Pan Peabody i Sherman ****

USA 2014 (Mr. Peabody and Sherman). Reż. Rob Minkoff. Dubbing: Artur Żmijewski, Franek Dziduch, Dorota Kolak, Monika Pikula, Pola Bychawska, Waldemar Barwiński
Opowieść o ojcowsko-synowskiej więzi, bliskości niezwiązanej z więzami krwi i perypetiach samotnego rodzica, który o doskonałości musi zapomnieć.

Zna chyba wszystkie równania matematyczne i fizyczne świata, opracował metodę wykorzystywania alternatywnych źródeł energii, rozwiązał kilka międzynarodowych konfliktów politycznych, a nawet wynalazł... zumbę. A jednak, mimo najszczerszych chęci, pan Peabody jako ojciec sprawdza się różnie: teorię ma co prawda opracowaną perfekcyjnie, ale z praktyką bywa gorzej.

Nie tylko dlatego, że Peabody jest psem, a Sherman to adoptowany przez niego chłopiec: genialny bohater ma bowiem czasem problemy z budowaniem emocjonalnej bliskości (syn zwraca się do niego per "pan", a na chłopięce wyznanie miłości Peabody odpowiada: "Też mam dla ciebie dużo ciepłych uczuć"), bywa nadopiekuńczy, zbyt rzadko daje też dziecku prawo do błędów. A dziecko nie ma łatwo: w szkole uwzięła się na niego zwłaszcza przemądrzała koleżanka Penny. Gdy dziewczynka nazwie Shermana psem, chłopiec nie wytrzyma i ją... ugryzie. Potem - z inspiracji ojca - spróbuje się z nią jednak zaprzyjaźnić, co dwoje tych maluchów zaprowadzi m.in. do Egiptu i Grecji, tyle że w czasach starożytnych.



Oprócz wszystkich innych wynalazków Peabody skonstruował bowiem również wehikuł czasu: niecodzienną zabawkę służącą lekcjom historii (nie ma nic lepszego niż bezpośrednie spotkanie z Marią Antoniną w czasie rewolucji francuskiej czy krótka pogawędka z prezydentem Jerzym Waszyngtonem), ale niebezpieczną, gdy wpadnie w ręce dzieci niekoniecznie kierujących się zdrowym rozsądkiem. Peabody będzie musiał więc Shermana i Penny ratować, a przy okazji - jakżeby inaczej - dostanie szansę, żeby w relacji z synem coś na dobre przełamać.

Ogląda się ten film z poczuciem ulgi: coraz rzadziej zdarza się w animacjach połączenie tak sympatycznie oryginalnego pomysłu i pełnego wdzięku wykonania. Rob Minkoff (m.in. reżyser "Króla Lwa" i "Stuarta Malutkiego") dopieszcza film wizualnie, ale zarazem nie męczy oczu przesadnymi atrakcjami. Prowadzi fabułę w sposób mocno klasyczny, a zarazem wrzuca w ten szkielet podróże w czasie, spotkania z Robespierre'em, Agamemnonem i Odyseuszem, grymaszącą Moną Lisą, a nawet Albertem Einsteinem. Wszystko ubrane rzecz jasna w ironiczny cudzysłów, traktowane jako pretekst do historycznych wariacji i żartów chwilami całkiem skądinąd... prostych (łącznie z udawaniem boskiej wyroczni w Egipcie i porażającym wrogów zapachem spod męskich pach greckich wojowników).

Nad tym wszystkim - ma się rozumieć - opowieść o ojcowsko-synowskiej więzi, bliskości niezwiązanej z więzami krwi i perypetiach samotnego rodzica, który o doskonałości musi zapomnieć. I zobaczyć, że w błądzeniu nie ma nic strasznego: nawet jeśli przypadkiem doprowadzić ono może do... końca świata.