Jeden z ulubionych gadżetów Davida Lyncha. Teraz opowiada o nim "Oculus". Co odsłaniają lustra w horrorach, że aż tak się boimy?

Współczesne lęki doskonale odbijają się w zwierciadle horrorów. Co nas najbardziej straszy? Do kin właśnie wszedł "Oculus", który eksponuje motyw lustra. Co ukazuje? Obłęd, szaleństwo, omamy, iluzje, halucynacje, a może prawdę, od której chciałoby się odwrócić wzrok?
W kinach pojawił się właśnie nieco ambitniejszy od peletonu filmów grozy horror "Oculus". Obraz straszy nie tylko demonami, ale też wizją popadania w obłęd i mocno eksploatuje jeden z najważniejszych kinowych rekwizytów - lustro.



Główna bohaterka "Oculusa" zabiera ze sobą tony sprzętu, mającego pomóc w ukazaniu rzeczywistego obrazu sytuacji. Rozstawia przed lustrem wiele kamer, zapis z których pomoże ustalić prawdziwy przebieg wydarzeń. Korzysta z laptopa i kamerek w telefonach komórkowych, bo tylko patrząc przez nie "odkodowuje" obraz i widzi rzeczywistość (zabawne, bo dziś najczęściej mówi się przecież, że rzeczywistość odbywa się właśnie poza ekranami kradnących naszą uwagę gadżetów). Po co jej ten arsenał ujawniaczy prawdy? Bo naprzeciw niej stoi przeciwnik najpotężniejszy z możliwych - lustro.

Przeczytaj recenzję Marka Kuprowskiego filmu "Oculus" >>

Rzeczywistość poddana przez lustro niepokojącej obróbce

To akcesorium używane w kinie szalenie często. Powody korzystania akurat z niego bywają różne, ale najważniejsze są złowrogie konotacje, jakie to za sobą pociąga. Widząc w lustrze swojego sobowtóra, czujemy się nieswojo. To, co odbija się i zerka na nas z naprzeciwka, może być przecież mitologicznym Doppelgaengerem - złym bratem bliźniakiem. Takiego zwiastującego rychłą śmierć sobowtóra widzieli podobno nawet Abraham Lincoln i Percy Bysshe Shelley, angielski poeta oraz mąż autorki "Frankensteina".

Lustrzane odbicie zakrzywia rzeczywistość, wykręca ją. Nie prezentuje prawdy. Alicja nieprzypadkowo trafia do dziwnej krainy, przechodząc właśnie przez lustro. To rzeczywistość, ale jednak poddana niepokojącej obróbce. A jeśli już lustro odbija rzeczywistość, to wyciąga na jaw wszystkie najgorsze sekrety, o których wolelibyśmy zapomnieć - można przejrzeć się w nim i dostrzec swą drugą i każdą kolejną twarz, najbardziej skrywane sekrety, dojrzeć swoje złe cechy. Obawiamy się swego odbicia, bo wyjawić może wszystko, co najgorsze, to, czego nie chcielibyśmy w sobie dostrzec.



Od złotej epoki kina noir do dziś

Lustro używane było w taki sposób już w złotej epoce kina noir. Jego dobra passa trwa do dziś. Lustro znajduje się w arsenale ulubionych gadżetów Davida Lyncha, który za jego pomocą daje widzom ważną wskazówkę w "Mulholland Drive". Filmy grozy z lustrami zwykle obchodziły się jednak dość obcesowo - przedmiot, który można tak wspaniale wykorzystać, używano zwykle do nagłego ukazania w nim jakiejś zjawy i wywołania efektu podskoczenia w fotelu. Bardzo dosłownie magiczne możliwości lustra wziął sobie do serca Candyman, którego imię trzeba było wypowiedzieć przed lustrem pięciokrotnie, aby się zmaterializował. Na wywołującej ciarki na plecach taśmie, która zabijała w "Kręgu", jednym z najbardziej niepokojących obrazów była właśnie czesząca się kobieta w lustrze.

Występujący w "Oculusie" Rory Cochrane zagrał już wcześniej w jeszcze lepszym filmie, który zahaczał o podobną tematykę - ekranizacji powieści Philipa K. Dicka "Przez ciemne zwierciadło". U Dicka wycieczkę na mroczną stronę (nie)rzeczywistości zafundowało bohaterom uzależnienie od narkotyków, wywołujących kłopoty z identyfikacją własnego "ja".

Lustro może jednak pełnić podobną rolę nawet w melodramacie. W ubiegłym roku na ekranach naszych kin gościło francuskie "Pożądanie" - film, który wywołał we mnie skrajne emocje, ale, ostatecznie, podbił moje serce. Historia romansu prawnika (Francois Cluzet) i pisarki (Sophie Marceau), powielająca standardowe chwyty stosowane w najprostszych komediach romantycznych, obfitująca w niezliczoną ilość niemożliwych do przeprowadzenia przypadkowych spotkań dwójki bohaterów, cudem ucieka spod topora właśnie dzięki lustrom (i częstemu, wspaniałemu, "lustrzanemu" montażowi, jaki towarzyszył wielokrotnie stosowanym przez autorkę match-cutom), stanowiącym doskonałe alibi dla reżyserki, która bardzo wcześnie podsuwa w ten sposób widzom pewne klasyczne tropy interpretacyjne. Nie jest jej winą, jeśli audytorium z nich nie skorzysta.

Oczy i wspomnienia zawodzą. Prawda w zapisach z kamer

Poza kwestią luster i świecących, szklanych oczu, które złowrogo jaśniały, osadzone w oczodołach ofiar mrocznego artefaktu z "Oculusa" (swoją drogą, owe oczy - zwierciadło duszy, a więc i dowód człowieczeństwa właściciela - pojawiały się już w "Łowcy androidów", o którym pisałem nieco więcej przy okazji zeszłotygodniowej premiery wspaniałej "Ex machiny"), w filmie Mike'a Flanagana mocno zarysowany jest też wątek obłędu. Stan psychiczny bohaterów się pogarsza, zwłaszcza że nie mogą oni ufać własnym oczom - to, co widzą, może być tylko ułudą. A może Kayla i Tim nie mogą ufać własnym oczom, bo ich stan psychiczny się pogarsza? Może tu zachodzić mechanika naczyń połączonych, ale stawiałbym raczej na pierwszą opcję i nie podejrzewałbym "Oculusa" aż o taką ambicję i dogłębnie przemyślane podejście do tematu.

"Ex Machina" to jeden z najlepszych filmów science fiction ostatnich lat! Pamiętacie "Łowcę androidów", książki Philipa K. Dicka? Pokochacie film Garlanda >>

Ludzie nie mogą ufać własnym oczom i wspomnieniom. Muszą polegać na zapisach z kamer. Ten zabieg przypomniał mi znakomitym horror "Księga Cieni: Blair Witch 2" o zabarwieniu kryminalnym, w którym, niczym w popularnym thrillerze z Denzelem Washingtonem "W sieci zła", trzeba było zgadywać, kto tu jest (teraz) demonem, zagrażającym pozostałym członkom grupy. W tej niedocenionej kontynuacji "Blair Witch Project" grupka fanów filmu podążyła śladami bohaterów oryginału, co zainicjowało serię dziwnych, przerażających zdarzeń. Sekret tkwi w tym, że na początku "Blair Witch 2" bohaterowie kompletnie nie zdawali sobie z tych zdarzeń sprawy, a dowiadywali się o nich, dopiero oglądając zapisy wideo z kamer. Nagrania wskazywały na całkiem inny przebieg wydarzeń, niż ich uczestnikom się wydawało.

Nie wierz narratorom tych filmów

Gdy opowiada się w filmie o obłędzie i chce się zmylić widzów, wygodne jest posiadanie nierzetelnego narratora. To coraz popularniejszy zabieg, choć przeprowadzenie go po mistrzowsku jest bardzo trudne. Udało się to np. Davidowi Fincherowi w "Podziemnym kręgu". Odrobinkę inaczej w jednym z najbliższych memu sercu filmów, "Wyspie tajemnic", do sprawy podszedł Martin Scorsese. Reżyser bardzo subtelnie i efektownie przełącza się w tryb widzenia pierwszoosobowego. Dopiero po fakcie zaczynamy sobie uświadamiać, w których momentach patrzyliśmy na świat oczami głównego bohatera (będącego - albo nie będącego - szprycowanym lekami, mającymi zrobić z niego szaleńca).



Obłęd, szaleństwo, omamy, iluzje, halucynacje - to wszystko rzeczy wyjątkowo wdzięcznie prezentujące się na kinowym ekranie. Trzeba tylko mieć pomysł na ich przedstawienie (i mocne uzasadnienie igrania z nimi). Właściwości zwierciadeł są z tymi dolegliwościami dość mocno związane. Pamiętajcie więc, aby nie wpatrywać się zbyt intensywnie w lustrzaną taflę. Możecie nawet oszaleć od prawdy, którą w niej dostrzeżecie.

Przeczytaj recenzje Marka Kuprowskiego wszystkich piątkowych premier >>