Sils Maria ****

Wenus zrzuca futro.
Maria Enders (świetna Juliette Binoche), uznana aktorka u szczytu sławy, jedzie do Szwajcarii wraz ze swą osobistą asystentką, Valentine (dotrzymująca kroku Kristen Stewart, sławna dzięki "Zmierzchowi"), by odebrać nagrodę w imieniu bliskiego jej artysty, który nie lubi pokazywać się publicznie. Zanim bohaterki przybędą na miejsce, dotrze do nich informacja o śmierci nagrodzonego a impreza zamieni się w stypę.

Młody, doceniony reżyser (Lars Eidinger, "Dom na weekend) skorzysta z okazji, by ostatni raz zaproponować Marii występ w nowej wersji spektaklu denata, który 20 lat temu uczynił z niej gwiazdę. Kłopot w tym, że aktorka grała wtedy młodą, drapieżną Sigrid, w którą teraz wcielić ma się utalentowana gwiazdka i skandalistka z Hollywood (Chloe Grace Moretz), podczas gdy Marii przypadnie w udziale rola jej dwa razy starszej szefowej, którą dziewczyna owija sobie wokół palca.

Maria ma tysiąc powodów, dla których nie chce przyjąć tej drugiej roli, a każdy z nich jest dobry. I właśnie o nich opowiada multitematyczny dramat Oliviera Assayasa ("Czysta", "Pewnego lata", miniserial "Carlos").

Francuzowi nieźle udaje się wyśmiać kulturę i zwyczaje panujące w internecie, ale już satyra na Hollywood - choć trafna - nie jest ani szczególnie zabawna, ani bardzo odkrywcza. Taki też nie jest cały film, co nie zmienia faktu, że ogląda się go świetnie. Lubię filmy o filmach i o aktorach. Posucha w kinie poruszającym tę tematykę najwyraźniej już się skończyła: pierwszą jaskółką był nie do końca udany "Molier na rowerze", za to ostatnio dostaliśmy już fenomenalne "Birdmana" i "Mapy gwiazd", a teraz niemal równie udaną - i żywiącą do swych bohaterów znacznie więcej sympatii - "Sils Marię".

Obok przemijania, z którym nie może się pogodzić główna bohaterka "Sils Marii", najważniejszym tematem obrazu jest niejednoznaczna relacja Marii i Val. Maria widzi w swej młodej towarzyszce siebie sprzed lat. W chwilach złości może nawet wmawia sobie, że Val jest wcieleniem Sigrid. Gdy kobiety przeprowadzają czytanie sztuki, czasem trudno powiedzieć, czy mówią do siebie sceniczne postaci, czy prawdziwe bohaterki. Nie jest to jednak taki poziom przemieszania fikcji z rzeczywistością jak w zdecydowanie misterniej skonstruowanej "Wenus w futrze" Romana Polańskiego.

Tytuł dzieła Assayasa może być mylący - choć imię bohaterki na pewno nie jest przypadkowe, to Sils Maria jest maleńką miejscowością w szwajcarskich Alpach, w której toczy się akcja sporej części filmu i gdzie był on kręcony. Zachodzi tam niecodzienne zjawisko atmosferyczne, nazywane "wężem z Maloi" (tak też zatytułowana jest sztuka, o którą w filmie się rozchodzi): czasem między góry wpływa wijąca się wężowato formacja chmur, co zwiastuje zbliżające się załamanie pogody.

Wąż z Maloi jest dla ślicznie sfotografowanego, umiejętnie korzystającego ze zgranego już - choć mimo silnego zużycia niezmiennie pięknego - Kanonu Paschelbela (w wersji dla młodzieży: podkładu muzycznego z "C U When U Get There" Coolia) filmu rzeczą kluczową. "Sils Maria" przekonuje, że zło, węże i śmierć są nawet w raju. Im prędzej przekonamy się o prawdziwości sentencji "et in Arcadia ego" - a może nawet o słuszności tego, że tak właśnie jest - tym lepiej będzie nam się żyć.

Ocena: 4/6



"Sils Maria", dramat, Szwajcaria, Niemcy, Francja 2014, 124 min., reż. Olivier Assayas, występują: Juliette Binoche, Chloë Grace Moretz, Johnny Flynn, Lars Eidinger, Hanns Zischler, Kristen Stewart, Brady Corbet, Gilles Tschudi