Anna Kendrick niezdecydowana jak Kopciuszek? I w "Tajemnicach lasu" nie kończy z Księciem. Nowa, współczesna baśń Disneya [WYWIAD]

- Rety, czy w filmach naprawdę jest tyle idiotek? Że moje role są aż tak zauważalne? - odpowiada Anna Kendrick na pytanie o typy ról, które dostaje. I opowiada o Hollywood i kulisach pracy nad nominowanym do Oscarów w trzech kategoriach "Tajemnicami lasu" Roba Marshalla, który w piątek wchodzi do kin.
Anna Kendrick wcieliła się w filmie Roba Marshalla w Kopciuszka. Film Disneya odbiega jednak od tradycyjnych baśni. To dużo mroczniejszy utwór. Meryl Streep jest nominowana za "Tajemnice lasu" do Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. Obraz może być także nagrodzony w kategorii najlepszej scenografii i kostiumów. Ocenić film będziecie mogli już w najbliższy piątek.



Marek Kuprowski: Teksty piosenek z "Tajemnic lasu" wydają się szalenie skomplikowane, m.in. z uwagi na sporą liczbę gier słownych. Trudno było się ich nauczyć?

Anna Kendrick: Zawsze uważałam - i sądzę, że większość aktorów by się ze mną zgodziła - że jeśli trudno jest się nauczyć tekstu, to znaczy, że został on źle napisany. Jeśli ma sens, jeśli emocje się zgadzają, to nauka jest prosta. Jeśli jest trudno, to pewnie dlatego, że nikt nie zadał sobie pytania: czy to ma sens? Czy ta postać powinna tak mówić? U Sondheima żadne słowo nie pojawia się przypadkiem. To geniusz. Dużo łatwiej się tego nauczyć, niż można by się tego spodziewać, patrząc na tekst.

Melodie - to co innego. Koszmarnie wymagające. Ale słowa nie sprawiły mi kłopotu. Zaraz, zaraz... Czy ja aby teraz nie kłamię? [Kendrick głęboko się zamyśla]. Nie, naprawdę. Nawet taki dwuwers jak "We've no time to sit and dither / While her withers wither with her". On coś znaczy! Gdy znasz stawkę, gdy to ma sens No ale teraz mówię za Tracy [Ullman, wcielającą się w Matkę Jacka - dop. MK], to jej kwestia, może tak naprawdę nienawidziła tego fragmentu.



Czujesz pokrewieństwo ze swoją postacią? Bywasz tak niezdecydowana jak Kopciuszek?

- O boże! I to jak! Wydaje mi się, że nowoczesne kobiety coraz częściej robią tak - ja na pewno - że zamiast zaufać instynktowi, uważają, że powinny rozpatrzeć sprawę z każdego kąta, zrobić listę za i przeciw, skonsultować się z przyjaciółmi, przespać się z tym... Same się sabotujemy. Kopciuszek, zamiast zaufać instynktowi, który wyraźnie mówi jej, że nie powinna wychodzić za Księcia - faceta, z którym właściwie nie zamieniła ani słowa - przekonuje samą siebie, że może jednak powinna zrobić inaczej. Ostatecznie, piłka wraca na jego połowę. I kończą razem. Dopiero w drugiej połowie filmu Kopciuszek musi zmierzyć się z czymś większym i ważniejszym od niej samej, dopiero wtedy uświadamia sobie, że potrafi podjąć mądrą, dobrą decyzję i decyduje się zostawić Księcia.

Ja nigdy nie musiałam jeszcze podejmować decyzji dotyczących spraw życia i śmierci... w związkach... ale sądzę, że zdarzają się takie momenty absolutnej pewności, gdy mierzymy się z jakimś bardzo trudnym zadaniem, ale jesteśmy w stanie spojrzeć na wszystko z perspektywy i od razu wiemy, co trzeba robić. Ja przed takimi decyzjami jeszcze nie stawałam, ale myślę, że musiałabym udać się po poradę, niestety, do siebie - czyli osoby, której radzić się nie warto.

A w jaki sposób decydujesz czy przyjąć daną rolę?

- Normalka, radzę się agenta i przyjaciół. Ale to też kolejna okazja, żeby samą siebie do czegoś namówić albo od czegoś odwieść. Zdarzają się chwile, że wiele bym dała, by przypomnieć sobie moją pierwszą myśl i podjąć zgodną z nią decyzję. Gdybym nie wałkowała tematu przez trzy tygodnie, może bym ją jeszcze pamiętała. Chciałabym częściej ufać instynktowi.

Czy uważasz, że Kopciuszek decyduje się na Księcia, bo... to przecież normalne. Jeśli możesz poślubić Księcia, to, na litość boską, dlaczego miałabyś tego nie zrobić?

- Tak, "na papierze" to na pewno miało zdecydowanie więcej sensu, niż pozostanie z rodziną, w której pełni się rolę służącej. Ale to była właśnie podróż, którą Kopciuszek musiał przebyć, zdać sobie sprawę, że potrzebuje czegoś autentyczniejszego, zebrać się na odwagę, by podążyć w nieznane - zamiast wybrać znanego diabła, czyli rodzinę, albo coś, co nieźle prezentowało się z zewnątrz, ale w środku wyglądało znacznie gorzej.

To zadziwiające, że, przy jej pochodzeniu, była w stanie odrzucić coś, czego każdy by jej zazdrościł. Odrzucając bezpieczeństwo - bo jaka ta jej rodzinka by nie była - to chyba było coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego - dawała swego rodzaju bezpieczeństwo, a Książę to już w ogóle - i wyruszyła w nieznane.

Moim zdaniem, to Macocha i Książę żyją w baśniowym świecie, i nie chcą go opuścić. W końcówce jest scena, w której Kopciuszek zaprasza Księcia, żeby chociaż na czas tej jednej rozmowy poprzebywał w rzeczywistości. On pyta: naprawdę tego chcesz? Dla mnie to taka chwila, w której Książę dopuszcza na moment tę możliwość, uchyla drzwi, ale natychmiast je zatrzaskuje. To dla niego zbyt realny świat. W mojej opinii, właśnie ta neurotyczna osobowość Kopciuszka, te jej dziwactwa, dają jej odwagę, by się postawić, zawalczyć o siebie i o autentyczność. Właśnie to czyni z niej rzeczywistą postać.



Robiliście sobie na planie jakieś dowcipy? Myślę, że jesteś kimś, kto mógł wkręcać albo straszyć pozostałych... Jeszcze przy takich możliwościach, jakie dawały te wszystkie dziwaczne kostiumy...

- A wiesz, że nie? Za to przypominam sobie dzień, w którym Chris [Pine] i James [Corden] strasznie narzekali, że ich buty i kostiumy są niewygodne. Popatrzyłyśmy na siebie z Emily [Blunt]... "Nie, nie zamierzamy tego wysłuchiwać. Jeśli zaraz nie skończą, to coś im zrobimy".

Ty też miałaś nie lada kostium. I w niczego sobie szpilkach musiałaś zbiec po schodach. Nie czułaś się jak kaskaderka?

- Wpadłam wczoraj na Coleen Atwood [jedna z najbardziej poważanych kostiumografek w Hollywood, pracowała przy "Tajemnicach lasu"] i powiedziałam jej, że często pytacie o to, czy śpiewamy w tym filmie na żywo, więc odpowiadam, że ganiając po schodach w górę i w dół w gorsecie od Coleen Atwood nie da się wydobyć z siebie dźwięku. Gdy się da, gdy jedynie siedzę na stopniach, można takie partie wykorzystać, ale jeśli biegam w gorsecie, trzeba użyć nagrania ze studia. No więc, jeśli chodzi o te obcasy i gorset, bywały dni, że musiałam powtarzać sobie: "to będzie świetnie wyglądać na ekranie, to będzie świetnie wyglądać na ekranie...". To nie były przelewki.

Jest jeszcze moja cudowna fryzjerka. Łączyła nas bardzo dziwna więź. To była wspaniała dziewczyna, miło nam się rozmawiało, dobrze się dogadywałyśmy... A potem przychodziła ta pora, gdy dawała mi znak... Mówiłam: "nawet tu, kur**, nie podchodź, nawet się nie waż...". Ona na to: "już czas". A ja powtarzałam: "nienawidzę suki!". A to była słodka dziewczyna. Tyle że zadawała mi ból. Tak, to była skomplikowana relacja.

Czy robienie musicalu wymaga większego zaufania do reżysera, niż w przypadku normalnego filmu? To, co widzicie podczas kręcenia, pewnie tym bardziej nie przypomina efektu końcowego...

- Ze wszystkich reżyserów, z którymi pracowałam, żadnemu tak bardzo nie zależy na wykreowaniu jak najbardziej rzeczywistego świata, co Robowi [Marshallowi]. Jeśli nie musi świecić ci lampką w twarz, to tego nie zrobi. Jeśli wpatrywanie się w piłeczkę tenisową i mówienie do niej zamiast do prawdziwego aktora nie jest absolutnie niezbędne, to nie każe ci tego robić. Jasne, że przy musicalu łatwiej o potknięcie. Stawka jest wyższa.

Rob puszczał nam muzykę tak głośno, jak tylko się dało. Tak naprawdę, to dopóki nie zobaczyłam nagrań zza kulis, nie zdawałam sobie sprawy, że gdy biegłam ścieżką nieopodal zamku, Rob puszczał muzykę na cały regulator. W środku nocy. Tylko do sceny biegu. Biegłam, a smyczki mnie napędzały. Czuliśmy się, jakbyśmy należeli do tego świata. To nie była jedna z tych sytuacji, gdy jesteś tylko ty, green screen i piłka tenisowa, która udaje ptaka i myślisz sobie: "cóż, mam nadzieję, że nie wyglądam jak idiotka". Myślałam raczej: "o kur**, jestem w środku "Tajemnic lasu"! Ale super!".

Lepiej czujesz się na scenie czy przed kamerą?

- To prawda, zaczynałam karierę na Broadwayu w wieku 12 lat, ale od kiedy miałam 17 lat nie występowałam tam więcej. Chyba wszystkich poza dziennikarzami gówno obchodzi czy jeszcze kiedyś tam wrócę. Tylko wy mnie jeszcze o to pytacie.

A co myślisz o swoim koledze z planu, który dopiero co tam występował, Jamesie Cordenie?

- Uwielbiam go. Uważam jednak, że jego poczucie humoru jest oburzające. Jest zbyt zabawny. Nie powinien być taki bystry. Jest niesamowicie utalentowany. Weźmy choćby tę historię, że na warsztatach był tak dobry, że Rob zaproponował mu rolę. Oczywiście, istniało ryzyko, że Disney każe Robowi zaangażować kogoś bardziej znanego, ale nikt nie potrafiłby go przebić.

Ani przez moment nie miałam wrażenia, że ktoś mógłby zagrać to lepiej. Pięknie patrzy się na te chwile, gdy rola trafia się temu komuś, kto powinien ją dostać - a on zasłużył na swoją być może najbardziej z całej obsady. Ale może myślę o nim tak ciepło, bo na jakiejś gali, którą prowadził, a ja odbierałam wyróżnienie, byłam jedyną osobą, z której się nie naśmiewał. Tak naprawdę, pewnie dlatego go tak lubię.

Często grywasz role energicznych, bystrych dziewcząt. Takich trochę mądrali. Koniec końców, Kopciuszek też taki jest. Nie czujesz się, hmm, zaszufladkowana?

- To interesujące. Często bywam o to pytana, ale czy ten Kopciuszek naprawdę jest taki bystry? Powiedziałabym raczej, że ona jest... normalna. Głównie faceci grają postaci o normalnym poziomie inteligencji. Gdy kobieta wciela się w normalną kobietę, zaraz słyszy: "często grasz mądre dziewczyny". Rety, czy w filmach naprawdę jest tyle idiotek? Że moje role są aż tak zauważalne?

A trochę tak nie jest?

- Może rzeczywiście... To okropne! Więc jeśli uznamy, że zaszufladkowano mnie w rolach przedstawicielek płci żeńskich o normalnym poziomie inteligencji - a muszę zaznaczyć, że z prawdziwego życia znam głównie takie - to chyba nie mam prawa narzekać na szufladkę, do której mnie wrzucono. Zazwyczaj się jednak nad tym nie zastanawiam, w geniuszki się raczej nie wcielałam. Do tej pory tego nie zauważyłam i nie sądziłam, że ktoś zauważy, że grywam kobiety, które są... po prostu rozsądne.

Wystąpiłaś ostatnio także w innym musicalu, "The Last 5 Years". Czym różnią się te dwa filmy?

- Przede wszystkim chyba tym, że "The Last 5 Years" miało ok. 1/50 budżetu "Tajemnic lasu". To było odświeżające doświadczenie. Zawsze miło mieć pewność, że wszystkie osoby zaangażowane w projekt są przy nim dlatego, że są nim zachwycone. Przy takim budżecie inaczej być nie może. Jeśli między ujęciami śpisz na podłodze kościoła w Harlemie, to znaczy, że ci zależy. Jason Robert Brown [autor musicalu "The Last Five Years"] jest jak bieg w maratonie, Stephena Sondheima [autora "Tajemnic lasu"] można porównać do tańca na wykwintnym balu. Przy takich dwóch projektach używa się zupełnie różnych zestawów mięśni.

Na najbliższe dwa lata masz w planach siedem kolejnych filmów. Niezłe tempo.

- Cieszę się, że mogę uczestniczyć w tylu różnorodnych projektach... więc może rzeczywiście powinnam częściej opowiadać o filmach, w których nie śpiewam. Zazwyczaj interesują mnie historie, których nie da się streścić w paru zdaniach. Takim filmem są chociażby "Głosy". Ekscytują mnie przede wszystkim scenariusze na tyle oryginalne, że nie da się ich łatwo wytłumaczyć. Producenci czują się pewniej, gdy mogą zrealizować coś, co można podsumować jako: "to jest o striptizerce, która musi stać się zabójczynią". Trochę kicha... Wolę opowieści, których jeszcze nie słyszałam.

Jeśli chodzi więc o... rozwój mojej kariery - rety, ale to żałośnie brzmi - jestem zadowolona z tego, w jakie projekty mogę się angażować. I że mnie do nich angażują! W sumie, chyba powinnam powiedzieć, że cieszę się z tego, że w ogóle mam pracę.

To może chcesz pochwalić się jeszcze jakimś filmem? Masz w czym wybierać.

- Siebie nie, ale mogę chwalić innych. Na festiwalu w Toronto promowałam "Cake" razem z Jennifer Aniston. Jaka ona była skromna... A przecież bardzo się do tego filmu przygotowywała... I jaką robotę wykonała na planie... Chciałam wyrwać jej mikrofon i zacząć chwalić ją za to, czego tam dokonała, bo chyba nie zdawała sobie z tego sprawy.

Jest tam scena na torach kolejowych. Najpierw kręcili Jennifer. Tak wzruszyła mnie jej gra, że musiałam ukryć twarz, żeby ekipa nie widziała moich łez. Dzięki bogu, gdy przyszła kolej na mnie, zdążyłam doprowadzić się do porządku. Są takie chwile, że aktor wydaje się mieć własne pole grawitacyjne. To był właśnie taki moment.

Zdarza się, że obserwujesz fenomenalnie grającego aktora i boisz się, że - z jakichś powodów - tej cudowności nie będzie widać na ekranie. Jej rola, na szczęście, wypadła tak samo wspaniale już w gotowym filmie. Mówiłam: laska, ty powinnaś śmiało zbierać zasłużone laury. Wcześniej myślałam o niej jako o wzorcowej "ulubienicy Ameryki". Nie podejrzewałam, że Jennifer okaże się tak cudowna i taka skromna. Spodziewałam się kogoś zupełnie innego.

Zdarzyło ci się zepsuć ujęcie, bo nagle zaczęłaś płakać?

- Tak, podczas kręcenia "Pół na pół".

Znakomity film.

Dzięki. A Joe Gordon-Levitt był tak dobry, że nie potrafiłam się powstrzymać. No i, prawdę mówiąc, także teraz, gdy Meryl [Streep] śpiewała "Last Midnight"... Wypełniła to takimi emocjami, że trudno było się powstrzymać. Sondheim i Meryl Streep... w jednym filmie... tak świetnie się to uzupełniało... Powiedzmy, że cieszyłam się, że kamera nie jest skierowana na mnie.

Może jest jakieś pytanie, którego nikt ci nigdy nie zadał? A bardzo chciałabyś na nie odpowiedzieć?

- Szczerze mówiąc, to wolałabym porozmawiać o tobie. Przez te wszystkie wywiady mam już dosyć słuchania własnego głosu.

Ludzie go lubią. Twoje wykonanie "Cups" z "Pitch Perfect" było sporym hitem. Nie myślałaś o karierze muzycznej? Chociaż jeden album?

- Nie. Przemysł muzyczny to jakiś pier***ony koszmar.

Czy ty przypadkiem nie pracujesz w Hollywood?

- Właśnie o tym mówię. Pracuję w branży filmowej, a nawet dla mnie przemysł muzyczny jawi się jak jakiś pier***ony koszmar. Chyba więcej nie muszę dodawać.

Marek Kuprowski rozmawiał także z James Corden, który wkrótce będzie bawił amerykańską publiczność w "The Late Late Show". Przeczytaj rozmowę>>

Przeczytaj także wywiad Marka Kuprowskiego z Robem Marshallem, reżyserem "Tajemnic lasu">>

"Tajemnice lasu" to musical, z udziałem plejady hollywoodzkich gwiazd: Meryl Streep, Emily Blunt, Jamesem Cordenem, Anną Kendrick, Chrisem Pinem, Johnnym Deppem, Tracey Ullman, Christine Baranski. W filmie zobaczymy bohaterów najpopularniejszych baśni braci Grimm m.in.: Kopciuszka, Czerwonego Kapturka oraz Roszpunkę. Klasyczne baśniowe motywy połączy nowa opowieść o piekarzu i jego żonie, ich pragnieniu założenia rodziny i perypetiach z wiedźmą, która rzuciła na nich zły urok. Film wchodzi na ekrany polskich kin już w ten piątek 13 lutego.

Więcej o: