Russell Crowe z sukcesem debiutuje w roli reżysera, a "Kopciuszek" już szykuje się na oscarową galę [NA CO DO KINA]

W kinach wysyp świetnych filmów. Disney dokonuje wolty i przekonuje, że magia istnieje. A jeśli lubicie się bać, wybierzcie się na "Coś za mną chodzi", jeden z najlepszych filmów grozy ostatnich lat. Podpowiadamy, jakie filmy naprawdę warto zobaczyć!
Źródło nadziei

Jest kilka lat po bitwie o Gallipoli, czyli największej operacji desantowej I wojny światowej. Liczono na to, że zwycięstwo wyeliminuje Imperium Osmańskie z wojny, ale ententa poniosła klęskę. W potyczce pod Samotną Sosną wzięło udział trzech synów Joshuy Connora (Russell Crowe). Australijczyk, dręczony wyrzutami żony i sumienia, postanawia wybrać się w podróż do Turcji, by przywieźć stamtąd ciała poległych dzieci.

"Źródło nadziei" to reżyserski debiut Crowe'a, który jest dla niego nie tylko powrotem do formy aktorskiej, ale i zwiastunem wielkiej kariery po drugiej stronie kamery. Australijczykowi bardzo zależało na zrobieniu tego filmu, ale niektórzy rodacy mogą uznać go za "zdrajcę" - w filmie obie strony konfliktu zostały równo rozdzielone racjami i przewinami, co może zostać chłodno przyjęte w jego kraju, zwłaszcza w setną rocznicę Gallipoli.

Inspirowany prawdziwym zdarzeniem - faktycznie znalazł się jeden śmiałek, który zdecydował się za wszelką cenę odzyskać to, co zostało z jego walczących w armii potomków, choć losy tego ojca pewnie nijak się miały do przygód, spotykających głównego bohatera filmu - dramat wojenny to tak naprawdę wiele historii w jednej, a debiutującemu reżyserowi udaje się je fenomenalnie pozszywać. "Źródło nadziei" to mądry i nieobawiający się poruszania trudnej tematyki film o przesłaniu pacyfistycznym, który może posłużyć za bardzo interesującą lekcję niekoniecznie znanej historii. Gdy na scenie zjawia się postać grana przez Olgę Kurylenko ("007 Quantum of Solace", "November Man"), otrzymujemy nienachalny wątek miłosny. Niektóre momenty są jak żywcem wyjęte z kina przygodowego, trochę tu elementów komediowych, do tego intrygi polityczne, ciekawie ukazane tureckie tło społeczne, a wreszcie "Źródło nadziei" można nawet nazwać kinem familijnym - to miłość do synów jest przecież motorem napędowym obrazu i wszystkich działań protagonisty.

Jedyne, co w filmie zgrzyta, to popis niemal nadnaturalnych mocy Connora (być może Crowe uznał, że skoro był Gladiatorem, genialnym matematykiem, Panem i Władcą oraz Noem, to już wszystko mu wolno). Australijczyk z zawodu i powołania jest różdżkarzem i choć nie zawsze potrafi idealnie wskazać miejsce, w którym należy szukać wody, to swym szóstym zmysłem wyczuwa, gdzie należy kopać, by znaleźć ciało poległego przed laty żołnierza albo w którym kierunku pójść, aby odszukać poszukiwaną przez niego osobę. To zakrawa na science fiction, ale "Źródło nadziei" jest tak pociągające - zasługa w tym również cudownych zdjęć Andrew Lesniego (Oscar za "Władcę pierścieni: drużynę pierścienia) i odpowiedniej muzyki Davida Hirschfeldera ("Elizabeth") - że da się to Crowe'owi wybaczyć. Zwłaszcza że uznany aktor okazał się pierwszym reżyserem w historii kina, który sprawił, że Jai Courtney gra całkiem nieźle i wcale przyjemnie się go ogląda.

Ocena Film.Gazeta.pl: 5/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 3/6 Russell Crowe debiutuje jako reżyser: żenady nie ma, rewelacji - też nie - ocenia Paweł T. Felis.



"Źródło nadziei", dramat, Australia, Turcja, USA 2014, 111 min., reż. Russell Crowe, występują: Olga Kurylenko, Jai Courtney, Russell Crowe, Jacqueline McKenzie, Damon Herriman, Cem Yilmaz, Mert Firat, Dan Wyllie, Ryan Corr

Kopciuszek

Mała Ella wiedzie magiczny żywot pod opieką kochającego ojca, kupca (Ben Chaplin) i najbardziej pełnej dobroci kobiety pod słońcem, swej matki (Hayley Atwell). Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Matka dziewczynki umiera. Gdy Ella jest już duża (i grana przez znaną z "Downton Abbey" Lily James), ojciec postanawia znowu stworzyć jej rodzinę, żeniąc się z niedawno owdowiałą lady Tremaine (Cate Blanchett). Tyle że i jemu przytrafia się śmiertelna choroba, a macocha Kopciuszka i jej dwie córki - autorki nowego przezwiska głównej bohaterki - zaczynają coraz bardziej panoszyć się po domu, czyniąc z niewinnej dziewczyny swoją niewolnicę.

Najbardziej brutalnego z klasycznych "Kopciuszków" napisali bracia Grimm, ale tą starą, podawaną z ust do ust baśń, pierwszy spisał najprawdopodobniej neapolitański pisarz i dworzanin Giambattista Basile. Disneyowi zawsze najbliżej było do wersji Charlesa Perraulta, ale scenariusz aktorskiej edycji czerpie też z klasycznej muzycznej animacji studia z 1950 r. Do jego napisania wynajęto Chrisa Weitza, który 17 lat temu zadebiutował w roli scenarzysty "Mrówką Z", potem przygotował jeszcze m.in. adaptację powieści "Był sobie chłopiec" i "Złoty kompas", a obecnie pracuje nad przyszłorocznym filmem z uniwersum "Gwiezdnych Wojen". Reżyserem został Kenneth Branagh, znany przede wszystkim jako namiętny adaptator Szekspira. To zacięcie negatywnie przysłużyło się pierwszemu "Thorowi" i obawiałem się szekspirowskich wpływów na "Kopciuszka". Niepotrzebnie, bo wzbogacają one historię.

Zaletą "Kopciuszka" Branagha - bez wątpienia najlepszej aktorskiej adaptacji tej baśni w dziejach - jest to, jak klasycznie twórcy potraktowali tę historię, wzbogacając ją właśnie o te elementy, których wcześniej w niej brakowało. Jeżeli kiedykolwiek chcieliście wiedzieć o przeszłości protagonistki nieco więcej lub zastanawialiście się, jak to możliwe, że macosze i przyrodnim siostrom udało się zdegradować dziewczynę do roli służącej oraz jak i dlaczego Książę (Richard Madden, czyli Robb Stark z "Gry o tron") poszukiwał żony - ten "Kopciuszek" wyjaśnia wszystko satysfakcjonująco.

James ani Madden nie błyszczą, ale wystarczająco dobrze wcielają się w swoje postaci. Fenomenalne od pierwszej do ostatniej chwili są za to Blanchett i - szkoda że pojawiająca się na tak krótko - Helena Bonham Carter, odgrywającą rolę Wróżki Chrzestnej. Od strony wizualnej film wyglądać miał, jak gdyby kręcony był w połowie ubiegłego stulecia, a jego akcja toczyła się w XIX w. Chyba udało się osiągnąć zamierzony efekt. Kostiumy i scenografia są olśniewające, a ich autorzy już mogą oczekiwać kopert z zaproszeniami na przyszłoroczną oscarową galę.

W ostateczny rozrachunku, na sukces filmu składają się takie małe cuda jak przepiękna dyniowa karoca czy przesłodkie, piszczące bardzo cienkim i czasem tylko możliwym do zrozumienia głosikiem myszy, będące najwierniejszymi przyjaciółmi Kopciuszka. Idąc na "Kopciuszka", musicie być świadomi, że Disney dokonał kolejnej niespodziewanej wolty - w czasach, gdy klasyczne historie mocno się modyfikuje, a najdrastyczniejszych zmian dokonuje ostatnio właśnie to studio (żeby wspomnieć tylko o "Czarownicy"), zrealizował tradycyjną produkcję, która przekonuje, że magia istnieje, a dobro musi zatriumfować nad złem. Odświeżająco staroświeckie podejście. Dzięki niemu, ten "Kopciuszek" już wkrótce będzie klasykiem.

Bonus: przed właściwym seansem wyemitowana zostaje krótkometrażowa opowieść ze świata "Krainy Lodu". Jest przyjemna, ale widać, że "Gorączka lodu" została zrobiona nieco na siłę i powstała zapewne m.in. po to, by szaleni fani animacji sprzed dwóch lat popędzili do kina na "Kopciuszka", chociaż wcale nie mieli zamiaru tego robić. Z biznesowego punktu widzenia, to znakomita decyzja, ale - jakościowo - "Kopciuszek" doskonale obroniłby się sam.

Ocena Film.Gazeta.pl: 5/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Disneyowska wersja słynnej bajki od samego Kennetha Branagha: trochę kiczu, dużo wzruszeń, pomysłowe efekty specjalne, a przede wszystkim - wdzięk - ocenia Paweł T. Felis.



"Kopciuszek", familijny, fantasy, USA 2015, 101 min., reż. Kenneth Branagh, występują: Cate Blanchett, Lily James, Richard Madden, Stellan Skarsgard, Helena Bonham Carter, Derec Jacobi

Coś za mną chodzi

Jay postanawia przespać się wreszcie z Hugh. Duży błąd. Po stosunku chłopak informuje nieświadomą ofiarę, że zastawił na nią pułapkę. Niczym w "The Ring", w którym od śmierci uchronić można by się było zwracając kasetę wideo do wypożyczalni, śmiertelna choroba przenoszona jest tu drogą płciową, ale można się od niej uwolnić - wystarczy przespać się z kolejną osobą, by tajemniczy demon (zombie? ghul?) zmienił obiekt swojego pożądania i ruszył w pogoń za nią. Choć pogoń może nie być tu odpowiednim terminem - największą zaletą przybierającej różne postaci zjawy jest to, jak wolno się porusza. Czy Jay znajdzie na nią sposób? Czy zdecyduje się przekazać pałeczkę innej nieświadomej niczego osobie?

Drugi film 40-letniego Davida Roberta Mitchella (cztery lata temu napisał i wyreżyserował komediodramat "The Myth of the American Sleepover") okrzyknięty został jednym z najlepszych filmów grozy ostatnich lat, a może i dziesięcioleci. Coś w tym jest, choć to horror dla widzów, którzy nie lubią horrorów. A przynajmniej nie takich, jakie opanowały kina w ostatnim czasie.

Bardzo mało tu prób zmuszenia odbiorcy do podskoczenia w fotelu. Na szczęście, jest też kilka momentów, w których można zamrzeć bez ruchu i oblać się zimnym potem. Jedna sprytna scena absolutnie mrozi krew w żyłach i sprawia, że człowiek kompletnie nieruchomieje. "Coś za mną chodzi" nie straszy, ale wytwarza niesamowitą atmosferę grozy. Choć podczas seansu szczególnie się nie bałem, to wychodząc z kina kilkakrotnie oglądałem się za siebie, a widząc podejrzanie poruszającego się mężczyznę nieopodal stacji metra, niemal przed nim uskoczyłem. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek tak się zachowywał i jest to niewątpliwy sukces filmu.

Niskobudżetowy obraz Mitchella osiągnąłby też sukces na polu środków antykoncepcyjnych, a konkretnie - promujących wstrzemięźliwość. Gwarantuję, że wielu widzom ochota na seks przejdzie kompletnie co najmniej na parę godzin. Przekazywanie zagrożenia metodą kontaktów seksualnych jest oczywistą metaforą AIDS lub innych groźnych schorzeń wenerycznych. Można próbować dogrzebywać się znaczeń jeszcze głębiej i zgadywać, że skoro zjawa często przybiera postać bliskich "zarażonej" osoby, sugeruje to, że coś złego może spotkać nas z ręki kogoś, kogo nigdy byśmy o to nie podejrzewali. Ponadto, pozbycie się choroby możliwe jedynie poprzez przekazanie, czyli odbycie kolejnego kontaktu seksualnego, można próbować odczytywać jako ostrzeżenie przed rozbudzeniem seksualności, której nie da się poskromić.

W główną bohaterkę "Coś za mną chodzi" wciela się Maika Monroe, która występowała wcześniej m.in. w niedawno oglądanym na naszych ekranach "Gościu". Oba filmy mają bardzo dużo wspólnego. "Coś..." wydaje się inspirowane Johnem Carpenterem, też ma ten klawy, modny retro styl i klimatem podobną do "Gościa" ścieżkę dźwiękową. Odpowiedzialny za nią Rich Vreeland, znany szerzej jako Disasterpeace, wykonał kawał przyjemnej i podgrzewającej atmosferę roboty. Od strony wizualnej "Czegoś..." też nie można się do niczego przyczepić.

A jednak, nie sposób przymknąć oczu (choć wielu sympatyków filmu zdaje się to robić) na spore logiczne dziury, których kulminacja następuje w bezdennie głupim trzecim akcie, o którym napisać wiele nie mogę, aby nie zdradzać istotnych szczegółów fabuły. Najważniejsza scena finału jest jednak koszmarnym nieporozumieniem. Szkoda, że Mitchell wymarzył sobie takie coś, co na myśl przywiodło mi kiepściutkiego "Człowieka widmo" z Kevinem Baconem. A może po prostu sam nie miał pojęcia, jak kilka rzeczy można by wytłumaczyć.

W kategorii filmów grozy, "Coś za mną chodzi" najbliżej do ubiegłorocznego "Babadooka". Oba są nietypowymi horrorami i choć dzieło Jennifer Kent jest od omawianego filmu o klasę lepsze, to "Coś..." rzeczywiście jest w swoim gatunku jednym z najlepszych dzieł, jakie dane nam było obejrzeć w ostatnich latach.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Duża rzadkość: dobry, oryginalny i porządnie straszący horror. Gdybyż był jeszcze bardziej logiczny i konsekwentny - ocenia Paweł Mossakowski.



"Coś za mną chodzi", horror, USA 2014, 100 min., reż. David Robert Mitchell; występują: Maika Monroe, Keir Gilchrist, Daniel Zovatto, Jake Weary, Olivia Luccardi, Lili Sepe, Bailey Spry, Ruby Harris

Chappie

Policja w Johannesburgu poradziła sobie z przestępczością, zakupując od firmy zbrojeniowej specjalne roboty. Ich główny programista, Deon (Dev Patel - "Slumdog, milioner z ulicy"), marzy jednak o udoskonaleniu swoich dzieł, czym jeszcze bardziej wkurza pracującego w jego cieniu byłego żołnierza (Hugh Jackman, który mógł chyba w tym czasie zająć się jakąś bardziej wymagającą i ciekawszą rolą), pragnącego zainteresować służby mundurowe własnym wynalazkiem - robotem znacznie bardziej agresywnym, obdarzonym większą mocą rażenia. Deonowi udaje się stworzyć Chappiego - myślącego, uczącego się robota. Porywają go jednak lokalni gangsterzy (muzycy Die Antwoord, wcielający się w samych siebie i dorzucający do filmu własne piosenki), dla których Chappie jest jedyną szansą na realizację skoku życia. Jak w tym całym zamieszaniu odnajdzie się tytułowy bohater, znajdujący się na etapie rozwoju małego dziecka?

W 2009 r. reżyser i scenarzysta Neill Blomkamp zasłynął "Dystryktem 9" - filmem dobrym, ale nazywanie reżysera z RPA zbawicielem science fiction było wtedy zdecydowaną przesadą. Blomkamp potwierdził to zdecydowanie słabszym "Elizjum". Od obrazu z Mattem Damonem "Chappie" jest lepszy, ale to kolejny bliźniaczo podobny film reżysera, co sprawia, że wielbiciele "Obcego" - Blomkamp dostał zielone światło do kontynuowania serii - powinni się jednak obawiać o przyszłość swego ulubieńca.

Może to jednak dobrze, że twórca zajmuje się problemami swojego podwórka i żywo zainteresowany jest kondycją własnej ojczyzny. Chappie jest przecież odpowiednikiem dziecka, a film opowiada o trudnym i przyspieszonym dorastaniu na ulicach południowoafrykańskich miast. To krytyka patologicznej sytuacji, w której rodzice szkolą dzieci do gangsterskiego fachu. To apel o zmianę tego stanu rzeczy.

Z tym większym niedowierzaniem przyjąłem to, co działo się w trzecim - zdecydowanie przesadnie brutalnym - akcie: fabuła nagle się kończy, żeby po (zbyt) długiej rozwałce zamienić się w kolejny film w rodzaju "Transcendencji" czy "Lucy". Blomkamp strasznie namieszał, wrzucił do worka za dużo i tak wstrząsnął swą wybuchową mieszanką, że ta nieomal eksplodowała mu w rękach.

Największe pretensje mam jednak do reżysera o danie światu Sharlta Copley'a - amatora, który zasłynął debiutem aktorskim w "Dystrykcie 9" i od tego czasu regularnie sabotującego kolejne produkcje, w których się pojawia. Copley talentu nie ma za grosz, na szczęście Chappie to rola, w której daje się lubić - w końcu użycza protagoniście tylko swego zmodyfikowanego jeszcze komputerowo głosu oraz ciała, w procesie motion capture.

Blomkamp chciałby, aby "Chappie" był trylogią. Jeśli film się sprzeda, tak się stanie. Koniec końców, nie miałbym nic przeciwko temu - straszny panuje tu bałagan, ale film i jego autor zdają się mieć serce po właściwej stronie. No i ogląda się to wcale nieźle.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 2/6 Science fiction plus kino akcji plus sentymentalna komedia... a w sumie ogromne rozczarowanie - ocenia Paweł Mossakowski.



"Chappie", thriller, akcja, Meksyk, USA 2015, 120 min., reż. Neill Blomkamp, występują: Sharlto Copley, Dev Patel, Ninja, Yo-Landi Visser, Jose Pablo Cantillo

To właśnie seks

Maeve zdradza partnerowi, że pragnie spełnić swoją największą fantazję seksualną - tę o gwałcie. Śmierć teścia uświadamia jej koleżance, że najbardziej podnieca ją, gdy mąż... płacze. Inna para postanawia dodać pożyciu nieco pikanterii, bawiąc się w przebieranki. Kłopoty zaczynają się, gdy Dan zaczyna traktować je zbyt poważnie i wkręca sobie, że powinien zostać aktorem...

"To właśnie seks" to australijska komedia, w której losy bohaterów delikatnie się ze sobą przeplatają, a tematem przewodnim każdej z historii jest mniej lub bardziej popularna seksualna preferencja. Film jest dziełem Josha Lawsona, najbardziej znanego z jednej z głównych ról w serialu komediowym "Kłamstwa na sprzedaż", w którym występuje m.in. Don Cheadle.

Doświadczony - głównie telewizyjny - aktor zdążył też napisać parę scenariuszy - przede wszystkim serialowych komedii. "To właśnie seks" to jego reżyserski i scenariuszowy debiut w pełnometrażowym filmie. Lawson, który część obsady przyprowadził ze swoich wcześniejszych planów, spisał się naprawdę świetnie.

Wielu widzów uzna zapewne za najlepszą ostatnią z historii, która rozgrywa się nieprzerwanie w ostatnich minutach filmu. Choć może się to wydawać dziwne, to opowieść o głuchoniemym chłopaku i niedosłyszającej dziewczynie, pośredniczącej w jego rozmowie z sekslinią, jest cudownie romantyczna. Przez moment czułem się, jakbym oglądał niewykorzystaną scenę z "To właśnie miłość" Richarda Curtisa.

"To właśnie seks" niepozbawiony jest wad. Zwłaszcza w finale można odczuć, że historie nieco za bardzo usiłują się połączyć. Lawson nie wykorzystał też okazji, by zrobić film jednak nieco bardziej pesymistyczny i ponury, a czuć, że miał ku temu inklinacje.

I choć "Seksowi" brakuje jednoznacznego przesłania - powinniśmy szczerze rozmawiać ze sobą o sypialnianych pragnieniach, bo tylko wtedy w naszym związku wszystko będzie działać? Może tak, może nie... Powinniśmy odpuścić sobie niebezpieczne, porąbane fantazje i zadowolić się miłością oraz normalnym, klasycznym seksem? Może tak, może nie... - to jest to film, w którym nie brakuje bardzo zabawnych momentów. A przecież przede wszystkim o to w komedii chodzi.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Komedia łóżkowa, czyli co nas może podniecać - ocenia Paweł Mossakowski.



"To właśnie seks", komedia, Australia 2014, 97 min., reż. Josh Lawson, występują: Bojana Novakovic, Damon Herriman, Josh Lawson, Kate Box, Kate Mulvany, Patrick Brammall, Lisa McCune, Alan Dukes

Gang Rosenthala

Rok 1959. Młody kelner Virgil (Harry Lloyd - "Gra o tron", "Teoria wszystkiego") jest świadkiem napadu na bank, którego sprawcy tłumaczą wszystkim, że to jedynie plan filmowy i napad jest fikcyjny. Virgil jest zauroczony i postanawia zostać filmowcem. Nie wie, że napad był prawdziwy. Nie wie też, że gdy wkrótce zostanie wysłany, by udokumentować kolejne rzekomo fikcyjne wydarzenia, tak naprawdę filmować będzie proces "gangu Ioanidów".

Prominentni żydowscy członkowie Partii Komunistycznej, wieszcząc swój rychły koniec, postanowili odejść z hukiem i ośmieszyć znienawidzoną władzę. Władza spróbuje się na nich odegrać, zmuszając skazanych do oddania ostatniej przysługi - członkowie gangu mają zrekonstruować swój napad, który tym razem naprawdę zostanie sfilmowany. Rozeźleni komuniści liczą na to, że wyjdzie z tego udany film propagandowy. Kto rozegra kogo?

To niesamowite, ale historia przedstawiona w "Gangu Rosenthala" wydarzyła się naprawdę. Złodzieje, odgrywani w filmie m.in. przez Marka Stronga ("Gwiezdny pył", "Sherlock Holmes") i Verę Farmigę ("W chmurach", "Obecność"), przeprowadzili najgłośniejszy napad na bank w historii komunizmu. Choć rumuńsko-amerykańsko-polsko-włoska koprodukcja dofinansowana przez Polski Instytut Sztuki Filmowej zaczyna nieco kuleć w trzecim akcie a niektórzy widzowie mogą mieć problem z uwierzeniem w motywacje podejmujących się samobójczej misji bohaterów, to kryminalny komediodramat historyczny Naego Caranfila ("Reszta jest milczeniem", "Filantropia") ogląda się świetnie, a świadomość, że rzecz oparta jest na faktach, dodatkowo wzmacnia przyjemność z seansu.

"Gang Rosenthala" jest jedną z najdroższych produkcji w historii rumuńskiego kina. Naprawdę, opłacało się rozbić dla niego bank.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 3/6 Komedia o komunizmie zmienia się w kryminał, a wreszcie w dramat o ludziach, którzy odważyli się na desperacki akt buntu wobec systemu - ocenia Paweł T. Felis.



"Gang Rosenthala", dramat, komedia, Polska, USA, Włochy, Rumunia 2013, reż. Nae Caranfil, występują: Vera Farmiga, Mark Strong, Harry Lloyd, Anton Lesser, Christian McKay, Tim Plester, Darrell D'Silva

Gloria

Gloria to kobieta w kwiecie wieku, lata po rozwodzie. Wieczory spędza w klubach dla samotnych, choć tłumaczy sobie, że nie szuka już miłości. Czy Gloria zdoła jeszcze ułożyć sobie życie? I czy jej na tym tak naprawdę najbardziej zależy?

Odtwórczyni tytułowej roli wygrała główną nagrodę aktorską na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie i choć zagrała naprawdę dobrze, podejrzewam, że wyróżnienie przypadło jej między innymi w uznaniu za niezłe umiejętności taneczne i zagraniu w dość odważnych scenach, w których miała okazję zademonstrować swoje nie najmłodsze już ciało.

"Gloria" to dość udany chilijski dramat, który ma lepsze i słabsze momenty oraz nieco zbędnych wątków, którymi twórcy próbowali wypełnić świat bohaterki. Podejrzewam, że najbardziej docenią go równolatkowie protagonistki.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 5/6 Właściwie film miłosny, ale bardzo nietypowy - jego tytułowa bohaterka jest po pięćdziesiątce - ocenia Paweł T. Felis.



"Gloria", dramat, komedia, Chile, Hiszpania 2013, 109 min., reż. Sebastián Lelio, występują: Paulina Garcia, Sergio Hernández, Diego Fontecilla, Fabiola Zamora, Coca Guazzini

Biała jak mleko, czerwona jak krew

16-letni Leo (Filippo Scicchitano) przyjaźni się z zapatrzoną w niego Silvią (Aurora Ruffino), ale sam jest przekonany, że kocha się na zabój w rudej Beatrice (Gaia Weiss). Gdy wreszcie znajduje w sobie odwagę, by zagadać do ukochanej, dowiaduje się, że Beatrice choruje na białaczkę. Leo postanawia zrobić wszystko, by uratować życie dziewczyny. Przy okazji odbiera lekcję życia (i boksu) od nowego ekstrawaganckiego i przystojnego nauczyciela (Luca Argentero).

Wyreżyserowany przez zajmującego się dotąd głównie filmami telewizyjnymi "Biała jak mleko, czerwona jak krew" to film skierowany do nastolatków. Pytanie czy im także nie będzie przeszkadzać, że - skądinąd, niezwykle sympatyczny - wcielający się w głównego bohatera aktor ma 20 lat, a wygląda na jeszcze więcej. To nie zmienia faktu, że włoski komediodramat ogląda się naprawdę przyjemnie. Pomagają w tym szybkie tempo, zgrabny montaż i żywiołowa muzyka. Bohaterowie przeżywają tu rzeczywiste problemy (raczej wyimaginowana wielka miłość) i ich pokolenie powinno spokojnie się z nimi utożsamić. A może nawet wyciągnąć jakąś lekcję.

"Biała jak mleko, czerwona jak krew" to ekranizacja debiutanckiej powieści nauczyciela, Alessandra D'Avenii. Film wpisuje się w popularny ostatnio trend filmów o śmiertelnie chorych nastolatkach. Do "Gwiazd naszych wina" nie dorasta, ale to kolejna bardzo udana produkcja tego typu. W rywalizacji na konwencje chorzy coraz mocniej nokautują wampiry i cichych wybrańców żyjących w dystopijnych światach.

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 4/6 Może chwilami naiwne, może nieco łzawe, ale zarazem urocze i niegłupie kino dla nastolatków, które we Włoszech było hitem - ocenia Paweł T. Felis.



"Biała jak mleko, czerwona jak krew", dramat, Włochy 2013, 102 min., reż. Giacomo Campiotti, występują: Filippo Scicchitano, Aurora Ruffino, Gaia Weiss, Luca Argentero, Romolo Guerreri, Cecilia Dazzi

Piąte: nie odchodź

Roma (nieco drętwa - ale to naprawdę może nie być jej wina - Michalina Olszańska) to nastolatka, która kocha tańczyć i nie cierpi swego ojca (ostatnio nie najlepiej wybierający role Łukasz Simlat), próbującego wrócić do życia po śmierci żony. Roma staje przed życiową szansą występu w teledysku Patrycji Markowskiej (Patrycja Markowska), ale dziewczyna zaczyna nagle podupadać na zdrowiu. Czyżby dlatego, że jej ojciec podaje w wątpliwość istnienia Anioła Stróża Romy (Daniel Olbrychski, którego tutejszą obecność tłumaczy jedynie chęć ponownego przywdziania fatałaszków znalezionych na planie "Starej baśni"), bierze go za bezdomnego i próbuje się go pozbyć?

Co tu robi Markowska i jej niedorzeczny wątek? W filmie mówi, że przygotowuje się do promowania nowej płyty i nie zdziwiłbym się, gdyby ta sama prawda dotyczyła świata rzeczywistego. Skąd bierze się w epizodzie Grażyna Szapołowska? Po prostu, pomaga córce - "Piąte: nie odchodź" jest debiutem jej córki, Katarzyny Jungowskiej. Scenariusz tego dramatu obyczajowego napisali Eric Stępniewski (producent "Tricku", czyli jednej z najgorszych komedii kryminalnych w nowożytnej historii Polski a prywatnie... partner Szapołowskiej) oraz Wojciech Lepianka (głównie scenarzysta seriali stacji TVP i TVN).

"Piąte" mocno przypomina taki serial. Widziałem zaledwie fragment jednego odcinka "Tancerzy", ale jestem przekonany, że w serialu TVP2 układy choreograficzne były zdecydowanie bardziej interesujące. 75-minutowy film metafizyką przypomina historię opowiadaną przez Paulo Coelho, który stracił wiarę w to, co robi. Nachalna muzyka Pawła Mykietyna mogłaby zrobić dużo lepsze wrażenie, gdyby ilustrowała dużo lepszy film. Do pieca dorzuca postać Babci (Halina Skoczyńska), istniejącej tylko po to, by wygłosić zupełnie niepotrzebną ekspozycję lub opowiedzieć o faktach, których widzowie domyślili się, zanim jeszcze była babcią.

Jeśli pójdziecie do kina na "Piąte: nie odchodź", nie będę was żałował. Przecież ostrzegałem.

Ocena Film.Gazeta.pl: 1/6

Ocena Gazety Co Jest Grane: 2/6 Sztampowa opowiastka o nastolatce i jej zapracowanym ojcu, którzy spróbują odbudować wzajemne relacje z pomocą Anioła Stróża - ocenia Piotr Guszkowski.



"Piąte: nie odchodź", dramat, Polska 2014, 75 min., reż. Katarzyna Jungowska, występują: Michalina Olszańska, Łukasz Simlat, Grażyna Szapołowska, Daniel Olbrychski