Juliette Binoche rzuca wyzwanie. Kristen Stewart "uczy się swoich możliwości". Olivier Assayas opowiada o pracy nad filmem "Sils Maria" [WYWIAD]

- Ma aurę i osobowość, która do mnie przemawia - jest mocna, niesztampowa - mówi Olivier Assayas, reżyser filmu "Sils Maria", o Kristen Stewart odtwórczyni roli Valentine. Ale to Juliette Binoche rzuciła mu wyzwanie. "Napisz pogłębioną, złożoną postać kobiecą" - powiedziała. "Sils Maria" w piątek wchodzi do kin.
Anna Tatarska: Tytułowa "Sils Maria" to miejscowość w dolinie Engadyna, położonej w szwajcarskim kantonie Gryzonia. Skąd pomysł, by tam właśnie osadzić akcję?

Olivier Assayas: Spędzałem tam kiedyś wakacje. Któregoś dnia otworzyłem okno i ujrzałem dziwaczną, tajemniczą chmurę. Wydała mi się magiczna. Pomyślałem wtedy o Juliette Binoche. Od lat chcieliśmy razem nakręcić film, zakorzeniony we wspólnych doświadczeniach. Nasza historia jest ciekawsza niż cokolwiek, co mógłbym wymyślić. Znamy się od wieków, w 1985 roku współtworzyłem jej pierwszy wielki hit, film "Spotkanie" w reżyserii Andre Techine.



Patrzyłem jak z dziewczyny wyrasta kobieta, świadoma, dojrzała aktorka. Przeniosłem wzrok z dna doliny i czołgającej się po niej chmury w kształcie węża, na ekran komputera i zacząłem pisać. Na przestrzeni wieków Sils Maria inspirowała poetów, muzyków, malarzy i filozofów, choćby Nietzschego. To symbol piękna i wieczności. Trwa poza cywilizacją i poza czasem. W jej krajobrazie zawarte są duchy przeszłości. Nie odeszły ani na chwilę, inspirowały mnie przez cały czas.

Fabuła Twojego filmu nasuwa na myśl klasyk: "Wszystko o Ewie". W "Sils Maria" uznana aktorka Maria Enders (Binoche) dostaje rolę w remake'u sztuki, która kilka dekad wcześniej rozpoczęła jej karierę. Są tam dwie role kobiece i tym razem Maria ma zagrać "tę starszą". Dlaczego chciałeś postawić bohaterkę w takiej sytuacji?

Interesowało mnie to, jak aktor radzi sobie z faktem, że jego proces dojrzewania i starzenia się jest publiczny. Od początku było jasne, że główną rolę zagra Juliette. Debiutowała w filmie jako bardzo młoda dziewczyna i musiała kilkakrotnie definiować siebie na nowo, akceptować przemianę zarówno psychiczną, jak i fizyczną. My z Juliette jesteśmy jeszcze z innego pokolenia, które nie do końca rozumie - a może nie chce rozumieć - działania współczesnych mediów. Chciałem zbadać, jak aktor radzi sobie ze zmieniającym się światem. Czy potrafi dostosować się do nowych zasad?

Osią filmu jest relacja Marii z jej asystentką Valentine (Kristen Stewart). W tej podszytej fascynacją przyjaźni doskonale widać różnicę pokoleniową, o której mówisz.

Dziś młodzi aktorzy wyrastają w świetle jupiterów. Życie osoby publicznej toczy się w dwóch miejscach - w rzeczywistości i w internecie. Poza tym współczesna gwiazda obecna jest w życiu widzów nie tylko podczas seansu kinowego, ale poprzez niezliczone, pozafilmowe kanały. Kristen wie o tym lepiej, niż ktokolwiek inny.

Jest symbolem młodego Hollywood. W dobrym i złym sensie.

Grana przez nią Valentine, asystentka i przyjaciółka Marii, wygłasza wiele ostrych, niepopularnych sądów o kulturze popularnej i branży rozrywkowej. Na przykład w scenie, kiedy czyta Marii listę próśb o wywiad; "Włoski magazyn dla aktywnych i uwodzicielskich kobiet po czterdziestce?" "Nie!"- odrzuca propozycję pracodawczyni. "Ależ to okładka!" - obie wybuchają śmiechem. To kontrowersyjna postać.

Kristen już wcześniej zwróciła moją uwagę. Spotkałem ją dzięki naszemu producentowi, Charliemu Gillibertowi. Bardzo się polubiliśmy, chciałem z nią pracować. Ma aurę i osobowość, która do mnie przemawia - jest mocna, niesztampowa. Czułem, że rola Valentine ma szansę ją zainteresować, ale sądziłem, że się nie zgodzi. To było ryzyko. Ale wszystko to, co w Valentine kontrowersyjne, jej się najbardziej spodobało. Uważam, że była bardzo odważna.

"Aktorka jednej miny" - takie memy ze Stewart krążą po sieci. Czułeś, że możesz wydobyć z niej więcej?

Miałem szansę pracować z nią w szczególnym momencie jej kariery. Zaczęła na pokładzie wielkiej franczyzy dla nastolatków. Teraz jest po wyjściu z bloku startowego i dopiero odkrywa swoją przestrzeń, uczy się swoich możliwości. To piękne: obserwować aktorkę, która otwiera się na twoich oczach i daje Ci, jako reżyserowi, rzeczy, których nie miała jeszcze okazji nikomu ofiarować.

I ty, i Juliette jesteście Francuzami. Dotąd robiłeś filmy w swoim ojczystym języku. Skąd pomysł, by "Sils Marię" nakręcić po angielsku?

Znamy się z Juliette jak łyse konie. Czułem, że obcy język zbuduje między nami barierę, dzięki której będzie mi łatwiej spojrzeć na nią nie jak na moja przyjaciółkę, ale aktorkę i kobietę, i dzięki temu poznać ją na nowo.

Udało się?

Juliette rzuciła mi wyzwanie. "Napisz pogłębioną, złożoną postać kobiecą" - powiedziała. Dałem jej Marię Enders i film, o kobietach, które pracują, rozmyślają angażują się w relacje. Brzmi jak prosta koncepcja, ale została odpowiednio zrealizowana. Wiem, ze spełniła jej oczekiwania.

Jesteś nazywany reżyserem kobiet. Miałeś styczność z wieloma gwiazdami z całego świata. Czy z przedstawicielkami amerykańskiej branży pracuje się inaczej?

Kręciłem w Hong Kongu, Japonii, Ameryce Południowej, Bliskim Wschodzie, Europie... Aktorki wszędzie są wyposażone w podobny instynkt. Bez względu na narodowość czy kulturę, mają charakterystyczny impuls do działania. Między danymi krajami czy kulturami różnica zaznacza się tylko na płaszczyźnie "niepisanego" prawa: co można, a czego nie wolno. Na przykład we francuskiej kulturze filmowej przestrzeń dla aktorów, a w szczególności aktorek, jest bardzo duża - większa, jak sadzę, niż gdziekolwiek indziej.

Naturalność, spontaniczność, szansa na inkorporowanie własnych emocji w rolę - to lubię dawać aktorkom. To mogłem dać Kristen i Chloe [Grace Moretz, gra młodą gwiazdkę, która w remake'u dostaje debiutancką rolę Marii]. One nie znały takiego trybu pracy.

Wszyscy zawsze podkreślają, że na Twoich planach panuje wyjątkowy klimat. Chyba nigdy nie zrealizujesz żadnej superprodukcji...

Każdy, kto zaoferowałby mi wyreżyserowanie filmu typu "X-men" musiałby być szaleńcem! [śmiech]

A ja uważam, że to mógłby być świetny film!

Mógłby. Ale dla mnie tego typu produkcje nie są atrakcyjne, przy ich robieniu nie ma zabawy. Uwielbiam je oglądać, jako widz. Ale ja jestem jak Juliette i jej postać, filmowa Maria, która nie rozumie kina sci-fi, z efektami specjalnymi, powstającego w komputerze. Nie chcę kręcić scen na green screenie. Współczesne blockbustery to raczej animacje. Nie ma w tym nic złego, ale to wymaga specyficznych umiejętności. Nie chodzi nawet o to, ze ich nie mam - ja nie chcę ich mieć.

Mówiłeś o tym, jak upływa czasu dotyka aktorki. A co z reżyserem? Czujesz oddech czasu na karku?

Mężczyzna, reżyser, funkcjonuje poza polem widzenia kamery. Przemiana mojego ciała, wyglądu, nie jest rejestrowana. Upływ czasu jest anonimowy. Myśląc o historii kina, przewijamy przed oczami kolejne, reprezentatywne dla dekad i nurtów tytuły, widzimy twarze aktorów, którzy grali w nich główne role. Nie zastanawiamy się, ile lat miał reżyser, kiedy to nakręcił - chyba że mowa o Orsonie Wellesie i "Obywatelu Kane" [śmiech - w momencie tworzenia legendarnego arcydzieła Welles miał zaledwie 25 lat]. Aktorzy mają ciało, wiek. My, reżyserzy jesteśmy takim abstrakcyjnym, bezcielesnym konstruktem, który ze światem komunikuje się przez sztukę.

Ale też się zmieniacie. Jak?

Każde z nas liczy, że na lepsze! Mam nadzieję, że więcej rozumiemy. Potrafimy się mocniej skupić na celach, nabieramy wprawy w pracy z aktorem. Uczymy się. Moim najważniejszym celem zawsze było pozostać wiernym swojemu młodzieńczemu idealizmowi. Nie chcę nigdy zatracić tego, co paliło się we mnie żywym ogniem, kiedy stawiałem pierwsze kroki jako twórca.

Kiedy podejmuje się decyzję, żeby poświęcić życie konkretnej gałęzi sztuki, ma się radykalne, ambitne pomysły na to, czym ta sztuka jest. Chce się dopasować wybrane medium do swoich inspiracji. Wraz z upływem czasu można stracić kontakt z tym impulsem. Reżyser poddaje się frajdzie tworzenia filmów, zatapia w biznesie i kończy, idąc na łatwiznę - staje się konformistą. Zawsze się tego bałem, patrząc na stetryczałych i znudzonych filmowców, których kiedyś podziwiałem. Dlatego nie pozwalam sobie stracić kontaktu z tym dawnym, młodym mną. Nieustannie toczę z nim dialog. O tym też jest nasz film.

"Sils Maria" w reżyserii Oliviera Assayasa wchodzi do kin 20 marca.