Arcydzieło, klasyczny "Czarnoksiężnik z Oz", piekielnie sprytny horror - "Oculus" i Sean Penn, który pręży muskuły [NA CO DO KINA]

W kinie "Była sobie dziewczynka", której cięta riposta goni ciętą ripostę, film o nawiedzonym lustrze, który znakomicie się ogląda i klasyka kina familijnego, która nadal zachwyca. A także "Gunman: odkupienie" z Seanem Pennem, który do komicznej przesady napręża doskonale wyrzeźbione ciało. Przedstawiamy recenzje WSZYSTKICH piątkowych premier.
Czarnoksiężnik z Oz

Oz: wielki i potężny objawia się właśnie w tym klasycznym arcydziele z 1939 r., a nie w marnej próbie dopisania pierwszego rozdziału do jego historii, jaką podjął dwa lata temu Disney. Chwała mu za próbę przywołania estetyki oryginału, ale po upływie 76 lat od premiery nadal dużo ładniej prezentuje się pierwszy "Czarnoksiężnik...".

Od tego piątku znów można oglądać go w kinach (zapewne niewielu) i jest to okazja wprost doskonała dla tych, którzy jeszcze nie mieli szczęścia się z nim zapoznać. Do klasyki, którą jeszcze musimy nadrobić, często podchodzimy z rezerwą - obawiając się rozczarowania i tego, co będziemy musieli pomyśleć (o samych sobie), jeśli nie przypadnie nam do gustu. Na starsze produkcje często trzeba wziąć poprawkę - przymknąć oko na nieco inne metody gry aktorskiej, sposób prowadzenia narracji, rozwiązania techniczne... "Czarnoksiężnika z Oz" takie dolegliwości dotyczą minimalnie (to historia alegoryczna, ale niektórym może wydać się zbyt naiwna, a Judy Garland jest jednak dość "starą" Dorotką). Nawet dzisiaj adaptacją powieści L. Franka Bauma można szczerze się zachwycić. Bez obaw dołączajcie więc do szalonej drużyny głównej bohaterki w tej podróży po cudownie magicznej Krainie Oz, u celu której Dorotka ma nadzieję znaleźć drogę powrotną do Kansas.

"Czarnoksiężnik z Oz" w gigantyczny sposób wpłynął na całą późniejszą kulturę - piosenki, pomysły, postaci, cytaty... Wiele z nich przeszło do historii. I są nadal żywe. A Toto nadal jest szalenie uroczym pieskiem.

Ocena: 6/6



"Czarnoksiężnik z Oz", familijny, fantasy, musical, przygodowy, USA 1939, 98 min., reż. King Vidor, Victor Fleming, występują: Judy Garland, Frank Morgan, Ray Bolger, Bert Lahr, Jack Haley, Billie Burke, Margaret Hamilton

Oculus

Piekielnie sprytny film. Jeszcze zanim na dobre zacznie straszyć, we wprowadzającej nastrój (ale zdecydowanie zbyt długiej) scenie, otwiera sobie drzwi do miliona prequeli, sequeli i spin offów. Wypada się cieszyć, bo pierwszy film o nawiedzonym Lustrze Lassera ogląda się znakomicie.

Na przestrzeni wieków, przeklęte lustro zebrało pokaźne żniwa. Kilkanaście lat temu trafiło na Alana (Rory Cochrane - "Przez ciemne zwierciadło", "Uczniowska balanga") i Marie (Katee Sackhoff - "Battlestar Galactica", "Riddick") Russellów, łamiąc przy okazji życia dwójce ich dzieci. Tim (Brenton Thwaites - "Dawca pamięci", "Son of a Gun") trafił do zakładu psychiatrycznego, a Kaylie (Karen Gillan - "Doktor Who", "Strażnicy Galaktyki") znalazła co prawda pracę i narzeczonego, ale cały wolny czas poświęciła dokumentacji historii lustra. Gdy jej brat opuścił wreszcie lecznicę, postanowiła zaproponować mu wspólne zniszczenie feralnego przedmiotu. Tyle że lustro potrafi się bronić...

Jest w filmie Mike'a Flanagana ("Absentia") kilka luk na bardzo podstawowym poziomie rozumowania. Logicznie myśląca Kaylie, choć wiedziona chęcią zemsty i oddania czci rodzicom, nie powinna nawet podnosić ręki na posiadający potężną moc artefakt, z góry spodziewając się druzgocącej porażki. Bohaterka postępuje jednak tak, jak gdyby nigdy w życiu nie widziała żadnego horroru. Jest też w "Oculusie" parę pomysłowych "strachów", pozbawionych jednak jakiegokolwiek logicznego podłoża i sensu (np. jedna z początkowych scen przygotowywania lustra do przewiezienia z magazynu). Można więc policzyć twórcom za triumf, że chociaż świadomość tego cały czas pozostaje z tyłu głowy, to napięcie i emocje biorą górę. A może właśnie o to Flanaganowi chodziło - by pokazać, że gdy strach przejmuje kontrolę, logiczne myślenie schodzi na dalszy plan?

Autor jest bowiem zainteresowany czymś więcej, niż najzwyklejszą papką z filmów grozy. "Oculus" opowiada o nieprzepracowanych traumach, kłopotach z pamięcią oraz o tym, jak z biegiem czasu zapominamy szczegóły niektórych wydarzeń z naszego życia lub zastępujemy je wygodną fikcją. Niszczycielskie działanie upływającego czasu jest kolejnym ze stałych tematów dzieł Flanagana. "Oculus" brawurowo miksuje też fikcję z rzeczywistością. Lustro może mieszać ludziom w głowach, co twórca obrazu znakomicie wykorzystuje, tylko od czasu do czasu ze stuprocentową pewnością demonstrując nam, co dzieje się naprawdę, korzystając z rozstawionych przez Kaylie w domu kamer. Ten motyw przypomniał mi o być może jeszcze bardziej emocjonującym, zaskakującym horrorze psychologicznym "Księga Cieni: Blair Witch 2", który spotkał się z druzgocącą krytyką, a mi przypadł do gustu zdecydowanie bardziej od osławionego pierwowzoru.

"Oculus" może też zaskakiwać prowadzeniem akcji jednocześnie w dwóch planach czasowych. Naprzemiennie oglądamy sceny z teraźniejszości i z dzieciństwa bohaterów, które stopniowo także zaczyna mieszać się z tym, co dzieje się obecnie. Na początku wydaje się to jedynie zbędną sztuczką, denerwującą prezentacją umiejętności reżysera, ale im bliżej finału, tym większe wrażenie robi. Szkoda tylko, że zakończenie jest tak nagłe i mało satysfakcjonujące. Ale może Flanagan zapędził się w kąt, z którego nie było już wyjścia?

Ocena: 4/6



"Oculus", horror, USA 2015, reż. Mike Flanagan, występują: Karen Gillan, Brenton Thwaites, Katee Sackhoff, Rory Cochrane, Annalise Basso, Garrett Ryan, James Lafferty, Miguel Sandoval

Była sobie dziewczynka

Charleen (znakomita, ale 25-letnia Jasna Fritzi Bauer - w roli dziewczyny o dekadę młodszej!) przypomina nieco Darię ze słynnego serialu MTV, ale nie jest aż tak cyniczna. Jedno jest pewne: inteligentni ludzie na pewno ją polubią.

Może i nowy facet matki dziewczyny (granej przez Heike Makatsch, czyli ponętną sekretarkę, usiłującą uwieść żonatego Alana Rickmana w "To właśnie miłość") jest jej nierozgarniętym nauczycielem biologii, co może być dla nastolatki trochę obciachem, ale nic - poza muzycznymi gustami Charleen: wszyscy jej ulubieni artyści nie żyją, większość należy do słynnego Klubu 27 - nie usprawiedliwia najnowszego pomysłu nastolatki - Charleen uznaje, że musi ze sobą skończyć ("Charleen kończy ze sobą" to nawet roboczy tytuł filmu, zmieniony jednak na obecny, korespondujący ze znanym obrazem "Był sobie chłopiec").

Główna bohaterka popełnia komiczny błąd w sztuce i z próby samobójczej wychodzi cało. Dopiero teraz naje się wstydu - jak sama zauważa, jej plan nie zakładał, że będzie musiała się z niego tłumaczyć. Najlepsza przyjaciółka, sympatyczny klasowy geniusz, terapeuta z urzędu i najbliższa rodzina będą przekonywać Charleen jak wiele by straciła, gdyby udało jej się spełnić samobójczą fanaberię.

Nawet niemieccy recenzenci byli zaskoczeni tym, jak dobry jest to film. Można porównywać go do polskich "Bogów", którzy też wzięli wszystkich z zaskoczenia dynamicznymi, kapitalnie napisanymi dialogami. "Była sobie dziewczynka" skrzy się od błyskotliwych kwestii, a cięta riposta goni ciętą ripostę. Choćby dla tekstów rzucanych przez bohaterów chce się ten komediodramat oglądać.

Debiutujący w pełnym metrażu reżyser i scenarzysta Mark Monheim rozwija tu swoje pomysły, zajawione w już wcześniej nagradzanym krótkim metrażu pt. "Odejdę w wieku 16 lat". Może Monheim nie zapowiada się na wielkiego artystę, ale wie jak należy robić wciągające, satysfakcjonujące, komercyjne kino (z przesłaniem) i może dać w przyszłości widzom - nie tylko w swoim kraju - dużo dobrego.

Film, którego produkcję wsparł m.in. niemiecki odpowiednik PISF, spotkał się z niezłym przyjęciem na międzynarodowych festiwalach - zwłaszcza tych poświęconych kinu dla młodzieży - a Polska jest pierwszym krajem, w którym wchodzi do normalnej dystrybucji (nawet w kraju produkcji film pojawi się na ekranach dopiero w lipcu). Możemy być zatem wśród pierwszych widzów, którzy na "Dziewczynkę" pójdą i będą potem chwalić się w sieci, że już wiedzą czy warto. Zdecydowanie warto.

Ocena: 4/6



"Była sobie dziewczynka", komedia, Niemcy 2014, 105 min., reż. Mark Monheim, występują: Jasna Fritzi Bauer, Aurel Manthei, Heike Makatsch, Dorothea Walda, Simon Schwarz, Lauritz Greve, Amelie Plaas-Link, Sandro Lohmann

Gunman: odkupienie

Jim Terrier (Sean Penn) pracuje jako najemnik w Kongo. Za dnia dba o bezpieczeństwo wysłanników organizacji pozarządowych, którzy próbują zaprowadzić w kraju pokój, a nocą pociąga za spust w imię tych, którym odpowiada zasianie jeszcze większego chaosu. Po jednym z większych zleceń, musi opuścić ukochaną lekarkę (Jasmine Trinca - jeden z jaśniejszych punktów filmu) i uciekać z powrotem do Europy. Po latach, ktoś zacznie likwidować wszystkich zaangażowanych w tamtą akcję. Żeby przeżyć, Terrier będzie musiał odkryć, kto stał za zleceniem i dotrzeć do niego pierwszy.

Za nowym filmem akcji Pierre'a Morela długo ciągnęło się podejrzenie o bycie kolejną zrzynką z jego największego hitu, "Uprowadzonej". Na szczęście, jest to wystarczająco odrębny obraz, rzecz o polityczno-społecznych ambicjach "Krwawego diamentu" czy "Wiernego ogrodnika". Kłopot w tym, że zbyt często zawodzi na polu samej akcji.

Adaptując powieść Jeana-Patricka Manchette'a, scenarzyści szczególnie się nie wysilali. Gdy chcą pokazać, że ktoś długo kogoś zna i łączy go z nim przyjaźń, wsadzają mu w usta kwestię: "Ile my się już znamy? 20 lat?". To pomaga jednak szybko zawiązać akcję, której prolog jest świetny i mocno trzyma w napięciu. Problemy pojawiają się w drugiej godzinie filmu - strzały niby nadal są głośne, krew nadal czerwona, a Penn nadal do komicznej przesady napręża doskonale wyrzeźbione ciało, ale spomiędzy krwawych wierszy przemawia do widza... coraz większa nuda. Wszystko to już widzieliśmy, niejednokrotnie w lepszym wydaniu.

Uwierzyć w jakość filmu pomaga obsada. Na drugim planie pojawiają się jeszcze Javier Bardem, Ray Winstone, Peter Franzen czy grający stereotypową postać, ale nieźle w tej roli wypadający Mark Rylance. Niespodzianką na deser jest gościnny występ Idrisa Elby, pojawiającego się na ekranie na zaledwie parę scen, w których z powodzeniem zastąpić go mógłby jakiś niezbyt utalentowany kij od szczotki.

Jeśli macie ochotę na kolejny z serii coraz bardziej podobnych do siebie filmów o przygodach emerytowanych bohaterów kina akcji, "Gunman: odkupienie" powinien wam się spodobać. Tylko nie liczcie na nic powyżej przeciętnej.

Ocena: 3/6



"Gunman: Odkupienie", thriller, akcja, Francja, Hiszpania, USA 2015, 115 min., reż. Pierre Morel, występują: Sean Penn, Jasmine Trinca, Javier Bardem, Ray Winstone, Mark Rylance, Idris Elba, Peter Franzén, Billy Billingham

Rozdzieleni

Film otwiera bardzo mocna scena masakry w wykonaniu rosyjskich żołnierzy, w wyniku której dziewięcioletni Hadżi zostaje na świecie sam z maleńkim braciszkiem. A przynajmniej tak sądzi. Nie umiejąc się nim zająć, porzuca niemowlę u okolicznych dobrych ludzi, a sam wyrusza w drogę. Nie wie, że zaginionego rodzeństwa poszukiwać będzie starsza siostra, także ocalała z rzezi.

Nieufny Hadżi trafia pod średnio opiekuńcze skrzydła pracującej dla organizacji pozarządowej Carole (Berenice Bejo - "Artysta", "Przeszłość"). Tymczasem, w równolegle ważnym dla filmu i II wojny czeczeńskiej wątku, młody Rosjanin Kolia wybiera armię zamiast więzienia. Biedak nie wie, że psychopatyczni wojacy zrobią mu z życia "Full Metal Jacket".

Najnowszy film Michela Hazanaviciusa ("Artysta", "Niewierni") luźno oparty jest na obrazie pod tym samym tytułem (oryginalnym - "The Search") z 1948 r., gdzie dziewięcioletni Czech, który przetrwał Auschwitz, trafił pod opiekę amerykańskiego żołnierza, nie wiedząc o tym, że poszukuje go matka, której także udało się przeżyć wojnę. Dla reżysera i scenarzysty "Rozdzielonych" - francuskiego potomka litewskich Żydów - to ważna historia. Sprawa ważna jest nie tylko dla niego, ale film wyszedł z niej Hazanaviciusowi nieco dziwny i nie zawsze poruszający (ale na bardzo mocną krytykę, jaka spadła na niego po prezentacji w konkursie głównym na ostatnim festiwalu w Cannes - i po której, jak podejrzewam, mógł zostać minimalnie przemontowany - z pewnością nie zasłużył).

Wydaje się, że twórca osiągnął w "Rozdzielonych" wszystko to, co zamierzał. Tyle że podejmowane przez niego decyzje niekoniecznie były słuszne. Postać Carole, grana przez żonę autora, jest piekielnie irytująca. To zapatrzona w swoją NGO idealistka, która nie widzi, że jej szlachetna praca jest nic niewarta (i nie zauważa, że gdy mówi do czeczeńskiego chłopca po francusku, ten ma prawo jej nie rozumieć). Gdy koleżanka po fachu (Annette Bening - "American Beauty", "Stan oblężenia") wszystko jej wygarnia i dodaje, że ONZ, NATO czy UE nie działają, i równie dobrze mogłyby się zlikwidować, ma absolutną rację, choć spora część widzów odniosła wrażenie, że miała wyjść na idiotkę. Nawet jeśli nie było to intencją reżysera, to chyba jest on w tym przypadku winny nieporozumienia. Pomysł uczynienia z postaci istot słabych, naiwnych, samolubnych i mało rozumnych jest jednak dość interesujący, bo różni się od tego, co zazwyczaj oglądamy w kinie - termin "bohater" zobowiązuje, tymczasem bohaterowie "Rozdzielonych" są na wskroś ludzcy.

Najwięcej emocji w kręconym w Gruzji dramacie wojennym dostarcza jednak wątek, którego akcja toczy się w szeregach rosyjskiej armii. Brutalne zasady życia w wojsku i przeprowadzana przez nie dehumanizacja jednostki to w kinie nic szczególnie odkrywczego, ale w "Rozdzielonych" udało się to nieźle ukazać. "Rosja" to też hasło, na które najbardziej zdaje się liczyć polski dystrybutor, reklamując film niezręcznym i mało subtelnym sloganem "Wczoraj Czeczenia, dzisiaj Ukraina, jutro...". A kiedy przyjdą także po nas, wiedza nabyta podczas seansu "Rozdzielonych" w niczym nam nie pomoże.

Ocena: 3/6



"Rozdzieleni", dramat, Francja, Gruzja 2014, reż. Michel Hazanavicius, występują: Bérénice Bejo, Annette Bening, Maksim Emelyanov, Abdul Khalim Mamutsiev, Zukhra Duishvili, Lela Bagakashvili, Yuriy Tsurilo, Anton Dolgov

Difret

Tradycja nakazuje, by etiopski mężczyzna, który upodobał sobie dziewczynę, porwał ją i się z nią ożenił. To zwyczaj wciąż praktykowany na niektórych terenach wiejskich. Traf chce, że 14-letnia Hirut (debiutantka Tizita Hagere) nie ma ochoty na ożenek. A już na pewno nie z kawalerem, który uprowadza ją po szkole z pomocą kolegów. Dziewczynka próbuje uciec, ale mężczyźni ruszają za nią. Gdy zostaje osaczona, korzysta ze strzelby i zabija niedoszłego pana młodego. Hirut ma sporo szczęścia, że nie dochodzi do natychmiastowego linczu.

Dziewczynka zostaje oskarżona o morderstwo. Starszyzna nie ma większych wątpliwości co do jej winy, mężczyźni z wioski domagają się śmierci za śmierć i pochowania Hirut obok zabitego przez nią amanta. Nieco większe szanse dziewczynka ma przed prawdziwym sądem. Reprezentować chce ją walcząca o prawa kobiet prawniczka ze stolicy, Meaza (popularna etiopska aktorka Meron Getnet). Czeka ją piekielnie trudna przeprawa.

Jeśli sądzicie, że językowe nieporozumienia mogą być kłopotliwe, musicie wiedzieć, że "difret" po amharsku oznacza zarówno "odważenie się na coś" jak i "bycie gwałconym". I doprawdy, stan języka dobrze oddaje stan umysłów mężczyzn z tamtejszego zaścianka - to bardzo przykre, ale "Difret" inspirowane jest prawdziwą historią, która miała miejsce w 1996 r.

Pełnometrażowy debiut reżysera i scenarzysty Zeresenaya Mehariego jest bardzo nierówny. Fragmenty wciągające i dobrze sfilmowane mieszają się z robotą iście półamatorską (problematyczny bywa m.in. montaż w wykonaniu Agnieszki Glińskiej). Nie pomaga fakt, że efektowna Getnet przyciąga uwagę tak bardzo, że wszyscy dookoła niej bledną. Film nieco zbyt mocno próbuje też wbić widzom do głowy swoje przesłanie - już po (ładnych) zdjęciach autorstwa innej Polki, Moniki Lenczewskiej, widać, że stolica Etiopii to miejsce ucywilizowane, a sposób filmowania wiosek sugerować ma, że należałoby je spalić i/lub zaorać. Nawiasem mówiąc, nie spodziewałem się, że panują tam takie cywilizacyjne dysproporcje, ale zaskoczyłem się raczej pozytywnie - obawiałem się, że także w Addis Abebie kobiety wieść mogą boleśnie niełatwy żywot.

Co prawda, etiopski kandydat w minionym wyścigu oscarowym odpadł w przedbiegach, ale został dobrze przyjęty na kilku większych festiwalach i może liczyć na rozgłos z uwagi na nazwisko Angeliny Jolie, która została jego producentką w ramach prowadzenia walki o prawa kobiet w odległych zakątkach globu. Niestety, okazuje się, że nadal jest o co walczyć - władze Etiopii próbowały zakazać rozpowszechniania filmu w kraju, tłumacząc swą decyzję zakłamaniem i idealizowaniem obrazu Meazy Ashenafi. Sąd uznał, że zasługi prawniczki wcale nie zostały w "Difret" wyolbrzymione a film okazał się w tamtejszych kinach sporym hitem. Czyli jest nadzieja.

Ocena: 3/6



"Difret", dramat, USA, Etiopia 2014, 99 min., reż. Zeresenay Mehari, występują: Meron Getnet, Tizita Hagere, Rahel Teshome, Shetaye Abreha, Mekonen Leake, Meaze Tekle, Tefari Alemu, Girma Teshome

Doonby. Każdy jest kimś

Sam Doonby (John Schneider - Bo Duke z serialu "Diukowie Hazzardu"), włóczęga znikąd, pojawia się nagle w małym, teksańskim miasteczku i z miejsca zmienia życia jego mieszkańców - to ocali kogoś przed śmiercią, to ofiaruje komuś miłość, niesłusznie oskarżonemu zapewni alibi, bywalcom knajpy zagra ładną piosenkę, pijaną odwiezie do domu... Anioł, nie człowiek. Tyle że ludzie zaczną w końcu kojarzyć jego obecność z natężeniem dziwnych wypadków w miasteczku - przed przybyciem Doonby'ego nie trzeba było nikogo ratować spod kół ciężarówki ani udaremniać napadów z bronią w ręku. To kim (czym) w końcu jest ten Doonby? Błogosławieństwem czy przekleństwem?

Niezbyt doświadczony reżyser i scenarzysta Peter Mackenzie (w jego filmografii odnaleźć można jeszcze tylko dwa filmy akcji z końca lat 80.: "Merchants of War" i "Mission Manila") zatrudnił wiele prawie-gwiazd i znanych twarzy sprzed lat. Poza Schneiderem, mamy tu Erniego Hudsona (czarnoskóry Pogromca Duchów) w roli właściciela lokalu, w którym zatrudnia się tytułowy bohater i Jenn Gotzon (córka Niksona z "Frost/Nixon") w roli ukochanej Doonby'ego, w której ojca wciela się Joe Estevez - młodszy brat Martina Sheena.

Malutki epizodzik gra Norma McCorvey - kobieta, która w wieku 21 lat, dopuszczając się wszelkich możliwych matactw (m.in. kłamała, że została zgwałcona), próbowała uzyskać prawo do aborcji. Bezskutecznie. Cztery lata później - w 1973 r. - jej sprawa trafiła przed Sąd Najwyższy. To m.in. dzięki niej USA mają dzisiaj bardzo liberalne prawo aborcyjne. Postać grana przez McCorvey uważa jednak, że aborcja jest złem. To nie żaden przewrotny żart, ale nieobliczalny los - wiele lat później kobieta całkowicie zmieniła swoje poglądy i dziś jest działaczką zaangażowaną w ruch pro-life.

"Doonby" to film tak przeraźliwe zły, że nie sposób od niego oderwać oczu. Efekty specjalne przywodziły mi na myśl "Birdemic" - arcydzieło kina beznadziejnego, które ogląda się dla śmiechu. I z tych samych przyczyn polecam "Doonby'ego" - to seans, na którym nie sposób się nie uśmiać. Poszczególne sceny połączone są poprzez ściemnienia i rozjaśnienia, które bardziej na miejscu byłyby w filmie Davida Lyncha. Niektóre ujęcia trwają po kilka sekund i nie znajdują absolutnie żadnego uzasadnienia w fabule.

Tytułowy bohater zakochuje się w dziewczynie, której główną cechą jest ewidentny problem z alkoholem (i nikt jakoś nie widzi w tym problemu). Ewentualnie, można charakteryzować ją jeszcze poprzez totalne nieróbstwo i brak życiowych osiągnięć, mimo wielkich środków i sporych możliwości (zaskakujący rozkwit uczucia Doonby'ego tłumaczę sobie przede wszystkim tym, jak bardzo Laura podobna jest do jego matki). Jej ojciec jest ginekologiem i - jak to ginekolog - można podejrzewać, że dokonuje aborcji. Czy zatem dziwić może że jego nazwisko brzmi... Reaper (naprawdę, "Żniwiarz"! Szkoda, że na imię nie ma "Ponury")? Gdy przez czarnoskórą służącą - na marginesie, odrobinę pomiataną przez domowników - niemal ginie niemowlę, nikt nie ma jej tego za złe i nie wyrzuca dziewczyny z pracy. Kiedy Laura atakowana jest nożem przez psychopatycznego prześladowcę (w tym filmie jest absolutnie wszystko!) i nagle do domu wkracza jej nieświadomy niczego ukochany, kobieta zaczyna zachowywać się, jakby szaleniec z nożem wyparował.

Wymieniać mogę tak długo, ale lepiej pośmiać się samemu - cały film wygląda jak wielka zgrywa lub wyjątkowo niskobudżetowa telenowela. Kłopot w tym, że, niestety, "Doonby" nie jest zrobiony dla żartu. I właśnie dlatego, choć bawić można się na nim wcale nieźle, film nie zasłużyłby na ocenę inną, niż najniższa, gdyby nie robiące spore wrażenie, zapadające w pamięć zakończenie. Niektórzy będą nim jeszcze bardziej wzburzeni, inni autentycznie poruszeni, ale puenta - choć niekoniecznie odkrywcza - naprawdę daje do myślenia. I nie wątpię, że znajdą się na świecie tacy, którzy dzięki niej odstąpią od planowanej aborcji. A to już chyba coś?

Ocena: 2/6



"Doonby. Każdy jest kimś", dramat, Irlandia, USA 2013, 104 min., reż. Peter M. Mackenzie, występują: John Schneider, Ernie Hudson, Jenn Gotzon

Fanka

Mitomanka Muriel (Sandrine Kiberlain - "Wieczni chłopcy", "Niewierni") jest wielką fanką piosenkarza Vincenta Lacroix (Laurent Lafitte - "Nieobliczalni", "Piękne dni"). Hmm, fanką? Spokojnie można to nawet nazwać obsesją. Gdy gwiazdor nieumyślnie powoduje śmierć swojej partnerki, nieoczekiwanie zgłasza się do Muriel z prośbą o pomoc w pozbyciu się ciała. Nie zdradza jej jednak, na czym dokładnie polega wielka przysługa, o którą ją prosi.

Reżyserka i scenarzystka Jeanne Herry wcześniej próbowała swoich sił jako aktorka, ale większy rozgłos przyniosła jej "Fanka", uważana we Francji za jeden z bardziej udanych debiutów 2013 r. Problem z filmem jest taki, że nie tylko polski dystrybutor sprzedaje go jako komedię, podczas gdy w "Fance" - poza jeszcze podsycającą apetyt, bardzo zabawną pierwszą sceną - nie ma prawie nic śmiesznego.

Film jest raczej thrillerem w stylu Hitchcocka zrealizowanym z lekkim przymrużeniem oka. Rozwój planu Vincenta ogląda się z przyjemnością, ale jest to pomysł tak skomplikowany i precyzyjnie opracowany - a przy tym nadal pełen luk - jakby piosenkarz chciał przejąć władzę nad światem, a nie pozbyć się zwłok. Postać Muriel też jest skomplikowana i niezwykle ciekawa - a także znacznie bardziej szalona, niż na początku może się wydawać - ale momentami kompletnie psychologicznie niewiarygodna. Wątek prowadzących śledztwo policjantów, którym nie układa się małżeństwo, jest w założeniu bardzo sprytny, ale kiepsko rozegrany i tylko niepotrzebnie odwraca uwagę od głównego tematu filmu.

Niewątpliwie - dobrze zagrana przez aktorów - "Fanka" znajdzie i swoich fanów, ale mnie nie może uznać za jednego ze swoich groupies. Za to wciąż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że komedia mogłaby wyjść z tego naprawdę niezła.

Ocena: 2/6



"Fanka", komedia, Francja 2013, 105 min., reż. Jeanne Herry, występują: Sandrine Kiberlain, Laurent Lafitte, Pascal Demolon

Violet

15-letni Jesse (Cesar De Sutter, "Ben X") jest świadkiem śmierci kolegi, poniesionej z rąk przypadkowych oprychów. Jaki wpływ będzie mieć na chłopca to wydarzenie? Jak poradzi sobie z tym doświadczeniem i przetrwa żałobę? Na to pytanie debiutujący w pełnym metrażu reżyser i scenarzysta Bas Devos odpowiadać będzie bez słów przez ponad 80 minut.

"Violet" sfotografowane jest z najwyższą maestrią przez Nicolasa Karakatsanisa ("Głowa byka", "Brudny szmal", "Loft"). Kilka długich jazd kamery i parę szerokich, statycznych kadrów to małe arcydzieła. Co z tego, skoro ładne ujęcia widywaliście już w innych filmach, a nic nie usprawiedliwia tego, co dzieje się (a raczej: nie dzieje się) w dramacie Devosa.

W filmie Belga prawie się nie mówi, bo będący w szoku Jesse radzi sobie z tragedią metodą "na milczka". Jak sobie radzi? Głównie siedzi bez ruchu. I jeździ z kolegami na BMXie. Wtedy oglądamy długie sceny jazdy na rowerze, od czasu do czasu przerywane pytaniami chłopców, którzy chcą znać krwawe szczegóły jatki albo mają pretensje o to, że Jesse nie uratował zmarłego lub nie umarł razem z nim.

Wszystko to ma sens, ale dzieje się za wolno i za długo. "Violet" ogląda się, jakby Jesse (i sam film) nie tyle popadł w apatię, co przeszedł lobotomię. Zero emocji, zero zainteresowania. Z kolei widzowie zastanawiać się mogą czy ktoś nie próbuje przeprowadzić na nich wysoce zaawansowanej incepcji - na który poziom snu Devosowi uda się was wprowadzić? Lepiej nie sprawdzać, stamtąd może nie być powrotu.

Ocena: 1/6



"Violet", dramat, familijny, akcji, Belgia, Holandia 2014, 82 min., reż. Bas Devos, występują: César De Sutter, Raf Walschaerts, Mira Helmer, Koen De Sutter, Fania Sorel, Brent Minne

Kraina burz

Szabolcs (debiutujący w kinie, wystylizowany na Neymara Andras Suto) jest liderem niemieckiego zespołu piłki nożnej. Tyle że futbolistom nie idzie, a ich klubik odbywa właśnie długi marsz do niższej ligi. Gdy Szabolcs wdaje się pod prysznicem w bitkę z najlepszym kumplem, Bernardem (Sebastian Urzendowsky - "Pingpong") - ale, ach, od razu widać, że kto się czubi ten się lubi i panowie mają tak naprawdę ochotę na coś znacznie bardziej pikantnego, niż okładanie się pięściami - postanawia zdezerterować i wrócić na Węgry. Młody mężczyzna nie przyjeżdża jednak do rodzinnego domu, ale postanawia wyremontować chatkę, pozostawioną mu przez dziadka. W remoncie pomaga mu okoliczny łobuziak, Aron (też filmowo debiutujący Adam Varga). Chyba już się spodziewacie, że panowie będą przedłużać swoje przerwy w robociźnie...

"Kraina burz" debiutującego reżysera i scenarzysty Adama Csasziego swoją premierę miała na ubiegłorocznym festiwalu w Berlinie. Teraz dotarła do Polski. Po bliższym spotkaniu z jej frontem atmosferycznym można stwierdzić, że z dużej chmury spadł mały deszcz.

Jedynym, co w węgiersko-niemieckim dramacie wypada w miarę przyzwoicie, są sceny seksu. Czuć w nich jakieś pożądanie i napięcie. Skąd jednak ten seks wynika? Co przyciąga do siebie bohaterów? Dlaczego w ogóle się sobą interesują? Bo znaleźli się w promieniu paru metrów od siebie? Czy piłkarskie tło, na którym "prawdziwi mężczyźni" wspólnie masturbują się do heteroseksualnego porno, nie mogłoby być nakreślone jeszcze bardziej płytko, sztucznie i pretekstowo?

Twórca "Krainy burz" odhaczył po prostu wszystkie rubryczki w samouczku tworzenia filmów LGBT - mamy twardych samców, niespodziewanie odkrywających w sobie zakazane skłonności, (nieco na siłę) nieprzyjazne im otoczenie i na deser miłosny trójkąt. Niewiele jednak w tym wszystkim życia.

Ocena: 1/6



"Kraina burz", dramat, Niemcy, Węgry 2014, 105 min., reż. Ádám Császi, występują: András Sütö, Ádám Varga, Sebastian Urzendowsky, Enikö Börcsök, Lajos Ottó Horváth, Zita Téby, Uwe Lauer, Kristóf Horváth

Więcej o:
Skomentuj:
Arcydzieło, klasyczny "Czarnoksiężnik z Oz", piekielnie sprytny horror - "Oculus" i Sean Penn, który pręży muskuły [NA CO DO KINA]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX