Violetta: Koncert. Fankom serialu Disneya może się podobać. Ja do nich jednak nie należę

Drogi Pamiętniczku, zaproszono mnie na koncert Violetty (a konkretnie, grającej ją w serialu o takim tytule Martiny Stoessel, która ma 17 lat, choć zanim to sprawdziłem, dawałem jej dwa razy tyle). Postanowiłem wprowadzić się w temat i obejrzeć jeden lub dwa odcinki serialu, żeby wiedzieć, o co chodzi. Nie dało się. Ech, to nie to samo, co "Zbuntowany anioł". Pamiętniczku, ty jeden wiesz, że mam jako taką orientację w produkcjach Disney Channel. Hanno Montano wróć, bo dawno już nic tak kiepskiego jak "Violetta" na tej antenie nie widziałem. Ale mniejsza o serial, idę przecież na koncert.

Zaczyna się. Widzimy przygotowania do koncertu. Męska garderoba. Grupka chłopców przez pięć minut rozprawia o tym, który z nich zużywa najwięcej lakieru do włosów. Mhm. Wszyscy młodzi, przystojni i wystylizowani. To pewnie męska obsada "Violetty", choć nie jestem pewien, czy to aby nie One Direction. Jeśli ktoś kiedyś odnajdzie mój pamiętnik, ostatnie zdanie może być dla mnie wyrokiem śmierci. Ciekawe czy wykonają go fani "Violetty", czy One Direction.

Zaczynamy koncert. Dobry wieczór, Mediolanie (to zapis występu we Włoszech)! W kinie dziewczynki machają rozdanymi przed projekcją świecidełkami. Przypomina mi się koncert Coldplay. Na ekranie chłopcy wbiegają na scenę, robią fikołki, salta i potrójne tulupy. Wszyscy skaczą, tańczą i szaleją. Stoessel jest w swych ruchach nadekspresyjna i wypada najgorzej. Co ciekawe, przy tych wszystkich wygibasach wykonawcy śpiewają czysto i bez zająknięcia. Nie, to niemożliwe... A jednak! Oni tylko ruszają ustami.

Byłem w życiu na paru kinowych koncertach i nie przypominam sobie, żeby Matthew Bellamy z Muse tylko udawał, że śpiewa. Metallica nie tylko grała na żywo, ale nawet między piosenkami próbowała w swym filmie opowiedzieć jakąś fabułę. Fakt, żałosną, ale przynajmniej Dane DeHaan może sobie teraz pograć w "Spider-Manie".

Pewnie nie powinienem być zdziwiony, w końcu to popowy koncert. W tym świecie prawie wszyscy grają z playbacku. Najbardziej widać to po - znowu ona - Violetcie/Stoesel, która bardzo nienaturalnie kłapie ustami przed mikrofonem. Co gorsza, piosenki brzmią jak wygenerowane przez komputer o średniej mocy obliczeniowej. Nic dziwnego, skoro scenarzyści muszą wymyślić jakąś do każdego odcinka. A więc przyszedłem na show, nie na koncert... Ale i show nie jest najlepszy. Choć da się przeżyć, a i nóżka czasem nawet chodzi. Między piosenkami mamy przerywniki, np. rozmowę z choreografką:

- Jak wygląda wymyślanie choreografii? Pewnie jest bardzo trudne?

- Zgadza się. Nooo, siadamy i wymyślamy.

No tak, z przerywników też niczego ciekawego się nie dowiemy. Koniec końców, jakoś jestem w stanie zrozumieć to, że dziewczynkom "Violetta" się podoba. I dobrze - lepsze to, niż ociekające seksem Rihanna czy inne współczesne Keishe. Już myślę o wystawieniu na zachętę oceny "2", gdy na scenę wjeżdża, grająca Ludmiłę, Mercedes Lambre (skądinąd, najsympatyczniejsza, wiecznie zawadiacko uśmiechnięta członkini obsady) i razem z koleżanką wykonują taniec jednak odrobinę zbyt wyuzdany, lekko przywodzący na myśl ostatnie wyczyny Shakiry i Rihanny. Mimo wszystko, mogło być gorzej.

Drogi Pamiętniczku, oto moje wnioski: 1) dzieci są fajne, 2) chcę je kiedyś mieć, 3) najpierw opowiem im o kwiatkach i pszczółkach, a dopiero gdy będą na to gotowe, wyjaśnię im, czym jest playback, 4) chciałbym wrócić do czasów, w których kręciły mnie Pokemony, 5) wkrótce najpopularniejszym obcym językiem w Polsce będzie portugalski, 6) bardzo mi się nie podobało, ale wierzę, że fankom serialu może się podobać. Ja do nich jednak nie należę.

Ocena Film.Gazeta.pl: 1/6



Violetta: Koncert (Violetta: Event)
Muzyczny, Argentyna 2014, 85 minut
Reżyser: Matthew Amos; Występują: Martina Stoessel, Jorge Blanco

Więcej o: