nieszczęścia, gdyż jest bliźniakiem, którego braciszek zmarł przy urodzeniu, co wedle miejscowych wierzeń czyni zeń osobę jakby podwójnie przeklętą. Trzeba też przyznać, że pewne tragiczne wydarzenie na początku drogi (z którym zresztą wszyscy przechodzą do porządku dziennego zadziwiająco łatwo) zdaje się to przekonanie potwierdzać. Dramaturgia "Rakiety" zasadza się więc na dwóch równorzędnych pytaniach: po pierwsze, czy rodzina Ahlo zdoła znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi, a po drugie, czy Ahlo uda się zrzucić z siebie ciężar klątwy.

Australijski, ale rozgrywający się w egzotycznym kraju film jest ciekawy m.in. ze względu na swoją scenerię. Oszałamiająco piękne krajobrazy sąsiadują z przygnębiającymi obrazami zaniedbania, nędzy i dewastacji. Ziemia wszędzie usiana jest niewypałami bomb - pozostałościami wojny, która skończyła się dziesiątki lat temu (jedna scena, związana z ich obecnością, jest prawdziwie surrealistyczna). "Rakieta" ma też dobrze napisane postacie (nie mówiąc o tym biednym, ale dźwigającym swoje brzemię z zaskakującą pogoda ducha Ahlo): zrzędliwa, obwiniająca chłopca o wszystko babka, oschły, zamknięty w sobie ojciec, poznany przypadkiem ekscentryczny "wujek Purple", były żołnierz, alkoholik i miłośnik Jamesa Browna oraz jego 9letnia bratanica Kia, z którą nasz bohater nawiązuje coś w rodzaju dziecięcego romansu. Same historia ma pewien luz, jakieś sympatyczne niewysilenie, nie trzyma się kurczowo scenariuszopisarskich zasad, przez co wydaje się prawdziwsza i bliższa życia, z całą jego przypadkowością i kapryśnością (choć niektóre jej fragmenty są dość nużące). Wady? Jej humor był dla mnie nieco zbyt egzotyczny, a zakończenie, rozgrywające się podczas niezwykłego "Festiwalu Rakiet" - zbyt łatwo przewidywalne i nadmiernie już optymistyczne. Poprawia nastrój i zwiększa zapewne szanse "Rakiety" na Oskara w kategorii filmu zagranicznego (Akademicy lubią happy-endy), ale w tym wcale nie tak jednoznacznym jak się wydaje filmie razi swoja oczywistością.