Oldboy: Zemsta jest cierpliwa ***

USA 2013. (?Oldboy?) Reż. Spike Lee. Aktorzy: Josh Brolin, Elizabeth Olsen, Sharlto Copley, Samuel L. Jackson
Marny remake bardzo dobrego filmu.

Joe (Brolin), menadżer z agencji reklamowej, pewnego wieczoru upija się do nieprzytomności, a rano budzi się w pokoju hotelowym, gdzie następnie przez 20 lat jest przetrzymywany jak w więzieniu - nie wiadomo przez kogo i nie wiadomo dlaczego. Wie tylko, że został wrobiony w morderstwo swojej byłej żony, z którą miał 3letnią (w momencie uwięzienia) córeczkę. Gdy zostaje wypuszczony na wolność, chce je odnaleźć, ale przede wszystkim dowiedzieć się, kto go skazał na ten nieludzki wyrok, dopaść go i się zemścić..

Sporo tych zadań, z czego wynika pewna pośpieszność filmu i raptowność rozwiązań: np. gdy Joe sporządza listę osób, które skrzywdził lub się im naraził, jest ona tak długa, że, gdyby choć częściowo miał ją zweryfikować, "Oldboy" musiałby być pełno-sezonowym serialem telewizyjnym. Na szczęście wtedy natychmiast zgłasza się do niego ów tajemniczy dręczyciel (przerysowany Copley z "Dziewiątej dzielnicy") z propozycjami dalszej zabawy. Takich pomysłów motywowanych głównie wygodą scenarzysty jest tu więcej, ale nie one przesądzają o porażce filmu.

"Oldboy" jest remake' iem thrillera południowokoreańskiego reżysera Chan-wuk Parka i - choć trzyma się generalnie fabularnej linii oryginału - przypomina tłumaczenie obcojęzycznego tekstu przez słownik Google'a. Film Parka był pokręcony i miejscami dziwaczny, ale umowność wydarzeń łykało się bez trudu - i ze względu na styl opowiadania i egzotyczność scenerii. Przeniesiony w bardziej znany kontekst i na siłę (na ogół zresztą daremnie) racjonalizujący działania postaci "Oldboy" Lee jest naciągany, nielogiczny, fałszywie brzmiący, nieprzekonujący, a jego odniesienia do greckiej tragedii wypadają pretensjonalnie. Ogląda się go nieprzyjemnie i ze względu na nasilenie aktów przemocy (pod tym względem - ale tylko pod tym - Lee przebił nawet Parka) i z powodu wyjątkowo antypatycznego bohatera (arogancki, a w sumie żałosny pijak, który się w zamknięciu zdyscyplinował, nauczył z TV sztuk walki (!) i teraz grzmoci wszystkich naokoło, trzeba, czy nie trzeba). Oh Dae-Su z koreańskiej wersji też aniołkiem nie był, ale, nawet jeśli wzbudzał niechęć, to szybko była ona tłumiona współczuciem dla jego losu i dalej już jego poczynaniom się kibicowało - Joe'mu niespecjalnie, a nie ma on zarazem charyzmy i wielkości klasycznych "anty-bohaterów". W ogóle wydaje się, że filmy Parka mógłby udatnie "amerykanizować" raczej reżyser o wrażliwości Tarantino czy Rodrigueza, a nie autor "Rób, co należy". Nie każdy też jest Martinem Scorsese, któremu udało się w "Infiltracji" zamienić Hong Kong na Amerykę i jeszcze dostać za to Oskara.