Interstellar *****

Nolanowie nie wchodzą łagodnie do tej dobrej nocy.
Bliżej nieokreślona przyszłość, o której nie wiemy zbyt wiele. Być może mija właśnie stulecie od czasu Dust Bowl - katastrofy ekologicznej, która nawiedziła USA w latach 30. XX wieku - i sytuacja powtarza się z okazji okrągłej rocznicy. Ale jest jeszcze gorzej. Na Ziemi zaczyna brakować jedzenia. Być może dlatego nie ma już wojsk, a sytuacja i tak jest względnie spokojna - wszyscy wiedzą, że nasza planeta umiera i nie ma o co się bić.

W tych okolicznościach niezwykle cenni są farmerzy. Cooper (Matthew McConaughey, którego akcent szybko przestaje uwierać) to dobry farmer. Jego córeczka, Murph (świetna Mackenzie Foy, czyli Renesmee ze "Zmierzchu"), ma kłopoty w szkole, bo jest zbyt inteligentna na ten świat (wciąż wierzy, że człowiek naprawdę wylądował na Księżycu, choć oficjalna wersja od dawna brzmi inaczej). Syn Coopera (trudno się dziwić, że wyrośnie na gorszą osobę, niż siostra, skoro ojciec z niezrozumiałych względów kocha go jakby trochę mniej) będzie jednak dobrym farmerem. Jeśli jeszcze będzie co uprawiać.

Dzięki córce, Cooper odkrywa na pustyni ostatni przyczółek skompromitowanej NASA, dla której kiedyś pracował. Szef placówki, grany przez jednego z etatowców Nolana, Michaela Caine'a (widocznie Morgan Freeman, odtwórca 90 proc. ról naukowców w kinie ostatnich lat, był akurat zajęty), wyjaśnia głównemu bohaterowi, że można jeszcze uratować gatunek. Jest szansa na znalezienie innej planety i przeniesienie na nią ludzkości. Do dyspozycji agencji jest ostatni prom kosmiczny, na który wsiądzie m.in. córka naukowca (kolejna ulubienica Nolana - Anne Hathaway). Wizyta Coopera nie może być zbiegiem okoliczności. To znak, że powinien pokierować statkiem. Jeśli się zgodzi, prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy rodziny. Ale ma szansę ją ocalić. Na co zdecyduje się dzielny Amerykanin?

Film mocno eksploatuje piękną vilanellę walijskiego poety Dylana Thomasa "Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy". Rzeczywiście, nikt tu w subtelności się nie bawi. Hans Zimmer wali po uszach tak mocno, że można ogłuchnąć (parafrazując hasło z "Obcego" - w kosmosie nikt nie usłyszy niczego, poza muzyką Hansa Zimmera). Efekt zostaje osiągnięty: nie ma wątpliwości, że dzieje się Coś Wielkiego i Wiekopomnego. Operator Hoyte Van Hoytema ("Szpieg", "Call Girl", "Ona") wykonuje doskonałą robotę, ale od strony technicznej i wizualnej "Interstellar" nie jest kamieniem milowym w historii kina, jakim była "2001: odyseja kosmiczna" (którą będę odtąd nazywał krótko "2001", bo to zaledwie pierwsze z setek porównań z filmem Stanleya Kubricka). Co nie zmienia faktu, że tego filmu trzeba doświadczyć w kinie IMAX.

"Interstellar" to naprawdę staroszkolne science-fiction, garściami czerpiące z klasyki i innych filmów Nolana (najbardziej chyba z "Incepcji"). Wiele lat temu, gdy Jonathan Nolan zaczynał pisać scenariusz, film miał reżyserować Steven Spielberg, którego duch unosi się (ale gdzieś w oddali) nad produkcją. McConaughey miał już wcześniej "Kontakt" z obcą cywilizacją, a przy filmie z 1997 r. współpracował astrofizyk Kip Thorne, który nadzorował też produkcję "Interstellar". Nowe dzieło Nolana ma jednak najwięcej wspólnego z "2001". Reżyser kilka razy bezpośrednio nawiązuje do jednego z najważniejszych obrazów science-fiction w historii, parę razy subtelnie puszcza do niego oko. Jest jednak pewna zasadnicza różnica, która sprawia, że "Interstellar" jest nie tylko swoistym remake'iem i uaktualnieniem filmu z 1968 r., ale jednocześnie jego antytezą. W "2001" najbardziej ludzką postacią był komputer pokładowy (roboty w "Interstellar" są całkiem interesujące, zabawne i mogą przypominać duet C-3PO/R2D2). Tylko on miał uczucia. Człowiek znalazł się tam w takim punkcie, że natychmiast potrzebował (r)ewolucji, ale sam nigdy nie byłby w stanie jej osiągnąć. Potrzebował pomocy z zewnątrz, z którą pospieszył Monolit. Nolanowie mają dla człowieka znacznie więcej sympatii, niż Kubrick i Arthur C. Clarke (współautor scenariusza "2001"). Ich zdaniem, o ludzkość w jej aktualnej postaci warto walczyć a człowiek jest w stanie wykonać skok, potrzebny do wejścia na Wyższy Poziom.

"Interstellar" wydaje się najbardziej osobistym filmem Nolana. Postać astronauty z łatwością zamienić można na reżysera - dużo podróżującego i często pracującego z dala od domu. Relacja między bohaterem i jego córką z pewnością wyraża tęsknotę Nolana za czwórką jego dzieci. Z tego powodu, "Interstellar" jest też jego najbardziej ckliwym filmem, obfitującym w najwięcej fragmentów, podczas których trzeba zacisnąć zęby i przetrwać (najgorszy jest monolog postaci Hathaway o tym, że miłość to jedyna siła, która pokonuje czas, przestrzeń itd.). Wiele elementów niepozbawionej nagłych zwrotów akcji fabuły może też wydawać się kompletnie pozbawionych sensu, ale - w przeciwieństwie do nieudanego "Mroczny Rycerz powstaje" - po zakończonym seansie i odrobinie zastanowienia wszystko wydaje się zazębiać. O historii i jej znaczeniu warto napisać nieco więcej, ale byłoby to już psucie zabawy z seansu, a tego robić nie zamierzam. Z tego samego powodu nie zdradzę tożsamości aktorów-niespodzianek (co najmniej jeden taki w filmie się znalazł).

Chociaż trudno uwierzyć, że Nolan nie słyszał nigdy o charakteryzacji (dlaczego starzejące się postaci, mimo upływu lat, wyglądają niemal tak samo? Dlaczego przebywający na Ziemi Caine po kilkudziesięciu latach nie tylko nadal żyje, ale wygląda przy tym, jakby postarzał się o kilkanaście miesięcy?) i chociaż popełnił parę pomniejszych błędów, to niemal trzygodzinny seans upływa dość szybko, za to na długo zostaje w pamięci.

Daleko mi do bycia członkiem fanklubu Nolana (choć "Mroczny rycerz" to jeden z moich ulubionych filmów), ale doceniam to, że ma odwagę, by mierzyć tylko w wielkie kino. Bracia sami zapracowali na możliwość tworzenia widowisk, na jakie dziś się porywają.

Nie dało się wejść łagodnie do tej dobrej nocy. W tej sytuacji istniały tylko wóz albo przewóz. Zdania pewnie będą podzielone. Nawet jeśli "Interstellar" nie jest kamieniem milowym i nie wprowadza kina na Wyższy Poziom, to podejmuje godną podziwu próbę. To była wspaniała podróż. Warto było zaryzykować.



Instellar, USA 2014, reż: Christopher Nolan, występują: Matthew McConaughey, Michael Caine, Anne Hathaway, Mackenzie Foy

Więcej o: