Wykapany ojciec ***

USA 2014 (Delivery Man) Reż. Ken Scott. Aktorzy: Vince Vaughn, Chris Pratt, Cobie Smulders, Andrzej Blumenfeld
Komedia rozrodcza czyli Polak potrafi.

Ulubionym bohaterem współczesnej komedii amerykańskiej jest niedojrzały facet w średnim wieku, któremu okoliczności nakazują w końcu dojrzeć. Kolejnym okazem tego gatunku jest David Woźniak (Vaughn w koszulce z napisem "Warsaw"), nieudacznik pracujący jako kierowca w rodzinnej firmie (ojca gra Andrzej Blumenfeld). David w latach 90. dorabiał sobie jako dawca spermy, a teraz dowiaduje się, że jest biologicznym ojcem ponad 500 dzieci, z których prawie 150, obecnie dwudziestokilkuletnich, chce obalić w sądzie klauzulę anonimowości i poznać jego tożsamość. Na dodatek dziewczyna Davida, Emma (Smulders) akurat jest z nim w ciąży...



Była już komedia na podobny temat ("Wszystko w porządku" Lisy Chodolenko), znacznie lepsza, m.in. dlatego, że poprzestano w niej na realistycznej liczbie dwójki dzieci, nie abstrakcyjnych kilkuset. Pomysł wyjściowy "Ojca..." jest wbrew pozorom bardzo mało obiecujący: brzmi zabawnie, gdy się głośno obwieszcza w charakterze wielkiej nowiny "masz prawie pół tysiąca dzieci", ale w rzeczywistości wiele wydobyć się z niego nie da. Kanadyjski reżyser Ken Scott próbuje więc wyprowadzić z niego konsekwencje raczej sentymentalne, niż komediowe (to taka komedia, która ma nas bardziej wzruszać niż bawić). David niby chce zachować anonimowość, ale jednocześnie ukradkiem szpieguje niektóre ze swoich latorośli (koszykarza, barmana, który chce zostać aktorem, dziewczyny uzależnionej od heroiny, kalekiego chłopca i in.) i ingeruje dyskretnie w ich życie (heroinistce po spotkaniu z nim nałóg przechodzi jak ręką odjął). Ten raptowny przypływ uczuć ojcowskich (i rodzicielskiej odpowiedzialności!) wypada jednak mało przekonująco: "wybrańców" Davida jest i tak za dużo, więc relacje z nimi są siłą rzeczy zdawkowe i powierzchowne, a próby zachowania przez niego incognito - niewiarygodnie naiwne. Gdy odbywa się "miting" dzieci "Starbucka" (pseudonim Davida) właściwie żadnego z nich nie dziwi obecność na sali dwukrotnie starszego faceta, a jedynym, który wielkim wysiłkiem dedukcji odgaduje jego tożsamość jest młodociany intelektualista, czytelnik Kierkegaarda. Całość jest niespójna i niekonsekwentna, zabawnych sytuacji czy dialogów jak na lekarstwo, a i z zaplanowanymi wzruszeniami raczej średnio.