Dramat science fiction o sztucznej inteligencji najlepszy od lat! I Juliette Binoche z Kristen Stewart w filmie o aktorkach [NA CO DO KINA]

"Ex machina", teatr rozegrany na trzy postaci. W centrum android, piękna Ava (Alicia Vikander). Na ekranach także "Sils Maria" o sztuce i aktorkach, w które wcieliły się świetne Juliette Binoche i Kristen Stewart, i ich niejednoznacznej relacji. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina, a które filmy omijać szerokim łukiem.
Ex Machina

Utalentowany programista Caleb (Domhnall Gleeson) wygrywa firmową loterię - nagrodą jest tydzień spędzony w daczy szefa, Nathana (Oscar Isaac), twórcy najpopularniejszej przeglądarki internetowej (filmowy odpowiednik Google) na świecie.

Panowie raczej się nie dogadają: Caleb to stereotypowy informatyk, za to Nathan jest bardziej typem Tony'ego Starka - lubi sobie wypić, potrenować na siłowni i ponapawać swoją wielkością. Okoliczności sprawią jednak, że będą musieli się zaprzyjaźnić... a przynajmniej udawać kumpli.

Nathan nie sprowadził Caleba na odludzie dla towarzystwa, ale by przedstawić mu Avę (Alicia Vikander) - stworzonego przez siebie robota, na którym gość przeprowadzić ma test Turinga. Jest jedno "ale". W normalnych warunkach, przeprowadzający test nie powinien wiedzieć, z kim (czym) ma do czynienia. Nathan jest tak pewien swojego wynalazku, że od razu zdradza Calebowi, że dziewczyna jest robotem. Wierzy, że Ava i tak przekona go do swojej inteligencji. A może nawet człowieczeństwa.

Reżyser i scenarzysta Alex Garland zadebiutował w 1996 r. jako pisarz powieścią "The Beach" (w polskiej wersji: "Niebiańska plaża"). Książka młodego backpackera okazała się niespodziewanym sukcesem. Po czterech latach Danny Boyle zrobił z niej słynny film. W 2002 r. Garland napisał drugi scenariusz, nieco ambitniejszą niż zwykle opowieść o zombie, "28 dni później", a pięć lat później "W stronę słońca" - oba filmy wyreżyserował Boyle. Następna była adaptacja słynnej powieści "Nie opuszczaj mnie", a w końcu "Dredd 3D" z 2012 r. Tajemnicą poliszynela jest, że Garland nie tylko przejął na planie część obowiązków reżysera, ale także poskładał film do kupy w montażowni. "Dredd 3D" spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyki i ma wielu zagorzałych wielbicieli, ale finansowo zrobił klapę.

Nic dziwnego, że Garland uznał, że najwyższy czas, by zrobić film od początku do końca po swojemu (i w ramach możliwie skromnego budżetu - "Ex machina" kosztowała ok 15 mln dol - by nikt nie wtrącał się w jego wizję). I co? I wszystko jest tu doskonałe. Fenomenalni są Gleeson i Isaac (ciekawostka: obu zobaczymy w grudniu w nowym epizodzie "Gwiezdnych Wojen"), ale jeszcze lepszy jest chyba android, stojący w centrum problemu. Szwedka Vikander, wyrastająca na jedną z największych gwiazd swojego pokolenia, niezwykle subtelnie podkreśla ludzkie odruchy Avy i sygnalizuje jej nieludzkie pochodzenie. Niewątpliwie, pomogła jej w tym baletowa przeszłość. Lekko roboci sposób poruszania, któremu akompaniują delikatne, mechaniczne dźwięki, cudownie kontrastuje z mikrotikami i nienachalną mimiką Avy. Jeśli idzie o aktorów, to właściwie tyle - "Ex machina" jest teatrem rozegranym na trzy postaci, choć w tle przemyka też równie przyciągająca uwagę, początkująca aktorka i kolejna baletnica w zespole, magnetyczna Sonoya Mizuno.

Atmosferę świetnie podkreśla muzyka, piękne są zdjęcia, ale ostatnim z elementów perfekcyjnej układanki jest scenografia - stworzone przede wszystkim z drewna i szkła ascetyczne, futurystyczne wnętrza domu Nathana. Nieskazitelny jest też projekt ciała Avy, doskonałe dzieło komputerowych grafików, które wygląda, jak gdyby android mógł je w każdej chwili zdjąć, jak gdyby była to tylko sukienka, którą Ava przymierza.

Trudno mieć wobec "Ex machiny" jakieś zarzuty. Można być nie do końca przekonanym co do zakończenia albo zarzucać twórcy, że nie stawia nowych pytań - odpowiedzi na nie fantastycznonaukowi twórcy szukają od dziesięcioleci - ale stawia je perfekcyjnie i uzyskuje świeże spojrzenie na sprawę. Poza intrygującym rozpatrywaniem kwestii człowieczeństwa i tego, kto ma prawo do życia, a kto może o tym prawie decydować, Garland dotyka też m.in. kwestii współczesnej masowej inwigilacji społeczeństwa na wielką skalę, a niektórzy dopatrzą się w jego arcydziele nawet możliwości odczytania feministycznego, traktując Avę jako silną kobietę w pułapce dwóch mężczyzn.

Autor nie sugeruje, kto jest w tej rozgrywce moralnym zwycięzcą. Po seansie przygotujcie się więc na zażarte dyskusje ze znajomymi i wielogodzinne rozmyślanie nad poruszaną przez film tematyką. Najistotniejsze może być jednak, że "Ex machina" nie jest zaledwie wykładem, ale emocjonującym thrillerem, który trzyma w napięciu od początku do końca (bo kto kogo ma tu tak naprawdę przetestować? I na co?). Widz za każdym rogiem spodziewa się jakiegoś zwrotu akcji i nigdy nie może być pewien czy ten nastąpi. Można rzec, że "Ex machina" bawi i uczy.

Budowane napięcie rozładowuje i jednocześnie kulminuje kapitalna, wyjęta z zupełnie innego porządku scena tańca. Mi przypomniał się przy tej okazji, również będący kompletnie nie na miejscu, klasyczny musicalowy numer z "Mechanicznej pomarańczy", przez który to m.in. film Kubricka spotkał się potem z wieloma protestami.

Kilkustronicową recenzję filmu przygotował nawet magazyn "New Scientist". Można w niej wyczytać m.in., że "rzadko spotyka się film o nauce, który intelektualnie nie bierze jeńców" oraz że to "stylowy, oszczędny i intelektualny psycho-techno thriller, który jest tak potrzebnym zastrzykiem w ramię bystrego science fiction". Nie wierzycie miłośnikom filmu - zaufajcie miłośnikom nauki. Jedni i drudzy znajdą w "Ex machinie" wszystko, o czym mogą marzyć. I to od bardzo dawna - już od paru lat w kinach nie było tak dobrego filmu.

Ocena Film.Gazeta.pl: 6/6



"Ex Machina", thriller, Sci-Fi, USA, Wielka Brytania 2015, reż. Alex Garland, występują: Alicia Vikander, Domhnall Gleeson, Oscar Isaac, Sonoya Mizuno, Chelsea Li, Evie Wray, Corey Johnson, Elina Alminas

Sils Maria

Maria Enders (świetna Juliette Binoche), uznana aktorka u szczytu sławy, jedzie do Szwajcarii wraz ze swą osobistą asystentką, Valentine (dotrzymująca kroku Kristen Stewart, sławna dzięki "Zmierzchowi"), by odebrać nagrodę w imieniu bliskiego jej artysty, który nie lubi pokazywać się publicznie. Zanim bohaterki przybędą na miejsce, dotrze do nich informacja o śmierci nagrodzonego a impreza zamieni się w stypę.

Młody, doceniony reżyser (Lars Eidinger, "Dom na weekend) skorzysta z okazji, by ostatni raz zaproponować Marii występ w nowej wersji spektaklu denata, który 20 lat temu uczynił z niej gwiazdę. Kłopot w tym, że aktorka grała wtedy młodą, drapieżną Sigrid, w którą teraz wcielić ma się utalentowana gwiazdka i skandalistka z Hollywood (Chloe Grace Moretz), podczas gdy Marii przypadnie w udziale rola jej dwa razy starszej szefowej, którą dziewczyna owija sobie wokół palca.

Maria ma tysiąc powodów, dla których nie chce przyjąć tej drugiej roli, a każdy z nich jest dobry. I właśnie o nich opowiada multitematyczny dramat Oliviera Assayasa ("Czysta", "Pewnego lata", miniserial "Carlos").

Francuzowi nieźle udaje się wyśmiać kulturę i zwyczaje panujące w internecie, ale już satyra na Hollywood - choć trafna - nie jest ani szczególnie zabawna, ani bardzo odkrywcza. Taki też nie jest cały film, co nie zmienia faktu, że ogląda się go świetnie. Lubię filmy o filmach i o aktorach. Posucha w kinie poruszającym tę tematykę najwyraźniej już się skończyła: pierwszą jaskółką był nie do końca udany "Molier na rowerze", za to ostatnio dostaliśmy już fenomenalne "Birdmana" i "Mapy gwiazd", a teraz niemal równie udaną - i żywiącą do swych bohaterów znacznie więcej sympatii - "Sils Marię".

Obok przemijania, z którym nie może się pogodzić główna bohaterka "Sils Marii", najważniejszym tematem obrazu jest niejednoznaczna relacja Marii i Val. Maria widzi w swej młodej towarzyszce siebie sprzed lat. W chwilach złości może nawet wmawia sobie, że Val jest wcieleniem Sigrid. Gdy kobiety przeprowadzają czytanie sztuki, czasem trudno powiedzieć, czy mówią do siebie sceniczne postaci, czy prawdziwe bohaterki. Nie jest to jednak taki poziom przemieszania fikcji z rzeczywistością jak w zdecydowanie misterniej skonstruowanej "Wenus w futrze" Romana Polańskiego.

Tytuł dzieła Assayasa może być mylący - choć imię bohaterki na pewno nie jest przypadkowe, to Sils Maria jest maleńką miejscowością w szwajcarskich Alpach, w której toczy się akcja sporej części filmu i gdzie był on kręcony. Zachodzi tam niecodzienne zjawisko atmosferyczne, nazywane "wężem z Maloi" (tak też zatytułowana jest sztuka, o którą w filmie się rozchodzi): czasem między góry wpływa wijąca się wężowato formacja chmur, co zwiastuje zbliżające się załamanie pogody.

Wąż z Maloi jest dla ślicznie sfotografowanego, umiejętnie korzystającego ze zgranego już - choć mimo silnego zużycia niezmiennie pięknego - Kanonu Paschelbela (w wersji dla młodzieży: podkładu muzycznego z "C U When U Get There" Coolia) filmu rzeczą kluczową. "Sils Maria" przekonuje, że zło, węże i śmierć są nawet w raju. Im prędzej przekonamy się o prawdziwości sentencji "et in Arcadia ego" - a może nawet o słuszności tego, że tak właśnie jest - tym lepiej będzie nam się żyć.

Olivier Assayas opowiada o pracy nad filmem "Sils Maria" [WYWIAD] >>

Ocena Film.Gazeta.pl: 4/6



"Sils Maria", dramat, Szwajcaria, Niemcy, Francja 2014, 124 min., reż. Olivier Assayas, występują: Juliette Binoche, Chloë Grace Moretz, Johnny Flynn, Lars Eidinger, Hanns Zischler, Kristen Stewart, Brady Corbet, Gilles Tschudi

Sąsiady

Łódzkie famuły. Tu mieszkają najbiedniejsi z biednych. Tu dzieją się też rzeczy, jakie usłyszeć można tylko w miejskich balladach, poczęstowawszy uprzednio lokalnych bardów kilkoma - no, kilkunastoma - kieliszkami wódki.

Prostytutka (Anna Mucha) próbuje uwieść porywczego księdza-kulturystę (Mariusz Pudzianowski). Śniąca dziwne sny kobieta (Sandra Korzeniak) zwraca się z prośbą o pomoc do świetnie tłumaczącej senne marzenia sąsiadki (Agnieszka Podsiadlik). Jeden z mieszkańców (Artur Krajewski) popada w paranoję, bo zauważa, że jego sąsiedzi zaczęli w tajemniczych okolicznościach znikać...

Oparte na zbiorze opowiadań Adriana Markowskiego "Sąsiady" pełne są takich przedziwnych historii. Niektóre nowelki są błyskotliwe, inne do przesady dziwne - jak otwierająca film historia z nietypowo zsynchronizowanym dźwiękiem, opowiadająca o mężu, który poszedł do sklepu po świątecznego karpia i przyniósł wielkanocnego zajączka, który był karpiem [sic!] - jeszcze inne okazują się nieźle rozegranymi, ale jednak anegdotami z długą brodą - jak rzecz o żonie (Katarzyna Herman), która boi się, że mąż (Jacek Poniedziałek) jej nie kocha, ponieważ już jej nie bije - a niektóre potwornie kiczowate.

To nie zmienia faktu, że w poetyckim obrazie 75-letniego Grzegorza Królikiewicza ("Na wylot", "Przypadek Pekosińskiego") znajdziemy bardzo wiele prawdy oraz magnetyzm, który nie pozwala odwrócić wzroku od ekranu nawet w chwilach, gdy wstydzimy się za siebie, że naprawdę to oglądamy. Całość spina postać "Ważniaka" - największego cwaniaka w okolicy, w którego wcielił się Marek Dyjak. Posiadający idealne do tej roli warunki fizyczne kompozytor i wokalista napisał też przejmujące, wwiercające się w duszę utwory, które wykonuje w filmie.

Nie dziwię się, że film, w którym wystąpili także Piotr Głowacki, Lech Dyblik czy Ewa Błaszczyk, wzbudził tak ogromne kontrowersje podczas ostatniego festiwalu w Gdyni. Od jednych słyszałem, że wytrwanie choćby do połowy seansu oznacza nadludzką wytrzymałość, od innych, że to jedyna frapująca i nie zupełnie bezpieczna propozycja, jaką można było tam zobaczyć. I chociaż sam miewałem momenty zwątpienia, to po obejrzeniu "Sąsiadów" mam nadzieję - a im więcej czasu od pokazu prasowego mija, tym bardziej się w mym stanowisku utwierdzam - że usłyszę jeszcze dziesiątki odgłosów zatrzaskiwanych drzwi podczas projekcji wielu kolejnych produkcji Królikiewicza. Polskie kino tego potrzebuje.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6



"Sąsiady", obyczajowy, Polska 2014, 91 min., reż. Grzegorz Królikiewicz, występują: Ewa Błaszczyk, Marek Dyjak, Kamila Wojciechowicz, Andrzej Lipiński, Jacek Poniedziałek, Anna Mucha, Katarzyna Herman, Piotr Głowacki

Złota klatka

W 1983 r. powstał wielki meksykański hit, piosenka "Jaula de oro" - "Złota klatka". Utwór, opowiadający o emigracji Meksykanów do USA, cztery lata później zainspirował poświęcony tej samej tematyce film. Taka jest też geneza powstania nowej "Złotej klatki", która z uwagi na to podobieństwo tytułów, na arenie międzynarodowej zmieniła się niedawno w "Złoty sen". Na tytule podobieństwo się kończy, bo przez ostatnie 30 lat czasy się zmieniły. Na gorsze. "Złota klatka" sprzed trzech dekad opowiadała o imigrancie w średnim wieku, któremu w nowej ojczyźnie powodzi się całkiem nieźle. Gwatemalskie dzieciaki, pragnące przedrzeć się przez Meksyk do Los Angeles - to znacznie bardziej ponura historia.

Bohaterami reżysersko-scenariopisarskiego debiutu Diega Quemady-Dieza (wcześniej asystował przy kamerach na planach filmów takich jak "Wierny ogrodnik", "21 gramów" czy "Męska gra") są Samuel, Juan i Sara, która w obawie przed niebezpieczeństwami, jakie czyhać mogą na młodą dziewczynę podczas takiej eskapady, ścina włosy i przedstawia się jako Osvaldo. Po jakimś czasie dołącza do nich Indianin Czauk, który dogaduje się tylko z Sarą, o co zazdrosny jest Juan. Mniej więcej do połowy, "Złotą klatkę" ogląda się jak film o (trudnym) dojrzewaniu. Dość nieciekawy, trzeba dodać, choć na jego korzyść działają dobrze sfotografowane przez Marię Secco ("Tosty po meksykańsku") piękne krajobrazy.

Widz zostaje wstrząśnięty i zmieszany zdecydowanie zbyt późno, wiele osób może do tego czasu już dać sobie z oglądaniem hiszpańsko-meksykańsko-gwatemalskiego dramatu spokój. Im dalej bohaterowie docierają, tym gorsze rzeczy ich spotykają. Quemada-Diez nie ma dla nich taryfy ulgowej z uwagi na młody wiek. To wielka zaleta filmu, dzięki temu mocniej odbijającego się na psychice widza. Nasilenie niefortunnych zdarzeń jest tu zresztą znaczące - USA nie jawi się jako ziemia obiecana, a co najwyżej tytułowa złota klatka, w której także nie czeka imigrantów nic dobrego. Krytyka Stanów Zjednoczonych i amerykańskiego mitu wydaje się nawet przesadnie mocna, ale, cóż, tak zdecydował autor. Postaci z jego filmu, znalazłszy się między młotem a kowadłem, wiedziały jednak, które zło wybrać.

Ocena Film.Gazeta.pl: 3/6



"Złota klatka", dramat, Hiszpania, Meksyk, Gwatemala 2013, 110 min., reż. Diego Quemada-Diez, występują: Brandon López, Rodolfo Dom~nguez, Karen Mart~nez, Carlos Chajon, Héctor Tahuite, Ricardo Esquerra, Luis Alberti, César Banuelos

Żona policjanta

Poznajcie niemieckie małżeństwo z małą córeczką. Uwe (David Zimmerschied) jest policjantem, Christine (Alexandra Finder) zajmuje się domem i opieką nad Clarą. Trzygodzinna "Żona policjanta" to podglądanie ich codziennego życia - wspólnych posiłków, oglądania telewizji, seksu lub jego braku, zabaw matki z córką i znęcającego się nad żoną Uwego.

Film Philipa Groeninga ("Wielka cisza") zajmuje się jakże istotnym tematem przemocy domowej. I to tej zupełnie niespodziewanej, w przypadku odkrycia której słyszy się potem "kto by pomyślał, to było takie dobre i szczęśliwe małżeństwo". Tej, w której ofiara czasami czuje się winna. To film, do którego trafiło kilka niezłych scen.

Co z tego, skoro "Żona policjanta" pada pod ciężarem przeogromnej pretensjonalności i własnego przekonania o byciu wielkim dziełem. Na obraz składa się 59 parominutowych scen, przedstawiających jedno konkretne wydarzenie (może to być wybuch wściekłości Uwego, ale też pojedyncze zbliżenie na Clarę albo zaledwie parosekundowa panorama okolicy lub zbliżenie na przebiegającego gdzieś lisa). Każdą ze scen zamyka wolno pojawiająca się plansza z napisem "Koniec Rozdziału X", po której dostajemy kolejną o treści "Początek Rozdziału X". Nie sceny, lecz rozdziału - z tak wielkim dziełem obcujemy! Gdyby wyrzucić tę wątpliwej jakości błyskotkę, całość stałaby się krótsza o blisko pół godziny. To i tak by niczego nie uratowało, bo już po kilku scenach wiemy dobrze, o co w filmie i filmowi chodzi, w związku z czym "Żona policjanta" jest o połowę za długa.

Podczas pokazu prasowego niemieckiego dramatu, który dostał Specjalną Nagrodę Jury na 70. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, salę opuściła połowa dziennikarzy. Byłem w grupie, która wytrwała do końca, bo traktowałem to jako obowiązek. Łatwo nie było. Na płatnych seansach współczynnik wyjść będzie pewnie jeszcze większy. A najlepiej w ogóle nie wydać pieniędzy na bilet, niż je wydać i potem zmuszać się do ich "wysiedzenia" - to będzie piekielnie trudne zadanie.

Ocena Film.Gazeta.pl: 1/6



"Żona policjanta", dramat, Niemcy 2013, 175 min., reż. Philip Gröning, występują: Alexandra Finder, David Zimmerschied, Pia Kleemann, Chiara Kleemann, Horst Rehberg, Katharina Susewind, Lars Rudolph, Fabian Stromberger

Zbuntowana

Są takie chwile w życiu recenzenta filmowego - niewiele, ale są - w których żałuje się, że filmy w ogóle istnieją. Gdyby ich nie było, można by zamienić czas spędzony w kinie na wieczór z przyjaciółmi w pubie, uprawianie sportu albo ciekawą lekturę (czyli coś spoza serii "Niezgodna"). Właśnie takie chwile przeżywałem podczas seansu "Zbuntowanej".

Przyznaję, że z pierwszej części zapamiętałem niewiele. Miałem nadzieję, że twórcy przygotują dla takich jak ja małe "w poprzednim odcinku". I faktycznie, zły sen Tris (Shailene Woodley - "Gwiazd naszych wina", "Spadkobiercy") wprowadził nas ponownie w dystopijny świat (czy są jeszcze inne światy?) i zebrał pokrótce najważniejsze informacje z "Niezgodnej". Jak się miało później okazać, Tris doświadczy w "Zbuntowanej" jeszcze wielu złych snów i będzie wyobrażać sobie mnóstwo niestworzonych rzeczy, byle tylko zapchać jakoś jej fantazjami dwie godziny czasu antenowego.

Problem pozostał ten sam, co w pierwszej części - zła przywódczyni nowego społeczeństwa, Jeanette (Kate Winslet) pragnie wybić wszystkich Niezgodnych, zagrażających jej władzy. Będąca tutejszą wersją Matriksowego Neo Tris jest, oczywiście, jedną z nich. Kłopot w tym, że główny motyw fabularny drugiej części jest tak głupi, iż trudno uwierzyć w to, że nikt na planie nie oprotestował opierania na nim filmu: Jeanette chce otworzyć tajemnicze pudełko, co ma jej umożliwić zabicie wszystkich - ukrywających się - Niezgodnych. Żeby otworzyć pudełko, Jeanette rozkazuje... wyłapać wszystkich Niezgodnych. Przezorny zawsze ubezpieczony?

Mniejsza o to, skoro w "Zbuntowanej" tak naprawdę żadnej fabuły nie ma. Są tylko średnio pasujące do siebie klocki, które ktoś (autorzy scenariusza lub pisarka Veronica Roth) podkłada postaciom pod nogi, próbując przeprowadzić ich od pierwszej do ostatniej sceny filmu po szczątkowych, z góry zaplanowanych wydarzeniach. Reżyser Robert Schwentke ("RED", "Plan lotu") filmuje kręcących się w kółko bohaterów, co parę minut przerywając ich bezcelową wędrówkę obowiązkowymi strzelaninami, pościgami i bijatykami (tylko te ostatnie wypadają tu całkiem nieźle), które nie mają absolutnie żadnego sensu w kontekście fabuły.

Tytułowej bohaterce - nie wierzę, że tylko ja chwilami życzyłem jej wszystkiego najgorszego - przydałaby się grupa wsparcia od zarządzania gniewem. Działania postaci - zarówno istotne jak i te nic nieznaczące - są kompletnie pozbawione logiki. Finałowy "zaskakujący" zwrot akcji został chyba zainspirowany lekturą podręcznika "Zwroty akcji dla bystrzaków". Poziom trzymają również dialogi (- "Gdzie jest twój przerażający chłopak?" - "Pewnie robi te swoje przerażającochłopakowe rzeczy"). Inna sprawa, że do pieca dokłada tłumacz, który napisy podkradł chyba z innego filmu - jest tu tyle drobnych, ale kompletnie zmieniających sens wypowiedzi pomyłek, że lepiej na napisy nawet nie zerkać.

"Niezgodna" była przede wszystkim bardzo nudna. "Zbuntowana" jest przede wszystkim bardzo zła. Co tu robi Miles Teller? Mam wrażenie, że cierpi. Co tu robi Octavia Spencer? Tylko przemyka przez ekran. Ale, na litość boską, co tu wyprawia Naomi Watts, której rola będzie pewnie jeszcze szersza w finałowej - naturalnie, podzielonej na dwie części (a nie lepiej byłoby ze wszystkich trzech zrobić jeden film?) - odsłonie trylogii? Obawiam się, że jedna z najlepszych aktorek naszych czasów coraz bardziej się stacza. Może czas zacząć rozsądniej wybierać scenariusze?

Ocena Film.Gazeta.pl: 1/6



"Zbuntowana", akcja, romans, Sci-Fi, USA 2015, reż. Robert Schwentke, występują: Shailene Woodley, Theo James, Zoë Kravitz, Miles Teller, Mekhi Phifer, Keiynan Lonsdale, Maggie Q, Ansel Elgort

Seks, miłość i terapia

Seksoholik Lambert (Patrick Bruel, "Paryż - Manhattan") nieświadomie zatrudnia nimfomankę Judith (Sophie Marceu). Mężczyzna radził sobie z problemem całkiem nieźle, ale jego nowa asystentka może wszystko zepsuć. Sytuacja jest tym bardziej kłopotliwe, że oboje wydają się sobą naprawdę zainteresowani. Lambert robi więc wszystko, by przekonać Judith, że da się zbudować relację nieopartą na seksie.

Uwielbiam francuskie komedie, ale "Seks, miłość i terapia" jest podobno jedną z tych nielicznych, których należy unikać - nawet w zwykle łaskawych dla rodzimych produkcji francuskich mediach trudno znaleźć dobre słowa dla najnowszej produkcji aktorki, reżyserki i scenarzystki Tonie Marshall ("Szachrajstwo"). W najlepszym wypadku można gdzieś wyczytać, że można "Chcesz czy nie chcesz" (jak brzmi tytuł oryginalny) sympatycznie przesiedzieć, ale głównie pojawiają się zarzuty o to, że Bruel i Marceu zaskakująco do siebie nie pasują a film jest zwyczajnie nieśmieszny. Czy Francuzi mają rację, nie wiem - film wchodzi do polskich kin bez pokazu prasowego.



"Seks, miłość i terapia", komedia, romans, Francja 2014, 88 min., reż. Tonie Marshall, występują: Sophie Marceau, André Wilms, Patrick Bruel, François Morel, Sylvie Vartan, Jean-Pierre Marielle