Zabić bobra ***

Polska 2012. Reż. Jan Jakub Kolski. Aktorzy: Eryk Lubos, Agnieszka Pawełkiewicz, Marek Kasprzyk
Ryzykowny, bardzo osobisty i emocjonalny - mam wrażenie - eksperyment Jana Jakuba Kolskiego: imponujący, chociaż udany tylko częściowo.

"Cisza zawsze mnie wkur..." - mówi na początku filmu Eryk (w tej roli Eryk Lubos), który wraca w rodzinne, wiejskie strony. W starym, zapuszczonym domu tli się jeszcze stare życie rodem z dawnych filmów Kolskiego: na ścianach makatki i święte obrazki, ale na zewnętrznej ścianie już całkiem dzisiejsze graffiti. Eryk od razu instaluje tu internet i kamery - to on kogoś ściga czy jego ścigają?

Co najbardziej dla Jana Jakuba Kolskiego nietypowe - poza chropowatą formą (zdjęcia realizowane aparatem cyfrowym) i ostrym, jakby celowo nieoszlifowanym montażem - bohaterowie nie pozwalają się przeniknąć. Ze strzępów zdań, grymasów twarzy, sennych urywków (pogoń z psami i uciekająca kobieta) próbujemy wywnioskować, kim jest Eryk, kim też jest nastoletnia, bezimienna dziewczyna (Pawełkiewicz), która w opuszczonym domu zrobiła sobie kryjówkę, a teraz wdaje się z mężczyzną w romans podsycany ostrym seksem. Tyle że Kolski myli tropy, odkłada rozwiązanie zagadki, gra na cierpliwości widza. Czy ten dom, ta dziewczyna i jej ojciec w ogóle istnieją naprawdę?



W samym pomyśle "Zabić bobra" to projekt fascynujący: na głównym planie macho z wojenno-emocjonalną traumą, w dodatku macho, który sam siebie tworzy, próbuje swoje złamane życie układać na wzór mitu, tyle że skompromitowanego i pustego ("Miłość musi być do czegoś zdolna, na przykład do poświęceń!"). Zmusza więc siebie do morderczego wbiegania i zbiegania po schodach, w domu rozstawia powycinane zdjęcia, do których strzela. "Zabiję was, zabiję was wszystkich!" - mówi z wściekłością do panoszących się nieopodal bobrów, to znów sam próbuje się udusić. Musi ciągle być w ruchu, ciągle w akcji, ciągle w zagrożeniu, na skrajnych emocjach. Ale jakie to zagrożenie, skoro jedna ze wskazówek od mocodawcy brzmi "Nie bój się spojrzeć w oczy kobiety" i ukryta jest na zdjęciach w oczach rozebranych pań, które trzeba powiększyć?

Ciekawe, jak wyglądałby ten film, gdyby Kolski zrealizował go za większe pieniądze, z dotacją PISF-u, nie "na wariackich papierach". Bo "Zabić bobra" wygląda raczej jak wprawka do filmu, bardzo osobiste i bardzo emocjonalne, warsztatowe ćwiczenie reżysera, który ucieka od ładności i mitycznego porządku w syf, schizofrenię, zwierzęce ciało. Przy okazji jednak gubi dramaturgię, pozwala aktorom płynąć w chaotycznych dialogach, niebezpiecznie balansuje na krawędzi pretensjonalności. Wszystko ma tu znaczyć, do czegoś odsyłać, coś sugerować, ale w tej intrygującej grze z widzem zbyt wiele jednak sztuczności i - czasem, niestety - efekciarstwa.

Aktorzy robią jednak, co mogą. Agnieszka Pawełkiewicz, chociaż warsztatowo dość nieporadna, próbuje się zmienić w kobietę-fantom, nastoletnie "zwierzę" rozpaczliwie próbujące czegoś - i kogoś - się w życiu złapać. Eryk Lubos (nagrodzony za tę rolę w Karlowych Warach) nie przypadkiem chyba dał bohaterowi swoje imię - gra całym sobą, spala się, szarżuje, jakby cały czas poruszał się na granicy autentyzmu i surrealizmu rodem z koszmaru. Sam film - dzięki Lubosowi również - ma wiele z pastiszu: to trochę thriller w cudzysłowie, wykreowany przede wszystkim w głowie bohatera. Ale przecież przede wszystkim po coś jest on - był - potrzebny samemu Kolskiemu.

Nie wierzę, że po takim doświadczeniu jak "Zabić bobra" (mimo wszystko to paranoja, że film tak długo nie trafił do kin) reżyser będzie chciał w sposób dosłowny wrócić do stylistyki "Jasminum" czy "Afonii i pszczół", nie mówiąc już o moich ulubionych filmach, takich jak "Pograbek", "Jańcio Wodnik" czy "Historia kina w Popielawach". Nowy film Kolskiego już zresztą powstaje: premiera prawdopodobnie jeszcze w tym roku.