47 roninów

Ostatni raz tak niesprawiedliwą i miażdżącą krytykę czytałem przy okazji "Jeźdźca znikąd". Różnica między tymi dwoma filmami jest taka, że "Jeździec" był wyśmienity, a "47 roninów"... da się obejrzeć.

Rozmiłowany w sztukach walki od czasu "Matrixa" Keanu Reeves wciela się w mieszańca - białego człowieka wśród ekstremalnie rasistowskich Azjatów - przypadkowo wplątanego w spór między dwoma japońskimi królestwami. Gdy przywódca sąsiedniego państewka doprowadzi do śmierci władcy Ako, mieszaniec, wspólnie z następcą zmarłego, Oishim (Hiroyuki Sanada znany z "Godzin szczytu 3", "W stronę słońca" czy "Wolverine'a", który jako jedyny aktorsko daje radę), poprowadzi do zemsty pozostałych 45 roninów.

"47 roninów" powierzonych zostało debiutującemu reżyserowi, Carlowi Rinschowi. Gdyby zrealizował swoją wizję do końca, moglibyśmy dostać naprawdę świetny obraz. Proces powstawania filmu się jednak przedłużał, budżet pęczniał i w pewnym momencie całkowitą kontrolę nad produkcją przejęła jedna z prezesek wytwórni Universal, która okazuje się odpowiedzialna za większość wad miażdżonego przez krytykę filmu (doprowadziła m.in. do wzmocnienia kiczowatego wątku miłosnego i drastycznego powiększenia liczby scen z Keanu Reevesem, co z kolei zwiększyło liczbę scen, w których biorą udział istoty nadprzyrodzone, ponadto dorzucono kompletnie zbędne 3D).

Choćby ze względu na sporą dawkę fantasy (i Keanu Reevesa), "47 roninów" nie jest ekstremalnie wiernym przedstawieniem owego istotnego momentu historii Japonii, ale z poziomem jej odzwierciedlenia nie jest tak źle, jak niektórzy usilnie sugerują - kodeks samurajów czy ówczesne realia zaprezentowane zostały naprawdę nieźle.

Fatalne jest aktorstwo. Groźne i przerażone miny Japończyków mogą tylko wzbudzać śmiech. Wcielająca się w wiedźmę Rinko Kikuchi ("Pacific Rim") daje jeden z najbardziej żałosnych występów kinowych ostatnich lat.

I co z tego (a może właśnie dlatego?) - na "47 roninach" można się świetnie bawić! Zwłaszcza odczytując kolejne filmowe nawiązania, które raczej nie zostały tu wrzucone celowo. W szoguna wciela się Cary-Hiroyuki Tagawa, który gra tak samo, używa identycznych zwrotów i robi te same rzeczy, co wtedy, gdy był Shangiem Tsungiem w "Mortal Kombat". Ekipa roninów przemierzająca piękne krajobrazy? "Władca pierścieni"/"Hobbit". Beznosy nauczyciel Keanu Reevesa? Toż to Lord Voldemort! Scena opracowywania planu zemsty? Parodia "Ocean's Eleven"! Na deser - pojedynek ze smokiem (raz jeszcze "Hobbit"/"Mortal Kombat 2: unicestwienie"). Cała "Seria niefortunnych zdarzeń".

Ocena film.gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 3/6 Jeśli uznać, że reżyser porusza się po cienkiej linii autoparodii, brnie w egzaltację, kicz, ale zarazem pozwala nam się tym bawić, film może być perwersyjnie całkiem udany. I właśnie za to, trzecia gwiazdka. Za kampowy wdzięk - ocenia Paweł T. Felis



47 roninów (47 ronin)
Fantasy, Przygodowy, USA 2013, 119 minut;
Reżyser: Carl Rinsch; Występują: Keanu Reeves, Hiroyuki Sanada, Tadanobu Asano
Dystrybutor: UIP

Więcej o: