"300: Początek imperium". Wszystkiego więcej, wszystko gorzej

Jeśli relatywnie niedrogi film o budżecie 65 mln dolarów, taki jak "300", zwraca się w pierwszy weekend, to jest to sygnał dla producentów, że być może należy zainteresować się nakręceniem drugiej części. Jeśli docelowo zaś film zarabia prawie pół miliarda dolarów, sequelu możemy być pewni.
Na drugą część "300" - 300: Początek imperium" - musieliśmy czekać 8 lat. O czym opowiada druga część, skoro - jak pamiętamy z pierwszej (a także z lekcji historii) - Leonidas wraz z niemal całym oddziałem tytułowych trzystu Spartan ponieśli bohaterską śmierć pod Termopilami? Przypomnijmy sobie zwiastun "300":



Drugi film zaczyna się przed wydarzeniami z pierwszej części (ukazując starcia Greków z perskim królem Dariuszem), a kończy już po śmierci Leonidasa. Nie licząc tego, że zamiast walk lądowych dostajemy bitwy morskie, film ma podobną strukturę. Czyli: bijatyki, bijatyki, bijatyki plus duża liczba zbliżeń na greckie klatki piersiowe wyrzeźbione tak, że nawet największe "koksy" z naszych osiedlowych siłowni mogą wpaść w kompleksy. Niemal wszystkiego jest więcej. Jednak czy wyszło to filmowi na dobre?



"This is Sparta?" Nie do końca...

8 lat temu króla Leonidasa zagrał Gerard Butler. I wszystkimi swoimi groteskowymi wrzaskami zapisał się na zawsze w historii popkultury. A jeśli nie w historii popkultury, to na pewno w historii internetowych memów, przerabiających jego słynne "This is Sparta!" na setki różnych sposobów:



W drugiej części, głównym bohaterem staje się inny grecki przywódca: Temistokles. I - niestety - o grającym go Sullivanie Stapletonie nie można powiedzieć wiele dobrego. Tak nijakiego i nieprzekonującego wodza nie widziałem w kinie od lat. Im bardziej aktor stara się operować groźnym spojrzeniem, tym bardziej przypomina zbitego labradora. Zupełnie nie wiem, dlaczego jakikolwiek oddział miałby pójść za nim gdziekolwiek.

Magnetyczne spojrzenie Evy Green

Aktorsko film ratują: Eva Green w roli dowodzącej perską flotą Artemizji, oraz Rodrigo Santoro, po raz drugi już wcielający się w rolę Kserksesa. Green "zjada" każdą scenę, w której się pojawia, charyzmą dominując wszystkich mężczyzn, którzy jej partnerują. Wliczając w to scenę seksu, zresztą bardzo pomysłową i świetnie wyreżyserowaną.

Santoro z kolei, po raz kolejny zmieniony nie do poznania (choć prawdziwą twarz aktora widzimy w pierwszym akcie filmu), gra Kserksesa dokładnie takiego, jakiego opisał Miller: pysznego, dumnego, ekscentrycznego.



Z poprzedniej części nie ostał się nawet charakterystyczny humor, oparty na one-linerach i ciętych ripostach Leonidasa i Steliosa. Niestety, obaj panowie nie żyją, w związku z czym pozostaje nam już tylko słuchać niemożebnie sztywnych Greków i ich patetycznych przemów.

Czego zabrakło?

No dobrze! - powie ktoś - Tylko po co zwracać uwagę na aktorstwo czy dialogi w filmie, w którym liczy się tylko i wyłącznie krwawa, wojenna orgia, podsycana efektami specjalnymi i trójwymiarem?

Zgoda - odpowiem. Jednak i tu jest pewien problem: starsza o 8 lat pierwsza część "300" wygląda bowiem zwyczajnie... lepiej. W drugiej części bohaterowie wydają się być obcesowo wklejeni w niektóre tła, komputerowa krew przypomina lekko rozwodnioną galaretę, a i choreografii walk sporo do "jedynki" brakuje. Producenci nie podali oficjalnych liczb, ale wydaje się, że budżet na drugą część był niższy, niż budżet pierwszych "300".



"Początek Imperium" nie grzeszy także kreatywnością. W pierwszej części scenarzyści i pracujący przy filmie artyści "popłynęli" w zupełną groteskę. Persowie mieli w swoich szeregach grających na fletniach ludzi z głowami kozłów czy dziwacznych mięśniaków z zaostrzonymi zębami i mieczami zamiast przedramion. I wszystko to doskonale się broniło - scenariusz bowiem zakładał, że cała historia jest jedynie opowieścią snutą przez jednego ze Spartan.

W drugiej części takich atrakcji nie uświadczymy. Dostajemy jedynie smutną hordę jednakowo wyglądających Persów, a każdy z nich jest na "jednego strzała". No, może oprócz postaci granej przez Evę Green i jednego z jej generałów. Z nimi Grecy muszą powalczyć dłużej, niż przez ułamek sekundy.

Niestety, nawet po wyłączeniu myślenia, druga część "300" nie daje takiej radości, jak pierwsza. W 2006 r. mieliśmy do czynienia z nieźle napisanym, bezpretensjonalnym, często autoironicznym i groteskowym kinem akcji. W 2014 z tego wszystkiego pozostały nam już tylko intensywne i krzykliwe sceny akcji, które i tak nie dorównują tym z filmu w reżyserii Zacka Snydera. Szkoda.