Liam Neeson nie zawodzi fanów kina akcji, Jennifer Lopez broni się przed chłopakiem z sąsiedztwa [NA CO DO KINA]

W kinach znakomita Joerdis Triebel ucieka z Berlina Wschodniego i bajkowa komedia "The Duff" o pozytywnym przesłaniu. Jennifer Lopez w "Chłopaku z sąsiedztwa", który przypomina thriller erotyczny w stylu lat 90. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
Nocny pościg

Gdy już zaczynałem wątpić w Liama Neesona jako gwiazdora kina akcji ("Uprowadzona 3" mogła w każdym zasiać poważne wątpliwości), "Nocny pościg" po raz kolejny udowodnił, że jedną z największych tragedii współczesnego kina jest to, jak późno odkryto Irlandczyka dla tego gatunku filmowego.

Tym razem Neeson wciela się w emerytowanego mafijnego cyngla, Jimmy'ego, od którego przed laty odwrócił się syn, Mike (Joel Kinnaman). Gdy syn Shawna (znakomity Ed Harris) - mafiosa i najlepszego przyjaciela Jimmy'ego - zapoluje na Mike'a, Jimmy będzie musiał zwrócić się przeciwko dawnemu kompanowi i zrobić wszystko, by ochronić syna. A będzie trzeba zrobić dużo...

Reżyser Jaume Collet-Serra po raz trzeci - po "Tożsamości" i "Non-stop" - spotyka się na planie z Neesonem i ponownie nie zawodzi. Kto wie, może to nawet najlepszy z ich wspólnych filmów. "Nocny pościg" obfituje nie tylko w świetnie nakręcone sceny walk, strzelanin i pościgów, ale jest też przy tym mrocznym filmem o zemście, niewybaczalnych zbrodniach i odkupieniu, gdzie klimat wcale nie schodzi na dalszy plan.

Na sukces "Nocnego pościgu" niewątpliwie składa się też aktorstwo. Gdyby w głównych rolach obsadzić tercet inny, niż Neeson-Kinnaman-Harris, efekt końcowy z pewnością byłby gorszy. Nie sposób nie wspomnieć o drugim planie, na którym pojawiają się m.in. Vincent D'Onofrio jako glina, który nigdy nie pogodził się nieprzyskrzynieniem Jimmy'ego i - bardzo udany eksperyment - raper Common w roli płatnego zabójcy.

"Nocny pościg" to najlepszy film akcji co najmniej od czasu "Johna Wicka" i najlepszy film z Neesonem co najmniej od czasu przedostatniego filmu z Neesonem. Ale to mówi zdecydowanie za mało. Najlepiej, niech przemówią do was w kinie jego pięści i pistolety. Warto!

Ocena: 4/6



"Nocny pościg", dramat, kryminał, USA 2015, 115 min., reż. Jaume Collet-Serra, występują: Liam Neeson, Ed Harris, Joel Kinnaman, Common, Boyd Holbrook

Druga strona muru

Nelly (znakomita Joerdis Triebel) wreszcie udaje się uciec z Berlina Wschodniego. Razem z synkiem trafia do obozu przejściowego, w którym musi zostać starannie sprawdzona i spełnić kilka warunków, zanim będzie mogła rozpocząć nowe życie. Spokoju nie dają jej zachodnie służby, bez przerwy wypytujące o ojca chłopca, Wassilija. Może Rosjanin był szpiegiem? Może pogłoski o jego śmierci są przesadzone?

"Druga strona muru" to luźna adaptacja częściowo autobiograficznej powieści Julii Franck, zatytułowanej "Lagerfeuer" ("Ognisko"), stanowiącej dla autorki prywatny rozrachunek z NRD. Dekadę po ukazaniu się książki, za kamerą stanął reżyser Christian Schwochow, a adaptacji tekstu dokonała jego stała scenarzystka i... matka, Heide. W drugoplanowej roli nowopoznanej, polskiej przyjaciółki Nelly występuje robiąca ostatnio karierę w niemieckiej telewizji Anna Antonowicz ("Nightwatching", "Jeszcze raz"). Jej ojca zagrał Ryszard Ronczewski ("Szatan z 7-ej klasy").

Niemiecki dramat świetnie balansuje między obyczajową opowieścią o kobiecie, układającej sobie świat na nowo a sensacyjną historią o służbach i życiu w czasach, w których nie sposób nie podejrzewać nowego, uczynnego znajomego o bycie dwulicowym donosicielem. Czasami nie do końca jasne wydają się też motywacje i postępowanie głównej bohaterki, co czyni ją bardziej ludzką od wielu filmowych postaci i mocniej wciąga w historię jej życia po obu stronach muru, gdzie trudno o postawienie równie grubej kreski.

Ocena: 4/6



"Druga strona muru", dramat, Niemcy 2013, 102 min., reż. Christian Schwochow, występują: Jördis Triebel, Tristan Göbel, Alexander Scheer, Jacky Ido, Anna Antonowicz, Ryszard Ronczewski, Andreas Nickl, Carlo Ljubek

The Duff [#ta brzydka i gruba]

Bianca (Mae Whitman) ma dwie wierne i atrakcyjne przyjaciółki. Sama nie jest ideałem piękna z magazynów, ale zdaje się nie zwracać na to uwagi. Dopiero kolega z dzieciństwa, obecnie szkolny gwiazdor, Wesley (Robbie Amell), uświadamia Biance, że w każdej grupie jest jakiś DUFF (Designated Ugly Fat Friend, czyli pełniąca rolę grubej i brzydkiej), który ma sprawiać, żeby pozostali wypadali przy nim jeszcze lepiej. Biance trudno się z tym pogodzić. W akcie desperacji, prosi Wesleya o ratunek.

Oparty na powieści, znającej rzecz z autopsji, Kody Keplinger "The Duff" to kolejna odsłona "Pigmaliona" z licealnych korytarzy. Ktoś mógłby pomyśleć, że to remake filmu "Cała ona". Jak przystało na licealne komedie, w głównych bohaterów wcielają się 26-latkowie. W ich dużo młodszy wiek w niektórych wypadkach uwierzyć jest łatwiej, a w innych trudniej, ale obsada - z Amellem na czele - jest tak niesamowicie sympatyczna, że m.in. dla niej z przyjemnością się ten film ogląda.

Niosący oczywisty, pozytywny przekaz (przyczepianie metek jest złe, w każdym można znaleźć piękno) i tradycyjnie naiwno-bajkowy "The Duff" zaczyna się nieco ślamazarnie i wzbudza niepokój odrobinę wysilonymi żartami, ale po pierwszym akcie łapie świetne tempo i staje się naprawdę świetnym seansem, okraszonym paroma świetnymi żartami w najmniej spodziewanych momentach (dostarczają ich przede wszystkim wcielający się w nauczycieli Ken Jeong, Chris Wylde i Romany Malco, ponadto na drugim planie pojawia się też Allison Janney). Gdy na napisach końcowych rozbrzmiewają dźwięki "Favorite Record", jednego z bardziej przebojowych kawałków z ostatniej płyty Fall Out Boy, można już tylko się uśmiechać i wesoło tupać nogami.

Nie wiem czy jest jakieś (górne) ograniczenie wiekowe dla licealnych komedii - ja na szczęście jeszcze do niego nie dobiłem - ale ci, którzy nadal czerpią przyjemność z oglądania tego typu filmów, na "The Duff" nie powinni się zawieść.

Ocena: 4/6



"THE DUFF [#ta brzydka i gruba]", komedia, USA 2015, 101 min., reż. Ari Sandel, występują: Mae Whitman, Robbie Amell, Bella Thorne, Bianca A. Santos, Skyler Samuels

Chłopak z sąsiedztwa

Zdradzona żona ciężko przeżywa rozstanie z mężem. Claire (dająca z siebie naprawdę wszystko Jennifer Lopez) sama wychowuje teraz dorastającego syna, choć najlepsza przyjaciółka bardzo chce ją wyswatać. Tymczasem, do domu naprzeciwko wprowadza się kończący liceum Noah (znany z dwóch części "Step Up" Ryan Guzman). Pod wpływem nieudanej randki, alkoholu i uroku chłopaka, Claire mu ulega. Następnego ranka tłumaczy, że to była jednorazowa pomyłka, ale Noah nie chce o tym słyszeć. Claire staje się jego obsesją. Nowy mentor jej syna nie spocznie, dopóki nie posiądzie kobiety. Na zawsze.

Usiądźcie wygodnie w fotelach i przygotujcie się na cofnięcie się w czasie. Reżyser Rob Cohen ("Szybcy i wściekli", "Alex Cross") chciał nakręcić thriller erotyczny w stylu lat 90., który będzie się oglądać jak film z 2015 roku. W jego wehikule doszło jednak do usterki i faktycznie mamy do czynienia z filmem z lat 90. Część odpowiedzialności za to może spadać na autorkę scenariusza, debiutantkę Barbarę Curry, która powoli przygotowywała tekst, pracując przez dziesięć lat jako prokurator.

W scenie seksu Claire i Noy faktycznie jest dość gorąco i choć film zdecydowanie nie jest sztuką wyższych lotów, to ogląda się go naprawdę nieźle. Często z lekkim przymrużeniem oka, ale to właśnie taki rodzaj kina. "Chłopak z sąsiedztwa", z jego motywem osaczania rodziny, odwołuje się do takich pozycji jak "Przylądek strachu". Jeśli za nimi tęsknicie, "Chłopak..." to właśnie rzecz dla was. Tylko uważajcie, jest tu jeden zaskakujący moment, który bardziej pasowałby do serii "Piła", niż do taniego, lekko erotycznego thrillera.

Ocena: 3/6



"Chłopak z sąsiedztwa", thriller, USA 2015, 90 min., reż. Barbara Curry, występują: Jennifer Lopez, Ryan Guzman, Ian Nelson, John Corbett, Kristin Chenoweth, Lexi Atkins, Hill Harper, Jack Wallace

Ostatni gasi światło

Wigilia w Zurychu. Młodziutka prostytutka Mia (Luna Zimić Mijović) marzy już o znalezieniu się w rodzinnym domu, ale to dla niej dzień pracujący. Dozorująca w jej bloku wdowa Maria (Marisa Paredes) - przynajmniej słowami Mii - marzy o porządnym rżnięciu. Wszystko wskazuje na to, że dziewczyna ma rację. Opuszczony przez najbliższych Rolf pragnie, by Mia przyszła do niego na wieczerzę. Z kolei inna kobieta, będąca w ciąży z drugim dzieckiem, odkrywa, że jej mąż korzysta z usług prostytutek...

Te i jeszcze więcej historii przeplatają się w dramacie Petry Biondiny Volpe, dla której to kinowy debiut. Można rzec, że ostatni, który zgasi światło, jest frajerem, bo wszystkich tu strasznie ciągnie do łóżka. W pierwszej chwili wydawało mi się, że interesującą belgijsko-niemiecko-szwajcarską koprodukcję podsumować będzie można słowami utworu Piotra Bukartyka "Prawo do orgazmu". Że to nieco poważniejsza wersja "To właśnie seksu", ale okazało się, że to raczej nieco bardziej ponura wariacja na temat filmu "To właśnie miłość".

"Ostatni gasi światło" to bardzo szczery film, który nie owija w bawełnę i szanuje widza. Sądzę jednak, że wstrząsający finał jest dość wymuszony, stara się za wszelką cenę poruszyć i robi to, bo dzisiaj mocne zakończenia są w modzie. Zupełnie niepotrzebnie. Wystarczyłoby, gdyby Volpe postanowiła pokazać nam, jacy jesteśmy, kiedy nikt nie patrzy. W końcu, chyba nie ma się czego wstydzić? Może gdyby seks był jednak mniejszym tabu, niektórym bohaterom filmu życie ułożyłoby się nieco lepiej.

Ocena: 3/6



"Ostatni gasi światło", dramat, Belgia, Niemcy 2013, 98 min., reż. Petra Biondina Volpe, występują: Luna Mijović, Andre Jung, Bettina Stucky, Marisa Paredes, Ursina Lardi, Devid Striesow

Night Moves

A gdybym powiedział wam, że jeśli wysadzimy elektrownię wodną, to ludzie opamiętają się, zaczną oszczędzać prąd i ocalimy przyrodę? No dobrze, ocalimy przynajmniej okoliczne ryby? Pomysł raczej niedorzeczny, ale trójka bohaterów filmu postanawia wprowadzić go w życie. To hipisi? Raczej nie. Hipsterzy? Może prędzej... Ale nie, to po prostu ekoterroryści.

Tyle że tak naprawdę nie o głupich ekoterrorystach jest najnowszy film Kelly Reichardt ("Wendy i Lucy", "Old Joy"), ale o zjadającym człowieka poczuciu winy. Eko-bojownik Josh (robiący chyba udaną wprawkę do roli Leksa Luthora, milczący i mrukliwy Jesse Eisenberg), znudzona poprzednim środowiskiem Dena (Dakota Fanning) i eks-żołnierz Harmon (Peter Sarsgaard) przeprowadzają akcję, której totalnego bezsensu w ogóle nie przewidzieli. Zaślepieni swoją rzekomą walką, robią coś kompletnie jałowego i nieprzemyślanego. Co gorsza, ich przekonanie, że żaden człowiek nie ucierpi, okazuje się mylne.

Co dalej? Ktoś pewnie będzie próbował się zadekować, ktoś zrozumie błąd i zjedzą go wyrzuty sumienia oraz strach przed wpadką, a jeszcze ktoś inny będzie rozważał przyznanie się do wszystkiego policji. Życie bohaterów na zawsze podzieli się na czas przed akcją (kiedy oglądamy drobiazgowe przygotowania, włącznie z pozyskaniem motorówki, ochrzczonej Night Moves) i po akcji. I to właśnie o tej drastycznej zmianie i konsekwencjach niedojrzałego postępowania jest ten film.

Jest w "Night Moves" parę momentów stosunkowo wysokiego napięcia, ale to film, którego wielu widzów nie wytrzyma - bardzo zimny, powolny, nieangażujący. Bez wątpienia, znajdzie więcej przeciwników, niż sympatyków. Oglądanie go nie sprawia wielkiej satysfakcji, ale po seansie można poczuć się w jakiś sposób ubogaconym. Do "dostatecznej" zabrakło niewiele.

Ocena: 2/6



"Night Moves", dramat, USA 2013, 112 min., reż. Kelly Reichardt, występują: Jesse Eisenberg, Dakota Fanning, Peter Sarsgaard, Jesse Eisenberg, Katherine Waterston, Clara Mamet, Logan Miller, Matt Malloy, Kai Lennox

Heavy Mental

Mariusz (Grzegosz Stosz) to aktor bez pracy, cierpiący na problemy z zapamiętywaniem tekstów. Aktualnie, usilnie pracuje nad swoim monodramem. Gdy umiera jego dziadek, pracownik opieki społecznej Piotr (Piotr Głowacki), który był staruszkowi najbliższy i został umieszczony w jego testamencie, chce przekazać spadkowe mieszkanie Mariuszowi. Piotr ma jednak do Mariusza maleńką prośbę: aktor lepiej nadaje się do poderwania Iny (Izabela Nowakowska), która wpadła mu w oko. Piotr potem od niego spokojnie dziewczynę "przejmie". Nie wszystko jednak musi pójść zgodnie z planem...

Pełnometrażowy debiut reżysera i scenarzysty Sebastiana Buttnego zaczyna się nawet obiecująco. Na pewno brak w nim nieobcej polskim filmom żenady, jest kilka nawet zabawnych sytuacji. Problem w tym, że kłopoty tego komediodramatu bardzo szybko zdobywają górę nad jego skromnymi zaletami i kompletnie przejmują kontrolę. Pomysł o poderwaniu dla kogoś dziewczyny świetnie sprawdziłby się w szalonej komedii, ale "Heavy Mental" to, jak się okazuje, film traktujący siebie potwornie serio. Główny bohater (być może to wina wcielającego się w niego aktora) jest szalenie irytujący i nie budzi krzty sympatii. Jego podstawowym zadaniem jest prawdopodobnie skarżenie się na trudny los artysty (ale czy na artystę on się w ogóle "nadaje" i czy ma prawo się nim nazywać?). Być może z drugiej strony kamery przebija głos reżysera, a Mariusz to jego alter ego. Oglądać więc pozbawiony polotu film, by dać im pracę? Może jest to jakieś rozwiązanie...

Mimo parady znanych nazwisk w epizodach (Joanna Szczepkowska, Katarzyna Maciąg, Lech Łotocki), jedyną osobą, która wychodzi z tego filmu obronną ręką, jest Piotr Głowacki. Dzięki niemu da się dobrnąć do końca "Heavy Mental". Głowacki gra o poziom wyżej od reszty i potrafi swoją postacią naprawdę zainteresować widza. Ale co z resztą? Ojciec Piotra sugeruje głównemu bohaterowi dramatu, że może nie trafił dokładnie w swoje powołanie: "Może pantomima?", podpowiada z nutką złośliwości. No właśnie, może jednak pantomima?

Ocena: 1/6



"Heavy Mental", komediodramat, Polska 2012, 107 min., reż. Sebastian Buttny, występują: Piotr Głowacki, Grzegorz Stosz, Izabela Nowakowska, Joanna Szczepkowska, Katarzyna Maciąg, Lech Łotocki

Jak całkowicie zniknąć

Berlin by night. W pierwszym kwadransie filmu brunetka (Agnieszka Podsiadlik, "Lincz") gania pozornie spłoszoną blondynkę (Pheline Roggan, "Soul Kitchen") po wagonach metra. Jeżeli nie odpadniecie już na tym etapie (przewagą drzemki w kinie nad drzemką w metrze jest mniejsze prawdopodobieństwo bycia okradzionym), dowiecie się, że tak naprawdę to blondynka jest drapieżna, podczas gdy brunetka jest spłoszona. Pocałowana przez towarzyszkę, spluwa oburzona. "Przecież jesteś kobietą!", krzyczy i już wiadomo, że zanim upłynie noc, przestanie jej to przeszkadzać.

Bohaterki poruszają się po nocnym Berlinie i niemal przy tym nie rozmawiają. Przebierają się, piją i bawią. Łażą od klubu do klubu, gdzie dużo tańczą. Naprawdę dużo. Czasem same, czasem ze sobą, czasem nawet z kimś innym. Im więcej brunetka wypije, tym bardziej puszczą jej hamulce. Wiadomo. Potem trzeba coś przegryźć i znowu można pić. Tak, to będzie piękna noc. Spełnią się wszystkie sekretne marzenia.

Przemysław Wojcieszek ("Głośniej od bomb") robił kiedyś niezłe kino. A potem coś się stało. Twórca zadeklarował, że fabuły już go nie interesują. "Jak całkowicie zniknąć" opisywał tak: "(...) W większości improwizowany, montowany na planie film oparty jest na rytmie, który porządkuje wszystko. Bohaterami są czerwień, błękit, blask miejskich świateł, hałasy i zapach letniej nocy. Fabuła ustępuje miejsca zapisowi chwili i osobistym notatkom. Film niczego nie opowiada. Przestaje być "produkcją". Jest zaledwie intencją wzięcia kamery do ręki. Lub powinien sprawiać takie właśnie wrażenie." Skoro tak, to Wojcieszkowi nieźle udało się zrealizować zamierzenia. Tylko jakim cudem dostał poparcie komisji eksperckiej PISF i dotację od instytutu?

"Jak całkowicie zniknąć" wygląda jak ekranizacja niepublikowanego felietonu Poli Dwurnik. Przeżyć podobną noc? Jedni na pewno bardzo chętnie, drudzy wolą inne atrakcje.

Ocena: 1/6



"Jak całkowicie zniknąć", romans, Polska 2014, 97 min., reż. Przemysław Wojcieszek, występują: Agnieszka Podsiadlik, Pheline Roggan

Onirica

Główny bohater (Michał Tatarek) przeżył wypadek samochodowy, w którym zginęli jego najlepszy przyjaciel i ukochana kobieta. Mężczyzna nie może poradzić sobie z tragedią. Jedyne, co trzyma go przy życiu w "roku biblijnych plag", to ukochana "Boska komedia" Dantego. Mężczyzna dużo śpi, a gdy zasypia, we śnie przychodzą do niego przedziwne obrazy...

Podejrzewam, że w najnowszym filmie Lecha Majewskiego ("Angelus", "Ogród rozkoszy ziemskich") protagonista może być uosobieniem Polski. Ona również wiele przeszła. W oglądanej przez mężczyznę z blizną telewizji co chwilę słychać o przeróżnych tragediach. Można się domyślać, że mamy 2010 rok, a więc m.in. powódź, ale przede wszystkim katastrofę w Smoleńsku. Na domiar złego, świat też nikogo nie oszczędza, weźmy choćby taki wybuch islandzkiego wulkanu, który sparaliżował ruch lotniczy. Ponadto, jest tu plaga nocnej telewizji, czyli "Dziewczyny w bikini", które we śnie przychodzą do głównego bohatera. Chyba po to, żeby wyjaśnić nam, że program jest "ustawiany". Dziękuję, panie reżyserze, no przecież nigdy bym się nie domyślił.

Kogo tu nie ma? Jest Freud i Jung, ciotka głównego bohatera cytuje mu Heideggera, Senekę i kogo jeszcze tylko chcecie, by skapitulować i uznać, że jeśli film wam się nie podoba, to z wami - a nie z filmem - na pewno jest coś nie tak. Są gołębice i węże, i jeszcze sto innych symbolicznych przedmiotów i postaci, i może wszystko to niesie jakiś sens, ale nie sposób nie zadać sobie przy okazji pytania: po co? Czy to już sztuka?

Majewski kieruje się wyłącznie obrazami, więc jest tu kilka ładnych ujęć i robiących wrażenie scen - najbardziej imponująca jest chyba orka podłogi supermarketu za pomocą wołów - ale jeśli momentami męczyłeś się już na "Wojaczku", do "Oniricy" nawet nie podchodź. Autor ewidentnie jest człowiekiem wykształconym i oczytanym, ale jeśli idzie o oniryczne klimaty, jego film o tępym, sennym przechodzeniu przez żałobę obok projekcji umysłu takiego Davida Lyncha nawet nie stał.

Ocena: 1/6



"Onirica", fabularny, Polska, Włochy 2013, 95 min., reż. Lech Majewski, występują: Michał Tatarek, Elżbieta Okupska, Anna Mielczarek, Jacenty Jędrusik, Szymon Budzyk

Piramida

Zaczyna się jak zwykle, kiedy egipscy bogowie postanawiają mordować bogu ducha winnych (ach, czyli jednak!) odkrywców. Całkiem żwawy jeszcze archeolog oraz jego - a jakże - niezwykle piękna córka (Ashley Hinshaw), która poszła w ślady ojca, natrafiają na odkrycie stulecia - piramidę o trzech ścianach (notabene, będącą najlepszym pomysłem w całym filmie). Co kryje jej wnętrze? (Niedo)uczeni zbadają to wespół z żądną sensacji dziennikarką i jej tchórzliwym kamerzystą (dlaczego to stały układ w horrorach? Znam paru kamerzystów i wcale nie wszyscy są tacy tchórzliwi) oraz technologicznym specem ekipy wykopaliskowej. W dwóch ostatnich panów wcielają się komicy, co wiele mówi o tym śmiechu wartym filmie.

"Piramida" wygląda jak zestaw niewykorzystanych pomysłów z (i tak już wystarczająco słabego) "Jako w piekle, tak i na Ziemi", do których ktoś przyłatał podobną historię, zmieniając miejsce akcji i licząc na to, że nikt się nie zorientuje. Podejrzewam, że w dzisiejszych czasach każdy właściciel kamery, mający w dorobku sfilmowanie paru uroczystości rodzinnych, byłby w stanie zrobić lepszy film.

Przez większość seansu jest potwornie nudno. Łażenie po piramidzie w wykonaniu tych postaci nie jest ani trochę ciekawe. Czasem zresztą trudno stwierdzić czy jest ciekawie, bo bardzo często bywa tak ciemno, że kompletnie niczego nie widać. Główny przeciwnik, którego tożsamości nie zdradzę, żeby nie zepsuć wam efektownego facepalmu, musiał być wykonany na tak kiepskich komputerach, że trudniej się bać, niż dziwić i nie dowierzać. Może i ze dwa zgony robią niezłe wrażenie, ale to gratka jedynie dla fetyszystów cierpienia i bryzgających flaków.

Debiut reżyserski Gregory'ego Levasseura, stałego współscenarzysty Alexandre'a Ajy (nadal nie rozumiem, w jaki sposób "Rogi" mogły mu się aż tak udać), który jest zresztą współproducentem "Piramidy", ma spore szanse na tytuł najgorszego horroru roku. Przestrzegam, zakopcie to czym prędzej!

Ocena: 1/6



"Piramida", horror, USA 2014, 100 min., reż. Grégory Levasseur, występują: Ashley Hinshaw, Denis O'Hare, James Buckley, Christa Nicola, Amir K, Faycal Attougui, Philip Shelley, Ait Hamou Amine