Był sobie las ***

Drzewa umierają, upadając.
Luc Jacquet raczej nie da się namówić na nakręcenie "normalnego" dokumentu. "Mój przyjaciel lis" był w połowie baśnią, w połowie filmem przyrodniczym. W nagrodzonym Oscarem "Marszu pingwinów" uroczy bohaterowie porozumiewali się ze sobą ludzkimi głosami. Jacquet nie posunął się do pozwolenia roślinom na prowadzenie dialogów, ale i tak nie jest to klasyczny film dokumentalny.

Naszym przewodnikiem po ginących lasach deszczowych jest pomysłodawca obrazu, przyrodnik Francis Halle, który - jak sam mówi - całe życie spędził właśnie w tych gęstwinach. Jego opowieści są równie ciekawe, co chaotyczne. Halle skacze po tematach i urywa wątki niczym tytułowy bohater "Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy?". Niektóre ujęcia z nim są zbyt patetyczne - trudno nie zaśmiać się, gdy wspierany przez podniosłą muzykę dumnie pręży pierś na koronie wysokiego drzewa. Zwłaszcza że Halle, niestety, nie przypomina Tarzana.

Najbardziej w "Był sobie las" przeszkadzały mi wszędobylskie animacje. Wiem, że tylko w ten sposób można było ukazać kilkudziesięcioletni proces wzrastania drzewa czy rozsiewania zapachów, ale bluźnierstwem jest zasłaniać w tak wulgarny sposób absolutnie przepiękne krajobrazy, dla których rzeczywiście warto byłoby zobaczyć nowe dzieło Jacqueta. Animacji jest tu zdecydowanie za dużo.

"Był sobie las" pozwala podejrzeć z bliska owady i dzieli się z widzami paroma naprawdę fascynującymi ciekawostkami, ale momentami zmusza też do ziewania, doprowadzając w ten sposób do zwiększonej produkcji dwutlenku węgla. Naprawdę zachwyceni filmem będą tylko już wojujący ekolodzy. Nikt inny nie ruszy po tym filmie do boju w imię ochrony fauny i flory.

Ocena: 3/6



"Był sobie las", dokumentalny, Francja 2013, 78 min., reż. Luc Jacquet