Czarny węgiel, kruchy lód ****

Świeca rzymska, produkcja chińska.
W górskim regionie Chin działa brutalny, nieuchwytny morderca. Fragmenty ciał ofiar rozrzucane są po całej prowincji - ktoś znajduje kawałek w dostawie węgla, jakiś pechowiec natknie się na coś w zupie. Policja podejrzewa, że w sprawie musi maczać palce ktoś z firmy przewozowej.

Po fatalnej w skutkach próbie aresztowania, Zili Zhang (Fan Liao) zostanie zwolniony ze służby. Po kolejnych pięciu latach i przemianie byłego detektywa w zapijaczonego pracownika firmy ochroniarskiej, zgłosi się do niego dawny kompan - w starej sprawie pojawiły się nowe tropy. Wszystkie drogi prowadzą do skromnej pracownicy pralni (Lun Mei Gwei), na punkcie której główny bohater zaczyna mieć obsesję...

"Czarnemu węglowi..." trzeba dać trochę czasu, by odpalił. Neo-noirowy kryminał Yi'nana Diay ("Zhifu", "Nocny pociąg") toczy się bardzo powolnym tempem. Na szczęście, nawet zanim jego zimny klimat wciągnął mnie po szyję pod lód i tak miałem co robić: praca kamery, dalekie plany, pomysłowe ujęcia - zdjęcia Jingsonga Donga zasługują na najwyższe laury i osobne zachwyty. Scena, w której akcja przeskakuje o pięć lat do przodu, zrealizowana została fenomenalnie.

Nieoczekiwany zwycięzca 64. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Berlinale nie przekona jednak każdego. Bywały długie momenty, że nie przekonywał i mnie. Są chwile, w których "Czarny węgiel..." traktuje się z przymrużeniem oka. Zobaczycie tu np. najwolniej strzelających i poruszających się policjantów w historii oraz przezabawną scenę pogoni. Może pochopnie uniewinniam reżysera i scenarzystę (w jednej osobie), ale jestem pewny, że Diao nie dopuścił do tego przypadkowo. Twórca wielokrotnie świadomie igra tu z konwencją.

Jego wesołe zabawy nie zmieniają tego, że "Czarny węgiel..." jest filmem mrocznym, podczas oglądania którego wielokrotnie doświadczycie gęsiej skórki. Żadna postać nie jest tu jednoznacznie dobra (ani jednoznacznie zła). Główny bohater to nie najgorszy człowiek i detektyw, ale jeśli chodzi o stosunki damsko-męskie, jawi się jako szantażysta-gwałciciel. Wcielający się w niego Fan Liao zasłużenie odebrał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia (dla najlepszego aktora). Wisienką na torcie jest jego solowy taniec - najdziwniejszy, najbardziej niepokojący od czasu szalonych podrygów Eryka Lubosa w "Zabić bobra". Jeśli myślicie, że tylko hollywoodzcy aktorzy zmieniają się do ról, musicie wiedzieć, że Liao - dotąd aż nadto wysportowany 40-latek - przytył do filmu 20 kilogramów.

Poza historią kryminalną, "Czarny węgiel, kruchy lód" jest również opowieścią o współczesnych Chinach, w których, krótko mówiąc, nie dzieje się dobrze. Zachodzi tu również innowacyjny dualizm tytułów - "Czarny węgiel, kruchy lód", symbolizujący okropność rzeczywistości, jest tytułem międzynarodowym, natomiast oryginalny, chiński tytuł należałoby przetłumaczyć jako "Fajerwerki w świetle dnia". Diao tłumaczy, że dzienne fajerwerki to sfera cudów, druga strona medalu, do której uciekamy od węgla i lodu, by jakoś przeżyć mroki codzienności. Może to pozwali zrozumieć przedziwną, ostatnią scenę. A cały film? To prawdziwa petarda.

Ocena: 4/6



"Czarny węgiel, kruchy lód", thriller, Chiny 2014, 106 min., reż. Diao Yinan, występują: Liao Fan, Gwei Lun Mei, Wang Xuebing, Ailei Yu, Jingyang Ni

Więcej o: