Whiplash *****

O "Whiplash" nie można by napisać dwóch bardziej krzywdzących słów niż: "dobry film".
Andrew (Miles Teller) to młody perkusista jazzowy. Może i nie ma przyjaciół - najbliższy jest mu ojciec - ale chłopakowi wystarcza to, że uczęszcza do najlepszego konserwatorium w Nowym Jorku. Młody muzyk całkowicie poświęca się perkusji. To się opłaca - Andrew dostaje zaproszenie do orkiestry legendarnego Terence'a Fletchera (J.K. Simmons), najlepszego profesora na uczelni. Fletcher dostrzega wielki talent chłopaka, ale mu o tym nie powie. Prędzej rzuci w niego krzesłem. Bo Fletcher jest typem sadysty, stosującego wobec uczniów terror psychiczny, werbalny (najpierw bywa zabawnie, choć uśmiech w końcu zamiera w mało sympatycznym grymasie na ustach widzów), a nawet fizyczny.

"Whiplash" nie jest typowym dramatem muzycznym. Silnie podkreślony aspekt rywalizacyjny zamienia go niemal w film sportowy. Postać mentora/wroga głównego bohatera, w niemal każdej zachodniej recenzji porównywana do sierżanta Hartmana z "Full Metal Jacket" i fakt, że jeden minimalnie nietrafiony dźwięk może wywołać lawinę nieszczęść, sprawiają, że film ogląda się, siedząc na krawędzi fotela, jak rasowy thriller z wieloma zaskakującymi zwrotami akcji.

To też bardzo interesujące spojrzenie na narodziny geniuszu. "Nie ma dwóch bardziej szkodliwych słów, niż: dobra robota", tłumaczy podopiecznemu Fletcher i wyjaśnia, że gdyby Jo Jones nie rzucił w Charliego Parkera talerzem, tylko po przeciętnym występie powiedział: "dobra robota", Parker nigdy nie zostałby genialnym saksofonistą.

Jak bardzo i jak ostro należy popychać talenty, by osiągały pełnię możliwości? Ważniejsza jest istota ludzka czy wydobycie z niej geniuszu, nawet za cenę psychicznego zniszczenia i zatracenia człowieczeństwa? Trudno odpowiedzieć na te pytania. "Whiplash" też tego nie robi. Obserwowanie przemiany protagonisty, nawet jeśli w finale nie w pełni satysfakcjonujące, jest jednak fascynujące.

Ogromna w sukcesie "Whiplash" zasługa aktorów. Teller ("Cudowne tu i teraz", wkrótce nowa "Fantastyczna Czwórka") jest znakomity w roli Andrew, choć prawdziwą gwiazdą jest wiecznie niedoceniany Simmons ("Juno", serial "Podkomisarz Brenda Johnson"). Za rolę tyranicznego belfra zasługuje co najmniej na nominację do Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego. Fantastyczną robotę wykonał też montażysta Tom Cross, dzięki któremu wszystkie filmowe utwory są niebywale dynamiczne. Zbliżenia na perkusję, pałeczki, twarze grających oraz inne instrumenty są znakomite.

Młody reżyser i scenarzysta Damien Chazelle (zadebiutował jazzowym musicalem "Guy and Madeline on a Park Bench") dwa lata temu pokazał na festiwalu w Sundance krótkometrażowy "Whiplash". Film spodobał się tak bardzo, że Chazelle prędko zdobył budżet na rozwinięcie go i rok później triumfował w Sundance pełną wersją, zdobywając zarówno nagrodę główną jak i tę od publiczności. Obecnie filmowiec pracuje nad komediodramatem "La La Land", opowiadającym o jazzowym pianiście (znowu Teller), zakochującym się w początkującej aktorce (prawdopodobnie Emma Watson). Szykuje się więc jazzowe "Zacznijmy od nowa". Nie ma w tym nic złego.

Ocena: 5/6



"Whiplash", dramat, USA 2014, 106 min., reż. Damien Chazelle, występują: Miles Teller, J.K. Simmons, Melissa Benoist, Paul Reiser, Austin Stowell, Nate Lang, Chris Mulkey, Damon Gupton, Charlie Ian, Jayson Blair

Więcej o: