Blue Highway **

USA 2013 Reż. Kyle Smith. Aktorzy: Kerry Bishe, Dillon Porter
Para podróżuje przez Amerykę.

Nie ma chyba bardziej ogranego motywu amerykańskiego kina niezależnego niż taka swobodna, nieśpieszna jazda przez idealnie się do tego nadający kraj. Pozornie bez celu i bez planu, z przypadkowymi spotkaniami z przypadkowymi ludźmi, leniwie prowadzonymi rozmowami i dziwnymi incydentami czającymi się za zakrętem. Ten głęboko "offowy" film też mieści się w tym kanonie, choć kierunek i cel wyprawy jest jednak określony: Kerry i Dillon ciągną na Zachód, z Virginii do Kalifornii.



Nie od razu można odgadnąć charakter łączącego ich związku ("czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?"), sygnały są trochę sprzeczne, no ale wkrótce rzecz się wyjaśnia. Podczas podróży nic szczególnego się nie dzieje (trudno za wielką przygodę uznać zostawienie karty kredytowej w sklepie), a jedynym, co odróżnia ją od setek i tysięcy innych, jest to, że po drodze odwiedzają miejsca, w których powstawały ich ulubione filmy (niestety, w dużej części nieznane polskim widzom). Im bliżej celu, tym więcej też pojawia się między nimi napięć, których przyczyna zostaje ujawniona dopiero w ostatnich pięciu minutach, skądinąd zresztą najciekawszych. Doczekać końca nie jest jednak łatwo, gdyż, mimo że film jest wyjątkowo krótki (71 min), to już w połowie zaczyna się dłużyć. Ma on swoje zalety: jest w miarę sympatyczny, a ukazywana w nim Ameryka wydaje się prawdziwsza od hollywoodzkiej. Ale jako całość pozostaje nijaki i niewciągający: autorowi zabrakło albo dystansu (czuje się, że opowieść ma autobiograficzne zaplecze), albo po prostu pomysłu, jak swoje prywatne emocje zuniwersalizować. Gdzieś pod spodem kryje się inny film, daleko ciekawszy i przejmujący, ale tylko miejscami udaje się mu wydostać na powierzchnię.