Duże złe wilki ***

Izrael 2013 (Big Bad Wolves) Reż. Aharon Keshales i Navot Papushado. Aktorzy: Lior Ashkenazi, Rotem Keinan, Tzahi Grad
Tarantino po izraelsku.

Reżyser "Pulp Fiction" zrobił "Wilkom..." ogromną promocję, nazywając go najlepszym filmem 2013 roku, ale moim zdaniem świadczy to tylko o tym, że ogląda ich teraz mało. Nietrudno też zgadnąć, czemu mu się tak spodobał: wzięty jest z niego, stanowi identyczną mieszankę fizycznej przemocy i cynicznego czarnego humoru, są fragmenty, które odwołują się wprost do "Wściekłych psów".

Co w "Wilkach..." najbardziej zaskakujące, to sam fakt, że tego rodzaju kino powstaje w Izraelu. Nie znam wprawdzie całości kinematografii tego kraju, trochę jednak tamtejszych filmów widziałem i na ich tle ten brutalny thriller wydaje się czymś bardzo nietypowym. Może dlatego zachwycił nie tylko mistrza Quentina, a także izraelskich krytyków? Może mają już dosyć filmów w rodzaju "cierpienia religijnego geja" i stęsknili się za kinem gatunkowym?

Warto też w tym miejscu zauważyć, że w tym izraelskim filmie Izraela praktycznie nie ma. Tzn. istnieje jako sceneria, ale gdyby nie język dialogów, kilka uwag o arabskich wioskach i wątek - przyjaźnie nastawionego, a wywołującego swoją obecnością nerwowe reakcje - Araba na koniu, trudno byłoby zgadnąć, gdzie rozgrywa się akcja filmu.



Jest ona raczej prosta. Zostaje zabita (a przedtem gwałcona i torturowana) mała dziewczynka, kolejna ofiara pedofila sadysty. Prowadzący śledztwo policjant Miki podejrzewa chuderlawego nauczyciela Drora (na równie jak on wątłych przesłankach). Ponieważ jednak w trakcie przesłuchania nadużywa przemocy, sprawa zostaje mu odebrana - co nie przeszkadza mu dalej go tropić. Tymczasem ojciec zamordowanej dziewczynki, Gidi, ma ochotę wymierzyć Drorowi sprawiedliwość na własną rękę. Cała trójka spotyka się wkrótce w piwnicy domu Gidiego, zakupionego głównie w tym celu...

Mam wobec filmu mocno mieszane uczucia - i to nie ze względu na nasilenie sadystycznych aktów przemocy (w robocie jest młotek, obcążki, piła i palnik), bo oglądając dużo amerykańskich horrorów, już się zdążyłem do tego przyzwyczaić. Ma on swoje niewątpliwe zalety: jest bardzo dobrze zrobiony, są ciekawe zwroty akcji, nie brakuje też inteligentnych dialogów. Ogląda się go z napięciem: jesteśmy ciekawi, czy Dror jest rzeczywiście sprawcą tych wszystkich odrażających zbrodni. Wygląda całkiem niewinnie, ale czy można wierzyć pozorom?

Z drugiej strony, jest wtórny, ślepo tarantinowski. Tarantino zaś - ze swoim bezbłędnym wyczuciem proporcji między krwawym ekscesem a humorem - jest jeden. Małpowano go wielokrotnie, ale na ogół z żałosnym rezultatem - tylko Guy Ritchie w swoich pierwszych dwóch filmach zbliżył się do jego poziomu. Tu też mamy do czynienia raczej z jego karykaturą. Średnio wypala humor: owszem, zdarzają się tu i ówdzie zabawne kwestie, ale wiele dowcipów jest zbyt łatwych (jak o troskliwej "jidische mame" wydzwaniającej do zajętego torturowaniem Gidiego) albo zbyt wysilonych. Także fabuła wydaje się mocno przeciągnięta i wypełniające drugą część "przesłuchanie" robi się nie tylko dręczące, ale i nużące.

Film wydaje mi się też kompletnie pusty. Owszem, gdzieś tam snują się pytania o prawo do zemsty, o to, czy w imię sprawiedliwości można popełniać okrucieństwa czy stosować tortury itd., ale nie zaprzątają one specjalnie uwagi autorów (znacznie ciekawszy pod tym względem był niedawno pokazywany "Labirynt"). To tylko intelektualny kwiatek przyszyty do grubego, przesiąkniętego krwią kożucha.