Znakomita Marion Cotillard walczy o utrzymanie pracy. Uroczo jarmarczne, kolorowe "Disco polo" o american dream czasu transformacji [NA CO DO KINA]

W kinach trzymający w napięciu belgijski dramat, który dał Cotillard nominację do Oscara. Dziki Zachód polskich lat 90. w rytmie disco polo. "Co robimy w ukryciu" udający dokument o życiu wampirów. I nieugięci Asteriks i Obeliks. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina. A jest co oglądać!
Disco polo

Szalone lata 90. Polska to jeden, wielki Dziki Zachód, na którym można osiągnąć wszystko, jeśli tylko dostatecznie mocno się tego chce. Tomek (Dawid Ogrodnik) na pewno nie chce podzielić losu swojego ojca, zawiadowcy stacji PKP. Chłopak ma w życiu jedną pasję: disco polo. Tomek wierzy, że jest w stanie podbić muzyczny rynek, o którym nie ma pojęcia. Jeśli namówi swojego kolegę, utalentowanego instrumentalistę "Rudego", by zechciał towarzyszyć mu w przygodzie, listy przebojów staną przed nimi otworem.

"Disco polo" to muzyczna komedia debiutującego w pełnym metrażu Macieja Bochniaka - prywatnie męża Joanny Kulig, wcielającej się w ukochaną głównego bohatera, Gensoninę - który scenariusz napisał wspólnie z aktorem Mateuszem Kościukiewiczem, pojawiającym się tu w kilku scenach. Jest zresztą w "Disco polo" kilka zaskakujących wystąpień gościnnych i szkoda, że Kościukiewicz nie zdecydował się na uczynienie swojego jednym z nich. Gdyby przemykał przez ekran tylko w ramach ciekawostki, nierozpoznany przez większość widzów, wpisałby się w tradycję interesujących, hollywoodzkich easter eggów. Wydaje się jednak, że Kościukiewicz trochę za bardzo próbuje ekranowo zaznaczyć swoją obecność w tym projekcie.

Jeśli spodziewaliście się filmu wyśmiewającego disco polo, nieźle się zaskoczycie. "Disco polo" podejmuje - zapewne słuszną z marketingowego punktu widzenia - decyzję o traktowaniu naszego narodowego gatunku muzycznego jako przedmiotu sentymentu, uroczo polskiego i bardzo pozytywnego. Disco polo porównywane jest tu do muzyki country, którą Amerykanie uwielbiają (a co najmniej nie wstydzą się tradycji). W ogóle, trafne i efektowne porównania do Ameryki, wolnej amerykanki czy Dzikiego Zachodu zdarzają się w "Disco polo" bardzo często i chyba nieco zbyt nachalnie. Na szczęście, uroczo jarmarczna, kolorowa, nieco tandetna estetyka filmu dobrze się sprawdza, a wiele rozwiązań estetycznych może budzić uznanie ("Hiszpanka" mogłaby się uczyć).

Krwiobiegiem dla wizualnego serca filmu są aktorzy. Ich radość i żywiołowość zaraża widownię. Ogrodnik świetnie sprawdza się w roli prostego chłopaka, który naprawdę wierzy w potęgę polskiego disco, a Głowacki jest niezmiennie bezbłędny (choć powoli można zauważać spore podobieństwo kolejnych granych przez niego postaci). Tomasz Kot w roli rządzącego całym discopolowym biznesem Polaka (przez wielkie "P") balansuje na granicy niedopuszczalnej już dla niego w tym momencie karykatury, a Kulig nieco za bardzo podgrywa Katarzyną Figurą, ale żadne z aktorów nie wypada z odpowiednich torów. Do tego film oferuje kilka smacznych rólek epizodycznych, m.in. w wykonaniu Iwony Bielskiej, Janusza Chabiora i Jacka Komana.

Właściwie jedynym, na czym "Disco Polo" ucierpiało, jest leniwe scenariopisarstwo. W paru miejscach twórcom jakby zwyczajnie nie chciało się wymyślać logicznego ciągu dalszego, postanowili więc przeskoczyć od razu kilka scen dalej. Mój największy zarzut dotyczy jednak filmowych piosenek. Pojawiają się tu takie kawałki jak "Cztery osiemnastki", a największe hity głównych bohaterów to m.in. "Ona tańczy dla mnie" i "Jesteś szalona". Uważam, że autorzy zmarnowali niesamowitą okazję do napisania oryginalnych utworów, które dla niektórych mogłyby zresztą stać się nowymi discopolowymi przebojami, a dla innych być wspaniałą parodią gatunku. Rozumiem pewną narrację, prowadzoną odpowiednio dobieranymi do repertuaru utworami, ale można było osiągnąć o wiele więcej (i sprzedać potem mnóstwo płyt z oryginalną muzyką z filmu).

Mimo że uważam "Disco polo" za - w pewnym stopniu - straconą szansę, a film nie dorasta do pięt najlepszym zachodnim przedstawicielom gatunku, np. "Szaleństwom młodości" Toma Hanksa, które wylansowały m.in. kapitalny przebój "That Thing You Do!", nie wyobrażam sobie, że można się na tym filmie nie bawić świetnie.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Brawurowa komedia, która powinna pogodzić krytyków i miłośników disco polo, ukazanego tu przewrotnie jako spełnienie naszego american dream czasów transformacji - ocenia Piotr Guszkowski.



"Disco polo", komedia, muzyczny, Polska 2015, 105 min., reż. Maciej Bochniak, występują: Dawid Ogrodnik, Piotr Głowacki, Tomasz Kot, Joanna Kulig, Aleksandra Hamkało, Iwona Bielska, Jacek Koman, Rafał Maćkowiak

Dwa dni, jedna noc

Tytuł najnowszego filmu braci Dardenne'ów sugerować mógłby raczej komedię w stylu "Kac Vegas". Pomysł wyjściowy wydaje się lekko naciągany i może rzeczywiście lepiej sprawdziłby się w realiach zwariowanej komedii. Jedno jest pewne: po tym weekendzie tu też wszyscy obudzą się z kacem.

Dardenne'owie na wszelki wypadek nie zdradzają od razu, jaką zabawę nam proponują, za to z miejsca rzucają widza w wir akcji (jeśli można mówić o akcji w filmie, który składa się z kilkunastu rozmów o tym samym). Równie dobrze można by zatytułować obraz "Dwa dni z życia ankietera".

Sandra (znakomita przy użyciu minimalnych środków Marion Cotillard) wraca do pracy tuż po przerwie spowodowanej depresją. Wraca tylko po to, by dowiedzieć się, że pracy dla niej już nie ma - pod nieobecność głównej bohaterki okazało się, że jej koledzy są w stanie wykonać wszystkie zadania przy nieznacznym powiększeniu liczby roboczogodzin, szef zaproponował więc każdemu wybór: tysiąc euro premii i głosowanie za zwolnieniem Sandry lub zatrzymanie koleżanki i pożegnanie się z bonusem.

Najbliższa protagonistce Juliette wymusiła na zwierzchniku możliwość powtórzenia druzgocącego głosowania. Losy roztrzęsionej kobiety rozstrzygną się w poniedziałek. Mąż Sandry rzuca nadal kruchą małżonkę na głęboką wodę i zmusza ją do złożenia weekendowej wizyty wszystkim współpracownikom. Czy uda się ich przekonać, by wybrali człowieka i solidarność zamiast pieniędzy i własnego komfortu?

Belgijski dramat, który dał Cotillard nominację do Oscara, składa się z kilkunastu rozmów o tym samym, w których padają te same kwestie, podobne argumenty i znane już nam reakcje. Można by się spodziewać, że najdalej w połowie seansu powinniśmy mieć dość. Trudno powiedzieć, jak udaje się Dardenne'om sprawić, że film w ogóle nie jest nudny i cały czas trzyma w napięciu. Jasne, dałoby się skondensować go do rozmiarów skromnego, krótkiego metrażu, ale i skromna, długa fabuła okazuje się naprawdę dobra.

Najważniejsze jest, oczywiście, pytanie, które sami sobie dzięki "Dwóm dniom..." zadajemy: wybralibyśmy tysiąc euro czy ocalenie posady koleżanki? Wiele zależałoby pewnie od naszego stosunku do tej osoby, trochę od naszej aktualnej sytuacji... Można uznać, że ten problem nie ma dobrego rozwiązania, ale może - wbrew temu, czego zapewne oczekują od nas reżyserzy - należałoby stwierdzić, że w podobnej sytuacji nie ma rozwiązań złych?

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Ta prostota obrazu Dardenne'ów, jego przejrzystość i dosłowność może budzić opór, choć - paradoksalnie - działa - ocenia Paweł T. Felis.



"Dwa dni, jedna noc", dramat, Belgia, Francja, Włochy 2014, 95 min., reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne, występują: Fabrizio Rongione, Marion Cotillard, Catherine Salee, Alain Eloy, Simon Caudry, Batiste Sornin, Lara Persain, Pili Groyne

Co robimy w ukryciu

Viago, Deacon, Vladislav i Petyr to czwórka współlokatorów, zmagająca się z typowymi problemami mieszkających wspólnie osób. Na przykład, weźmy takiego Vladislava - nie zmywa naczyń. Od pięciu lat. Panowie mają też problem z niepokojąco staromodnym Petyrem. Trudno mu się jednak dziwić, jest od kolegów o kilka tysięcy lat starszy. Czy wspominałem już, że bohaterowie "Co robimy w ukryciu" są wampirami?

Rzecz zaczyna się bardzo nieobiecująco. Oto kolejna opowieść o wampirach, do tego pierwsze ujęcia z oddali krzyczą: należymy do filmu bardzo niskobudżetowego! I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bohaterowie nowozelandzkiej komedii wciągają nas do swojego świata, który jest tak uroczy, że nie ma przed nim ucieczki. Ale nie wystarczyłoby połączenie "Warsaw Shore" z wampirycznym "Blair Witch Project", by projekt reżyserów, scenarzystów i aktorów Jemaine'a Clementa (znany z komediowego serialu i zespołu muzycznego Flight of the Conchords) oraz Taiki Waititiego (twórca wielu ciepło przyjętych w Nowej Zelandii niezależnych komediodramatów) wypalił. "Co robimy w ukryciu" zawdzięcza sukces traktowaniu się to śmiertelnie serio, to znowu z przymrużeniem oka w najbardziej odpowiednich momentach oraz wielu kapitalnie napisanym żartom i one-linerom.

Tak naprawdę, udające dokument - życie wampirów filmuje ekipa telewizyjna - dzieło najlepiej sprawdza się jako zbiór luźnych gagów. Jego wampiryczny żywot rozpoczął się przecież dekadę temu, gdy twórcy zrealizowali film krótkometrażowy, który wyewoluował później w ten projekt. "Co robimy w ukryciu" próbuje opowiedzieć jakąś bardziej znaczącą historię, ale to najsłabszy element obrazu. Na szczęście, zbędnej fabule nie udało się zakłócić wesołego chaosu, kreowanego przez niesamowicie sympatycznych nieumarłych. Na pochwały zasługują też ścieżka dźwiękowa czy zaskakująco udane efekty specjalne.

Nie ulega wątpliwości, że nie wszystkim szalony pomysł i bezkompromisowy styl Clementa i Waititiego przypadnie do gustu, ale z pewnością znajdą się też widzowie, dla których "Co robimy w ukryciu" stanie się jedną z najlepszych komedii wszech czasów. Wygląda na to, że mamy do czynienia z jedną z najlepszych komedii roku.

A więc, co robimy w ukryciu? Odpowiedź na (nie)zadane w tytule pytanie jest prosta: zaśmiewamy się do rozpuku.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 W sumie nie najmądrzejszy to film, ale zabawny - bez wątpienia - ocenia Paweł T. Felis.



"Co robimy w ukryciu", czarna Komedia, mockument, Nowa Zelandia 2014, 85 min., reż. Jemaine Clement, Taika Waititi, występują: Taika Waititi, Jemaine Clement, Rhys Darby, Jonathan Brugh, Cori Gonzalez-Macuer, Stuart Rutherford, Jackie van Beek

Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów

Jest rok 50. przed naszą erą. Cała Galia została podbita przez Rzymian... Cała? Nie! Jedna, jedyna osada, zamieszkała przez nieugiętych Galów, wciąż stawia opór najeźdźcom i uprzykrza życie legionom rzymskim stacjonującym w obozach Rabarbarum, Akwarium, Relanium i Delirium...

"Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów" to ekranizacja 17. tomu o przygodach Asteriksa, który światło dzienne ujrzał w 1971 r. W tej historii Juliusz Cezar próbuje wyeliminować arcywrogów, wprowadzając w życie naprawdę sprytny plan. Cesarz nakazuje wybudować tuż przy galijskiej wiosce rzymskie Osiedle Bogów. Liczy na to, że Galów skusi rzymski styl życia i uda się pokonać ich poprzez przeprowadzenie dobrowolnej romanizacji.

Mało kto pamięta już fenomenalną aktorską "Misję Kleopatrę". Po beznadziejnym "Asteriksie na olimpiadzie" i całkiem udanym, choć niezbyt ciepło przyjętym "W służbie Jej Królewskiej Mości" o filmach aktorskich możemy chyba na jakiś czas zapomnieć. Dobrze, że powstał pomysł wskrzeszenia animowanej serii o przygodach dzielnych Galów.

Choć przejście w trójwymiar odbyło się dla naszych ulubionych bohaterów względnie bezboleśnie, nie sposób nie zatęsknić za kreską z - mimo wszystko, bardziej udanych - filmów o Asteriksie sprzed kilkudziesięciu lat. Polski dystrybutor zaproponował też całkiem nową obsadę dubbingową. Arkadiusz Jakubik bardzo pozytywnie zaskoczył mnie swoim głosem Obeliksa. Wcielający się w Asteriksa Wojciech Mecwaldowski także nie powinien obawiać się listów z pogróżkami od najwierniejszych fanów wąsatego siłacza.

"Osiedle Bogów" to całkiem udany film z orzeźwiająco nienowoczesnym, nadal aktualnym morałem (możemy się między sobą mieszać i zachwycać nieznanym, ale tradycja jest najważniejsza), karmiący też widzów interesującym komentarzem społecznym (motyw z niewolnikami, którzy wolą pracę od wolności i zgrabne porównanie owej pracy do zalegalizowanej formy niewolnictwa). Niestety, oryginalna historia nie wystarczyłaby na pełnometrażowy film, trzeba więc było dopisać kawał scenariusza. Część historii nieobecna w komiksie wydaje się jakością nieco odstawać od oryginalnych pomysłów Rene Goscinnego. Zdecydowanie lepszy jednak taki Asterix, niż żaden.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Nowy "Asteriks i Obeliks..." jest dokładnie tym, czego można się było spodziewać - ani zachwyca, ani boli, za to sprawia, choćby i powierzchowną bardzo, przyjemność - ocenia Paweł T. Felis.



"Asteriks i Obeliks: Osiedle bogów", animacja, komedia, Francja 2014, 85 min., reż. Louis Clichy, Alexandre Astier, występują: Roger Carel, Lorant Deutsch, Guillaume Briat, Alexandre Astier, Laurent Lafitte, Elie Semoun, Alain Chabat, Geraldine Nakache

Głosy

Jerry (Ryan Reynolds) to normalny gość, mieszkający w niewielkiej amerykańskiej mieścinie. Pracuje w fabryce, próbuje umówić się z biurową laską, Fioną (Gemma Arterton), podoba się jej koleżance, Lisie (Anna Kendrick), a wieczorami prowadzi dyskusje ze swoim kotem i psem. Tak, on mówi do nich, a oni mu odpowiadają.

No więc dobrze, słowo "normalny" nie opisuje protagonisty najtrafniej - Jerry odstawił leki, przepisane przez jego psychiatrę (Jacki Weaver) i dlatego słyszy głosy swoich zwierzaków (podkłada je sam Reynolds). Kot jest diabełkiem, namawiającym go do mordowania ludzi, a pies aniołkiem, starającym się swego pana od tego odwieść. Pierwsze zabójstwo będzie najtrudniejsze, potem już jakoś pójdzie.

Najnowszy film Marjane Satrapi to przede wszystkim komedia. Smutny paradoks polega na tym, że tak jak slashery zamiast straszyć częściej śmieszą, tak obrzydliwie brutalnym "Głosom" częściej bliżej do slashera, niż do zabawnej komedii. Irańska reżyserka świetnie poradziła sobie z wizualną warstwą filmu (gdy Jerry odstawia leki, żyje sobie nieświadomie w landrynkowym, niemal sitcomowym świecie a głowy ofiar wesoło z nim gawędzą, gdy zaczyna brać leki, dostrzega brud i beznadzieję jego prawdziwego położenia), fatalnie poszło jej wyważenie tonacji "Głosów". Poza paroma scenami, kilkoma wymianami zdań między psem a kotem i zapewne dla niektórych kontrowersyjnym, cukierkowym numerem musicalowym z udziałem pewnej wysoko postawionej osoby, nie ma tu nic zabawnego. Są za to sceny, które u co bardziej wrażliwych mogą wywołać nudności oraz kompletnie niedorzecznie ukazany proces leczenia psychiatrycznego. A przecież "Głosy" starają się na poważnie przeprowadzić psychoanalizę głównego bohatera. Ponadto, serialowy scenarzysta Michael R. Perry poszedł po linii najmniejszego oporu, gdy wymyślał powód, który uczynił z Jerry'ego takiego psychola.

Satrapi i Perry zmieniają atmosferę nie tyle co scenę, co parę razy w obrębie jednej sceny. Niestety, kompletnie sobie z tym nie radzą. No i trudno się śmiać, gdy ostatni posiłek podchodzi ci do gardła. A przecież można pożenić horror, kryminał, film fantasy, opowieść o dorastaniu a nawet komedię, co udowodnił niedawno Alexandre Aja w kapitalnych "Rogach". "Głosy" składają się raczej na niestrawny misz-masz. Sytuację ratuje kilka naprawdę dobrych momentów i świetna robota aktorów ze znakomitym Reynoldsem na czele. Mimo wszystko, jeśli Reynolds wyobraża sobie "Głosy" jako wprawkę przed "Deadpoolem", to jeszcze bardziej obawiam się o ekranizację komiksu z jego udziałem.

Najnowszy film reżyserki "Persepolis" i "Kurczaka ze śliwkami" jest najsłabszy w jej dorobku. Można go obejrzeć, byle nie dojść później do niebezpiecznych (i najciekawszych) wniosków, jakie z łatwością da się z niego wysnuć: warto odstawić leki, by pogadać ze swoimi ukochanymi pupilami.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Przewrotność filmu polega na tym, że będąc komediowym horrorem, wykorzystuje schematy poczciwej komedii romantycznej - ocenia Paweł Mossakowski.



"Głosy", thriller, komedia kryminalna, Niemcy, USA 2014, 105 min., reż. Marjane Satrapi, występują: Ryan Reynolds, Gemma Arterton, Anna Kendrick, Jacki Weaver, Ella Smith, Paul Chahidi, Stanley Townsend

Druga szansa

Andreas (Nikolaj Coster-Waldau - "Mama", serial "Gra o tron") ma piękną żonę i wspaniałego noworodka. Z pozoru może wydawać się, że jedynym cierniem w jego idealnej egzystencji jest policyjny partner, upijający się czasem w lokalnym barze, z którego trzeba go potem ratować. Ale i to Andreas na swój sposób lubi.

Podczas interwencji u - jak się okazuje - znajomego narkomana (Nikolaj Lie Kaas - "Kobieta w klatce", "Anioły i demony") Andreas zauważa malutkie dziecko Tristana i jego partnerki. Całe we własnych odchodach. Gdy okaże się, że opieka społeczna nie może odebrać dziecka wyrodnym rodzicom, a w życiu Andreasa wydarzy się okropna tragedia, policjant wpadnie na budzący spore etyczne wątpliwości, zupełnie niepodobny do niego pomysł...

Susanne Bier ("Serena", "Bracia") w swoim nowym dramacie stawia interesujące pytania - o to, komu należy się przywilej rodzicielstwa czy o to, gdzie przebiega granica między byciem dobrym a złym człowiekiem i czy łatwo jest ją prze(kr)oczyć. Zwroty akcji są emocjonujące, choć wydają się nieco wymuszone i niekoniecznie zaskakujące. Bier ma talent do komponowania klimatycznych, zimnych, szerokich kadrów, ale nie do utrzymywania uwagi widza.

Osiem lat temu Dunka nakręciła swój pierwszy anglojęzyczny film - "Things We Lost in Fire". Polski dystrybutor nadał mu wtedy tytuł... "Druga szansa". Gdy Bier naprawdę nakręciła "Drugą szansę", polski tytuł filmu okazuje się brzmieć... tak samo. Sytuacja zabawna, ale i znamienna - "Film Susanne Bier" byłby bowiem dobrym tytułem alternatywnym tego dzieła. Tak naprawdę, wszystkie jej filmy są do siebie podobne: intrygujący pomysł, wciągający pierwsze minuty i dalej... nic. Nuda. Druga "Druga szansa", na tle pozostałych, i tak wypada całkiem nieźle.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 [Film] jest na pewno gęsty i intensywny. Bier korzysta w nim też z atrakcyjnej formuły kryminału, aby postawić ciekawe i niełatwe pytania natury etycznej - ocenia Paweł Mossakowski.



"Druga szansa", dramat, Dania 2014, 105 min., reż. Susanne Bier, występują: Ulrich Thomsen, Nikolaj Coster-Waldau, Maria Bonnevie, May Andersen, Nikolaj Lie Kaas, Peter Haber, Bodil Jorgensen, Thomas Bo Larsen

Boys

Nastoletni Sieger (Gijs Blom) mieszka z owdowiałym ojcem i starszym bratem. Jest tym grzeczniejszym z synów. Czas pozalekcyjny spędza na treningach przed zawodami w biegach sztafetowych. W kadrze poznaje Marka, z którym świetnie się dogaduje. Im bardziej Siegerowi wydaje się, że z homoseksualnym chłopakiem łączy go coś więcej, tym bardziej próbuje przekonać się, że tak naprawdę zainteresowany jest śliczną Jessiką...

"Boys" zostali po raz pierwszy wyemitowani w ramach pasma dla dzieci i młodzieży w holenderskiej telewizji publicznej. Film spotkał się z tak ciepłym przyjęciem, że wprowadzono go do kin, gdzie także zanotował świetny wynik. Wtedy sprzedano obraz do USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Polski, Francji, Niemiec oraz na Tajwan.

Tak szeroką dystrybucję można uznać za dość zrozumiały sukces Mischy Kamp ("Konik Świętego Mikołaja"), reżyserki filmów dla młodej widowni. Pięknie sfotografowanych "Chłopców" po prostu przyjemnie się ogląda, ale poza całkiem miłym spędzeniem 80 minut obraz nie ma wiele do zaoferowania.

To kolejna opowieść o dojrzewaniu, których jeszcze dwa sezony temu otrzymywaliśmy całe mnóstwo. Jedyna różnica jest taka, że - co zdarza się zdecydowanie rzadziej - główny bohater "Boys" nie jest heteroseksualny i dojrzeć musi także do zaakceptowania swoich preferencji. Brazylijskie "W jego oczach", które do Polski przywędrowało pół roku temu, było chyba odrobinę lepsze, ale jeśli potrzebujecie właśnie takiego filmu, "Boys" też sprawdzą się nieźle.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 3/6 Tu wszystko przebiega jak w odcinku młodzieżowego serialu telewizyjnego sprzed 30 lat, i takim że, telewizyjnym językiem jest opowiadane - ocenia Paweł Mossakowski.



"Boys", familijny, Holandia, 2013, 80 min., reż. Mischa Kamp, występują: Gijs Blom, Ko Zandvliet, Jonas Smulders, Ton Kas, Stijn Taverne

Między światami

Jesper (Ronald Zehrfeld - "Barbara", "Siostry i Schiller") wraca do Afganistanu na kolejną turę, chociaż stracił tam brata. Tarik jest tłumaczem, pomagającym niemieckim żołnierzom, choć to podwójnie ryzykowne, bo przechlapane ma już jego siostra, wykazująca zbyt duże - jak na kobietę - ambicje. A jeśli dodać do tego "kolaborację" Tarika...

Dobrze, że bohaterowie znajdą wspólny język i się zaprzyjaźnią. Ale czy będą potrafili wesprzeć się w kluczowych chwilach i przebić twardy mur kulturalnych różnic?

Niemiecki dramat wojenny Austriaczki Feo Aladag to... niemiecki dramat wojenny. Tak można w skrócie opisać "Między światami". Innymi słowy, Niemcy zobaczyli, że Amerykanie kręcą filmy o Iraku czy Afganistanie i uznali, że skoro oni też tam byli, to warto by było zaznaczyć swoją militarną obecność w kinie. I chociaż ani Aladag, ani nikt w jej ekipie nie popełnia błędów, to "Między światami" nie znajduje się nic szczególnie ciekawego. Można popatrzeć tu na codzienne życie Afgańczyków i, zamiast oglądać monumentalne bitwy, przeżyć kłótnię o zabitą krowę (jest ciekawsza, niż się może wydawać), ale ten brak wielkiej stawki i poczucia, że dzieje się coś dużego, działa na szkodę filmu.

Ryzykowne wydaje się zwłaszcza wprowadzanie filmu do kin w tym samym czasie, gdy w najlepsze hula w nich amerykański "Snajper". Clint Eastwood i Bradley Cooper wygrywają pojedynek ze swoimi niemieckimi kolegami z zamkniętymi oczami.

Oby nadchodząca w tym roku "Karbala" - film o polskich żołnierzach w Iraku - zaatakowała dużo skuteczniej.

Ocena Film.Gazeta.pl: 2/6



"Między światami", dramat, Niemcy 2014, 100 min., reż. Feo Aladag, występują: Ronald Zehrfeld, Mohsin Ahmady, Saida Barmaki, Salam Yousefzai, Burghart Klaußner, Felix Kramer, Pit Bukowski, Tobias Schönenberg, Roman Rien, Sher Aqa, Ali Reza