"Dumni i wściekli", najlepszy niezależny film brytyjski ubiegłego roku? Czy nagrodzony na Berlinale film Małgorzaty Szumowskiej? [NA CO DO KINA]

W kinach oparta na faktach historia sojuszu gejów i strajkujących górników, która podnosi na duchu. "Body/Ciało", najlepszy film Małgorzaty Szumowskiej, nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem. A może opowieść o lasach deszczowych nagrodzonego Oscarem za "Marsz pingwinów" Luca Jacqueta? Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
Dumni i wściekli

Rok 1984. Żaden tam Orwell, tylko strajk górników - w całej Wielkiej Brytanii. Sytuacja jest poważna. Niemogąca znaleźć sobie ciekawego zajęcia grupka gejów (plus jedna lesbijka) pod przewodnictwem aktywisty Marka Ashtona (Ben Schnetzer - "Złodziejka książek") uznaje, że warto wspomóc kogoś, kto jest tak samo wykluczony jak oni. Zakładają fundację pod niedorzeczną nazwę Lesbijki i Geje Wspierają Górników (nic dziwnego, że wszyscy rozmówcy odkładają słuchawkę, gdy tylko słyszą brzmiącą jak żart nazwę) i zbierają pieniądze dla klepiących biedę robotników. Tylko komu je przekazać? Przypadkowy wybór pada na górniczą społeczność z małej, walijskiej miejscowości. Tylko czy walijskie, umorusane węglem chłopy przyjmą paradę wesołych gejów z otwartymi rękami?

Film doświadczonego reżysera teatralnego, nagrodzonego Tony Award za "Rzeź" Yasminy Rezy Matthew Warchusa ("Simpatico") oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, ale nie wszystkie postaci mają swoje historyczne odpowiedniki. Niektóre różnią się też znacznie od rzeczywistych pierwowzorów - Ashton był tak naprawdę dużo mniej łagodny, niż w tym uroczym komediodramacie, ale debiutujący w roli scenarzysty Stephen Beresford postanowił uczynić go sympatyczniejszym i nie eksponował zanadto tego, że Ashton to zatwardziały komunista.

"Dumni i wściekli" zostali uznani za najlepszy niezależny film brytyjski ubiegłego roku, przy czym warto zaznaczyć, że niełatwo dostrzec, iż nie jest komercyjna produkcja, za którą stoi naprawdę przyzwoity budżet. To niespodzianka również dlatego, że na drugim planie błyszczą Bill Nighy ("To właśnie miłość") i Imelda Staunton ("Vera Drake"). Dość wolno i w bardzo naciągany sposób rozkręcający się film swój końcowy sukces zawdzięcza właśnie mnogości świetnie napisanych i zagranych bohaterów. Każdy czymś się wyróżnia, do każdego z czasem coraz bardziej się przywiązujemy.

Nie wolno traktować "Dumnych i wściekłych" jako prawdy historycznej i bezwzględnie im wierzyć, ale to film w duchu zbliżony do klasycznych brytyjskich obrazów poprawiających samopoczucie, takich jak "Goło i wesoło" czy "Czarodziejskie buty Jimmy'ego". Z kina wychodzi się podniesionym na duchu. Dumnie, nie wściekle.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 5/6 Ciepły film, z tych co poprawiają nastrój, a poprawiłby jeszcze bardziej, gdyby nie myśl, że u nas to by raczej nie przeszło... - ocenia Paweł Mossakowski.



"Dumni i wściekli", dramat, komedia, Wielka Brytania 2014, 120 min., reż. Matthew Warchus, występują: Bill Nighy, Andrew Scott, Dominic West, Imelda Staunton

Focus

Nicky (Will Smith) to legenda światka krętaczy. Z kolei początkująca w branży Jess (Margot Robbie) ledwo kradnie portfele i zegarki, ale Nicky godzi się wziąć ją pod swoje skrzydła i nauczyć kilku sztuczek. Kłopoty zaczną się, kiedy między nimi zaiskrzy. Gdy twoja fucha polega na manipulowanie koncentracją innych osób, najgorsze, co można zrobić, to samemu ją stracić...

Komedia kryminalna pary reżyserów ("Kocha, lubi, szanuje") i scenarzystów ("Zły Mikołaj") Glenna Ficarry i Johna Requy może sprawiać wrażenie filmu zrobionego w latach 90. i jest to bez wątpienia komplement. Jak zwykle niemożliwie wręcz sympatyczny Smith mógłby z powodzeniem wystąpić w niej gdzieś między "Bad Boys" a "Facetami w czerni". "Focus" to błogi, napakowany interesującymi scenami i pomysłami seans. Momentami film próbuje być aż za sprytny i chyba zadziałałoby z korzyścią, gdyby twórcy zrezygnowali z paru zwrotów akcji. "Focus" ma dość nietypową strukturę. Zamiast trzech aktów, wyróżnić można tu dwa odcinki, z czego ten pierwszy, działający jak sprawiający wrażenie bardzo długiego prologu, jest jednak bardziej dynamiczny i interesujący od drugiej części filmu. Całości nie można jednak wiele zarzucić.

Konsultantem scenariusza był manipulator Apollo Robbins, posiadający jedne z najzwinniejszych par dłoni w całych USA. Robbins zasłynął z obrobienia agenta Secret Service, ochraniającego byłego prezydenta Jimmy'ego Cartera. Dzięki tej akcji spotkał się z zainteresowaniem mediów i rozlicznych służb, którym zaczął udzielać porad w kwestiach bezpieczeństwa.

Technologicznych pasjonatów zainteresować może z kolei, że "Focus" to największa produkcja, jaka została kiedykolwiek zmontowana w "Final Cut". A co dla pasjonatów kina? Naprawdę świetny film, który ogląda się bardzo przyjemnie, a nawet można się z niego dowiedzieć kilku ciekawostek. Niczego więcej nie trzeba.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 2/6 Kiepska komedia kryminalna. A może miłosna? Nie wiadomo - w końcu chodzi o parę oszustów... - ocenia Paweł Mossakowski.



"Focus", komedia, USA 2015, 104 min., reż. Glenn Ficarra, John Requa, występują: Will Smith, Margot Robbie, Rodrigo Santoro, BD Wong, Adrian Martinez, Stephanie Honore, Robert Taylor, Gerald McRaney

Body/Ciało

Prokurator (Janusz Gajos) to stary cynik, który wiele w życiu widział. Nie wierzy w zjawiska nadprzyrodzone, nie rusza go trup niemowlaka w dworcowej toalecie. Po przeciwnej stronie barykady stoi terapeutka Anna (Maja Ostaszewska), lecząca bulimiczki i anorektyczki, czyli osoby chore na ciele i duszy. Gdy córka prokuratora (Justyna Suwała) trafi do dorabiającej po godzinach jako medium Anny na leczenie, dojdzie do konfrontacji terapeutki z ojcem pacjentki. Czy prokurator uwierzy w ciała astralne? A może przekona Annę, że jedynymi prawdziwymi bytami są ciała fizyczne?

Ukośników w tytule nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej ("33 sceny z życia", "Sponsoring") mogło być jeszcze więcej, bo to film ciału poświęcony i rozpatrujący je od każdej możliwej strony. Poza opisanym przeze mnie tematem przewodnim, wszystko co dzieje się w tym dramacie (niektórzy twierdzą, że to raczej czarna komedia, ale musi to być bardzo głęboki odcień czerni) przywodzi na myśl różne powiedzenia, dotyczące naszej zewnętrznej powłoki (oraz jej wypełnienia): w zdrowym ciele zdrowy duch, jesteś tym, co jesz, itd.

Największy problem z filmem Szumowskiej polega na tym, że autorka nie potrafi choć na chwilę oderwać się od wygłaszania własnych uwag światopoglądowych. Gdyby nie wspomniała o polskim antysemityzmie, pewnie sama byłaby fizycznie chora. Reżyserka nie tyle tworzy jednowymiarowe postaci-typy, co idzie o krok dalej i prawdziwych ludzi ocenia wedle uprawianych przez nich zawodów. Ksiądz? Pedofil. Lekarz? Śliski złodziej. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby w jednej ze scen Andrzej Chyra molestował na drugim planie ministranta, w imię kontynuowania myśli rozwijanej wcześniej we "W imię...". Największym kuriozum jest jednak mini-wątek, wedle którego matka mordująca w toalecie noworodka jest dobra, a zły jest antyaborcyjny system, który ją do tego zmusił.

"Body/ciało" wykazywałoby więc znacznie więcej oznak choroby, gdyby nie świetne aktorstwo. Nazwisko Gajosa jest synonimem bezbłędnej roboty i za tym bardziej niesamowite uważam, iż muszę napisać, że to nie on zasługuje tu na największe oklaski. Można próbować wyjaśniać to nieco większym polem do popisu, ale to, co wyprawia w "Body..." Ostaszewska, jest naprawdę genialne.

Są w zdobywcy Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszego reżysera na tegorocznym Berlinale (ex aequo z Radu Judem za "Aferim!") momenty obiecujące przeżycia zupełnie innego gatunku. Są chwile przejmującej grozy, w których napięcie narasta niczym w dobrym horrorze i trudno odgadnąć, co czai się za drzwiami. Chętnie zobaczyłbym Szumowską w tak niespodziewanym repertuarze. Byle tylko w jej filmie grozy mordującym z zimną krwią, pradawnym demonem nie okazał się papież.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 5/6 Podszyta ironią refleksja, jak wyzwolić się z niewoli tytułowego ciała, jest kluczem do nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej. Najlepszego jak dotąd w dorobku reżyserki - ocenia Piotr Guszkowski.

Przeczytaj też:

Berlinale poruszone. Szumowska pokazała "Ciało" [KORESPONDENCJA Z BERLINA] >>

Małgorzata Szumowska o wygranej na Berlinale 2015: od czasów studenckich miałam marzenie, żeby tego Niedźwiedzia dostać [WYWIAD] >>



"Body/Ciało", dramat, Polska 2015, 90 min., reż. Małgorzata Szumowska, występują: Janusz Gajos, Maja Ostaszewska, Justyna Suwała, Tomasz Ziętek, Adam Woronowicz, Ewa Dałkowska, Władysław Kowalski, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik

Był sobie las

Luc Jacquet raczej nie da się namówić na nakręcenie "normalnego" dokumentu. "Mój przyjaciel lis" był w połowie baśnią, w połowie filmem przyrodniczym. W nagrodzonym Oscarem "Marszu pingwinów" uroczy bohaterowie porozumiewali się ze sobą ludzkimi głosami. Jacquet nie posunął się do pozwolenia roślinom na prowadzenie dialogów, ale i tak nie jest to klasyczny film dokumentalny.

Naszym przewodnikiem po ginących lasach deszczowych jest pomysłodawca obrazu, przyrodnik Francis Halle, który - jak sam mówi - całe życie spędził właśnie w tych gęstwinach. Jego opowieści są równie ciekawe, co chaotyczne. Halle skacze po tematach i urywa wątki niczym tytułowy bohater "Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy?". Niektóre ujęcia z nim są zbyt patetyczne - trudno nie zaśmiać się, gdy wspierany przez podniosłą muzykę dumnie pręży pierś na koronie wysokiego drzewa. Zwłaszcza że Halle, niestety, nie przypomina Tarzana.

Najbardziej w "Był sobie las" przeszkadzały mi wszędobylskie animacje. Wiem, że tylko w ten sposób można było ukazać kilkudziesięcioletni proces wzrastania drzewa czy rozsiewania zapachów, ale bluźnierstwem jest zasłaniać w tak wulgarny sposób absolutnie przepiękne krajobrazy, dla których rzeczywiście warto byłoby zobaczyć nowe dzieło Jacqueta. Animacji jest tu zdecydowanie za dużo.

"Był sobie las" pozwala podejrzeć z bliska owady i dzieli się z widzami paroma naprawdę fascynującymi ciekawostkami, ale momentami zmusza też do ziewania, doprowadzając w ten sposób do zwiększonej produkcji dwutlenku węgla. Naprawdę zachwyceni filmem będą tylko już wojujący ekolodzy. Nikt inny nie ruszy po tym filmie do boju w imię ochrony fauny i flory.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Hipnotyczna, imponująca wizualnie podróż po mikrokosmosie drzew od Luca Jacqueta, twórcy pamiętnego "Marszu pingwinów" - ocenia Paweł T. Felis.

Przeczytaj też:

Ilu lat potrzeba, aby zrekonstruował się las? Edukacyjny film? Tak. Ale nudno nie jest! >>



"Był sobie las", dokumentalny, Francja 2013, 78 min., reż. Luc Jacquet

Nokturna

Dni w sierocińcu upływają spokojnie. Ale noce... Tim bardzo się ich boi, tyle że wtedy też może uprawiać swoje hobby - obserwowanie gwiazd. Pewnego razu spostrzega, że jego ulubiona gwiazda zniknęła. Mimo strachu, wychodzi na dach, gdzie zauważa, że znikają kolejne gwiazdy! Zrozpaczony, nie może zasnąć, co bardzo niecierpliwi Pasterza Kotów, którego zadaniem jest pilnowanie spokojnego snu dzieci. Próbuje położyć chłopca do łóżka, jednak ten namawia go, by wspólnie spróbowali rozwiązać zagadkę znikających gwiazd. Wyruszają razem w niezwykłą podróż po nocnym świecie, który jest zupełnie inny niż ten, który widzimy za dnia...

Francusko-hiszpańska koprodukcja z 2007 r. wygląda na ładnie animowaną i przeznaczona jest dla uczniów ze starszych klas szkół podstawowych. "Nocturna" pojawi się w kinach w wersji z polskim dubbingiem.

Ocena Gazety Co Jest Grane: 5/6 Wreszcie rewelacyjny film animowany dla najmłodszych - nawet jeśli sprzed kilku lat - ocenia Paweł T. Felis.



"Nokturna", animacja, fantasy, Francja, Hiszpania 2007, 90 min., reż. Victor Maldonado, Adria Garcia, występują: Imanol Arias, Natalia Rodriguez, Carlos Sobera

Bóg nie umarł

Josh (Steve Harper, znany z pomniejszych ról w produkcjach Disneya - "High School Musical 2", "Powodzenia Charlie") zaczyna studia. Zajęcia z filozofii prowadzi zatwardziały ateista, profesor Radisson (Kevin "Herkules" Sorbo). Na starcie każe studentom przyznać, że Boga nie ma, aby można było od razu przejść do bardziej istotnych tematów. Mimo odczuwanego strachu, Josh nie potrafi wyrzec się swojej wiary. Profesor każe mu w ciągu kilku wykładów udowodnić, że Bóg istnieje - w przeciwnym razie, ocena pierwszoroczniaka mocno poleci w dół.

Dramat Harolda Cronka to osobliwy twór. Film chciałby nawracać niewierzących, ale z pewnością tylko jeszcze mocniej ich rozsierdzi i zniechęci do religii. Z kolei już przekonani tylko utwierdzą się w swojej wierze. Zaprezentowany tu obraz świata jest nieco obraźliwie uproszczony - chrześcijanie są dobrzy, wszyscy inni źli - ale można przewrotnie bronić obiektywizmu "Bóg nie umarł", niechcący (?) okazującego się filmem o brutalnym i mściwym bogu. Niewierzących spotykają tu bowiem naprawdę przykre rzeczy.

Chociaż "Bóg nie umarł" momentami razi amatorszczyzną - spora część obsady nie bez przyczyny nie znajduje zatrudnienia w największych kinowych hitach, sąd Boży (czyli ten, przed którym staje tytułowy bohater) nie jest szczególnie porywający, a w trzecim akcie akcja za bardzo zwalnia tempo - być może z winy obfitowania w zbyt wiele wątków pobocznych - to przez większą część seansu ten obraz z bardzo popularnego ostatnio nurtu kina chrześcijańskiego ogląda się naprawdę przyjemnie. Przyczynia się do tego także łatwo wpadająca w ucho muzyka pojawiającego się na ekranie gościnnie, grającego chrześcijański pop-rock zespołu Newsboys z Australii.

Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami (ponad 40 procesów wytoczonych przez amerykańskich studentów, którzy czuli się na uniwersytetach szykanowani ze względu na wiarę) film kosztował dwa miliony dolarów, a już w weekend otwarcia zarobił prawie dziesięć milionów (w samych USA licznik zatrzymał się na 60 mln). Jak widać, w biznesie Bóg trzyma świetną formę. Nic dziwnego, że już zapowiedziano kontynuację "Bóg nie umarł". Trzeba jednak przyznać, że wśród zalewającej nas ostatnio fali filmów religijnych, jest to pierwsza produkcja, którą naprawdę da się obejrzeć. Trzeba tylko mieć przy tym świadomość, dla kogo tak naprawdę została zrealizowana.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 1/6 O Bogu z finezją socrealistycznych produkcyjniaków - ocenia Paweł T. Felis.



"Bóg nie umarł", dramat, USA 2014, 112 min., reż. Harold Cronk, występują: Shane Harper, Kevin Sorbo, David A.R. White, Dean Cain, Michael Tait, Jody Davis

Fru!

Tytułowym bohaterem "Małego ptaszka, wielkiej podróży" (jak brzmi tytuł oryginalny) jest bojaźliwy właściciel pary skrzydeł, który nigdy nie wyściubił nosa poza swoje małe podwórko. Jego przyjaciółka Biedronka pragnie, by Żółty Ptaszek wreszcie zdobył się na odwagę i zwiedził kawał świata. Okazja nadarza się, gdy ranny nestor innego ptasiego rodu ostatnim tchnieniem zdradza głównemu bohaterowi wskazówki niezbędne do bezpiecznego dotarcia do Afryki. Żółty Ptaszek zdobywa się na odwagę i postanawia być przewodnikiem grupy, w skład której wchodzi m.in. śliczna (tak przynajmniej twierdzą ptasi bohaterowie) Elka.

Z animacją Christiana De Vity, który pochwalić się może m.in. współpracą przy scenorysach do filmów Wesa Andersona, wiele rzeczy jest nie tak, a w porządku jest tylko parę detali - przede wszystkim: strona wizualna. Nie jest to poziom Disneya czy Pixara, ale np. Paryż jest we "Fru!" naprawdę efektowny. Nic nie można też zarzucić polskiemu dubbingowi, w którym udzielali się m.in. Anna Cieślak, Katarzyna Kwiatkowska, Jarosław Boberek i Maja Bohosiewicz. Wcielający się w głównego bohatera i debiutujący w ten sposób Paweł Domagała jest - jak można się było spodziewać - świetny, chociaż dorosłym widzom może się wydawać, że Domagała gra w trzeciej części "Wkręconych".

Za to fabuła "Fru!" kompletnie nie trzyma się kupy. W jednej chwili bojaźliwy ptak boi się choćby wyjrzeć poza ogrodzenie własnego światka, w następnej jest gotowy lecieć z nowymi znajomymi na drugi kontynent. Podobnych niedorzeczności jest tu mnóstwo. Może niektórym dzieciom one umkną, ale dorośli na pewno zwrócą na nie uwagę. Rodzicom "Fru!" się raczej nie spodoba, pociechom prędzej, choć jest tu wiele elementów niestosownych w ramach animacji dla młodych widzów. Film jest przesadnie i w nieuzasadniony sposób brutalny. Dziwna jest scena, w której ptaki celowo odurzają się powietrzem z dużych wysokości i zachowują się, jak gdyby coś przypaliły. Pochwała miękkich narkotyków wydaje się jakoś mało edukacyjna.

Ze zbyt wtórnego "Fru!" można wyciągnąć taką naukę, że na niebie jest miejsce i dla prawdziwych, i dla stalowych ptaków. Nie wolno bać się postępu, ale trzeba też dbać o naturę i mądrze wyważyć proporcje. (Bardziej udanych) animacji z ptakami w rolach głównych było jednak ostatnio tyle, że w ramach przysługiwania się przyrodzie, zamiast iść do kina, raz można zbudować karmnik.

Ocena Film.Gazeta.pl: 2/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Horyzonty "żółtego ptaka" faktycznie dzięki podróży się poszerzą, na czym skorzystać może i młody widz - ocenia Paweł T. Felis.



"Fru!", dla dzieci, animacja, komedia, przygodowy, Belgia, Francja 2014, 90 min., reż. Christian De Vita, polski dubbing: Paweł Domagała, Anna Cieślak, Elżbieta Jeżewska, Katarzyna Kwiatkowska, Cezary Morawski, Wojciech Machnicki, Paweł Szczesny, Jarosław Boberek

Wilkołacze sny

Młoda Marie (debiutantka Sonia Suhl) mieszka w małej miejscowości, w której naturalną ścieżką kariery wydaje się podjęcie pracy w przedsiębiorstwie przetwórstwa rybnego. Nowi koledzy prześladują dziewczynę, którą sympatią darzy właściwie tylko jeden, także poddawany mobbingowi młody mężczyzna. W tym samym czasie, protagonistka odkrywa na swoim ciele niepokojące zmiany. Czy Marie przemienia się w wilkołaka? I jaki to ma związek z tajemniczą chorobą jej matki?

"Wilkołacze sny" (tytuł oryginalny to raczej: "Gdy zwierzęta śnią") to debiut reżyserski Jonasa Alexandra Arnbego, który wcześniej m.in. wałęsał się po planach filmowych Larsa von Triera. Prawdziwie udany chrzest bojowy zaliczył jednak operator Niels Thastum, który zgarnął za "Wilkołacze sny" nagrodę dla najlepszego debiutanta podczas ostatniej edycji festiwalu Camerimage. Jego zdjęcia robią wrażenie zwłaszcza w pierwszym akcie, kiedy Thastum prezentuje kilka imponująco sfotografowanych krajobrazów. Znakomita jest też lokalno-symfoniczna muzyka Mikkela Hessa, która momentami przywodzi na myśl to, co w "Interstellar" zrobił Hans Zimmer.

Na tym lista zalet się kończy. Smutną ciekawostką jest to, że krótkie opisy fabuły filmu są zdecydowanie ciekawsze od samego obrazu.

To przede wszystkim kolejna opowieść o dojrzewaniu, dla uatrakcyjnienia obleczona w metaforę przemiany w wilkołaka. Tylko czy ktoś powiedział, że po "Boyhood" nie mogą powstawać już tradycyjne filmy o dojrzewaniu? W "Wilkołaczych snach" najciekawsze są sceny w pracy, gdzie oglądamy podłe traktowanie Marie przez współpracowników. Twórcy zbyt łatwo odpuszczają ten temat. A dopiero ostatni akt naprawdę klasyfikuje film jako horror, tyle że jest to finał zupełnie nieprzystający do reszty filmu, a do tego kompletnie nieatrakcyjny i niesatysfakcjonujący.

Lepszym planem na wieczór będzie wyśnienie własnych snów. "Wilkołacze sny", wbrew pozorom, wcale nie są pociągające.

Ocena Film.Gazeta.pl: 2/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 2/6 Powtórka ze szwedzkiego "Pozwól mi wejść". Tylko bez porównania gorsza - ocenia Paweł T. Felis.



"Wilkołacze sny", horror, Dania 2014, 84 min., reż. Jonas Alexander Arnby, występują: Lars Mikkelsen, Sonja Richter, Jakob Oftebro, Sonia Suhl, Gustav Dyekjaer Giese, Mads Riisom, Esben Dalgaard

We dwoje zawsze raźniej

Antoine (Gustave de Kervern, "Aaltra") popadł w zbyt poważną depresję, by kontynuować koncertowanie ze swoim zespołem rockowym. Z dnia na dzień, dojrzały mężczyzna zostaje bez pracy. Niechętnie przyjmuje posadę dozorcy w starym paryskim budynku mieszkalnym. Tam poznaje plejadę postaci pokręconych jeszcze bardziej od siebie. Wszystkich łączy jedna, wspólna cecha: dojmująca, nienazwana samotność.

Reżyser i scenarzysta Pierre Salvadori, do tej pory robiący przede wszystkim słodkie komedie w stylu "Miłości. Nie przeszkadzać!" czy "Męskich sekretów", nakręcił chyba swój najbardziej intymny obraz, który można by określić słowem "romantyczny", ale raczej odnosząc się do dawnych romantycznych tradycji, zgodnie z którymi poeta pisał romantyczny wiersz, w którym opisywał swą beznadziejną sytuację i popełniał samobójstwo.

W "We dwoje zawsze raźniej" (tytuł oryginalny brzmi raczej: "Na podwórzu") próżno tak naprawdę szukać kogoś, komu byłoby raźniej i próżno szukać jakiejkolwiek realnej pary. Antoine'a zaczyna coś łączyć z najbardziej tracącą kontakt z rzeczywistością Mathilde (Catherine Deneuve), ale relacja dozorcy i zamężnej kobiety jest dość skomplikowana.

Antoine szybko odkryje, że nie z nim jednym jest coś nie tak i wszyscy naokoło potrzebują pomocy równie pilnie jak on, ale powiedzieć, że to jeden z tych filmów, w których nieoczekiwany, nieprzygotowany do tego przybysz znikąd staje się dla wszystkich ratunkiem, byłoby zafałszowaniem obrazu filmu. Niestety, pojawiające się w "We dwoje..." postaci z problemami nie są ani trochę ciekawe. Interesujący nie jest lubiący przyćpać drobny krętacz Stephane, sympatii nie wzbudza handlujący sekciarskimi materiałami rosyjski imigrant Lev. Znajdzie parę zabawnych dialogów, ale to nie wystarczy, żeby przebrnąć przez ten depresyjny - zamiast leczący ze smutku - francuski komediodramat, któremu brakuje zbyt wiele na zbyt wielu płaszczyznach (postępowanie bohaterów jest marnie uzasadnione, scenariusz wydaje się niedopieszczony), by polecać go komukolwiek poza największymi fanami Deneuve.

"We dwoje zawsze raźniej" to film dotykający istotnych problemów - depresji oraz samotności - i zachęcający do otwarcia się na drugiego człowieka i wyciągnięcia do niego pomocnej dłoni. I właśnie tyle trzeba o tym filmie wiedzieć. A skoro morał już znacie, do kina wybierzcie się na jakąś bardziej udaną produkcję, na której będzie wam raźniej.

Ocena Film.Gazeta.pl: 1/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 2/6 Kamienice paryskie mają ciekawe, zwykle podwójne życie i powstało o nich sporo niezłych filmów. Nie tym razem - ocenia Paweł Mossakowski.



"We dwoje zawsze raźniej", komedia, dramat, Francja 2014, 95 min., reż. Pierre Salvadori, występują: Gustave Kerverne, Catherine Deneuve, Feodor Atkine

Pod ochroną

Laura (telenowelowa aktorka Julieta Diaz) regularnie pada ofiarą przemocy z ręki swego męża. Gdy mały Matias (debiutujący Sebastian Molinaro) wraca pewnego dnia do domu, zastaje matkę w takim stanie, w jakim w końcu musiał ją zastać - leżącą na podłodze w kałuży krwi. Laurze udaje się wykaraskać. Kobieta wie, że jeśli chce przeżyć, nie może wrócić do domu. Razem z Matiasem rozpoczyna tułaczkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi.

"Pod ochroną" to bardzo prosty film, który - co jest najbardziej bolesne - pewnie równie dobrze mógłby być dokumentem. Temat jest ważki, ale skrycie się pod ochronnym parasolem (ewentualnego) rozpalenia na nowo debaty społecznej i zwrócenia uwagi na ofiary przemocy domowej nie powinien być dla filmu okolicznością łagodzącą.

Poza jedną sceną, w której czuć ogromne napięcie oraz ładnymi zdjęciami Wojciecha Staronia ("Papusza"), dramat Diega Lermana ("Niespodziewanie") kompletnie niczym nie zachwyca. Co najwyżej irytuje: przesadnie irracjonalnymi zachowaniami bohaterów, dziwnymi atmosferycznymi woltami, gdy elementy jakiegoś gatunku równie szybko znikają, co się pojawiają (np. końcówka zdaje się balansować między thrillerem a opowieścią zanurzoną w realizmie magicznym), wszędobylską nudą.

Gdyby Laura i Matias byli prawdziwi, ochrona należałaby się im niezaprzeczalnie. Filmowi opowiadającemu o ich perypetiach - niestety, nie.

Ocena Film.Gazeta.pl: 1/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Uciekając przed przemocą - ocenia Paweł Mossakowski.



"Pod ochroną", dramat, Argentyna 2014, 95 min., reż. Diego Lerman, występują: Julieta Diaz, Sebastián Molinaro, Marta Lubos, Valentina Garc~a Guerrero, Silvia Bayle, Sofia Palomino, Sandra Villani, Carina Resnisky