Annie ***

Klaszcz, jeśli czujesz, że właśnie tego chcesz!
Annie mieszka w domu zastępczym okrutnej pani Hannigan. Co wieczór chodzi w miejsce, w którym - jak wierzy - pewnego dnia zjawią się jej prawdziwi rodzice. Chociaż życie daje dziewczynce w kość, uśmiech nie schodzi z twarzy Annie. Gdy startujący w wyborach na burmistrza Nowego Jorku biznesmen postanawia zbliżyć się do niej na polecenie swego spin doctora, dziewczynka wyczuwa pismo nosem, ale i tak decyduje się pomóc mu w poprawieniu notowań, zwłaszcza że przy okazji będzie mogła pożyć przez jakiś czas w warunkach, o których nigdy nie mogła nawet marzyć.

Uwspółcześniona "Annie" jest już czwartą filmową adaptacją broadwayowskiego musicalu, opartego na pochodzącym z lat 20. komiksie. Reżyser i współscenarzysta Will Gluck ("Łatwa dziewczyna", "To tylko seks") przeniósł akcję do czasów współczesnych. Media społecznościowe i nowe technologie odgrywają tu bardzo dużą rolę. Poza kilkoma nowymi piosenkami, zaktualizowane zostały też teksty klasycznych utworów. Chociaż zmiany są zaledwie kosmetyczne, to kosmetyka jest zaawansowana i narzekający na ciągłe remake'i nie powinni się "Annie" z tego tytułu czepiać.

Jako że w jednym ze swoich najbardziej hitowych singli - "Hard Knock Life (Ghetto Anthem)" - Jay Z sampluje fragment jednej z najbardziej znanych piosenek z "Annie", nie powinno dziwić, że raper - m.in. obok Willa Smitha, którego córka była wcześniej przymierzana do tytułowej roli - jest współproducentem obrazu i był jednym z głównych orędowników jego powstania.

Dość problematyczne są obsadowe wybory w "Annie". Jedyną osobą, która, na pierwszy rzut oka, potrafi tu śpiewać, jest (lekko wycofany) Jamie "Ray" Foxx, który swego czasu był przecież bardziej muzykiem, niż aktorem. Nieźle wypada też, wcielająca się w protagonistkę, rozbrajająca Quvenzhane Wallis, której wrodzony talent aktorski ujawnił się już w dość kiepskich "Bestiach z południowych krain". Grająca wciąż tę samą wredną babę Cameron Diaz ucieka się do melorecytacji, dzięki czemu nie wypada źle, ale już Rose Byrne, zatrudniona w tym filmie chyba tylko dla brytyjskiego akcentu, czuje się zupełnie nieswojo i śpiewać zupełnie nie potrafi. A to przecież powinien być musical.

"Annie" zaczyna się bardzo obiecująco. Pierwsze numery wypadają świetnie pod względem choreografii, wykonania czy tekstów. W drugiej godzinie (120 minut karmienia widzów wylewającą się z ekranu słodkością to jednak zdecydowanie za wiele) pojawia się coraz więcej nietrafionych kawałków i z łatwością wzniesiony domek z piernika równie szybko się rozsypuje.

Mimo wszystko, jak głoszą słowa promującej film piosenki, po seansie "Annie" wychodzi się z kina kompletnie ubranym. To nie "Happy" Pharella Williamsa, ale od tamtego czasu nikt nie był od równie blisko wypuszczenia wesołej, promującej szczęście piosenki, co Sia z jej wersją "You're Never Fully Dressed Without a Smile".

Ocena: 3/6



"Annie", dramat, komedia, musical, USA 2014, 120 min, reż. Will Gluck, występują: Quvenzhané Wallis, Cameron Diaz, Jamie Foxx, Bobby Cannavale, Adewale Akinnuoye-Agbaje, David Zayas