Agnieszka Grochowska o pracy na planie filmu Ridleya Scotta: W Hollywood każdy chce, żebyś był najlepszy [WYWIAD]

- Gdy masz dzień zdjęciowy, to scenę, która trwa półtorej minuty, kręcisz cały dzień. Dwanaście godzin. I tego dnia masz totalną uwagę. Wszystko koncentruje się na tobie - tak samo jak na Tomie Hardym - mówi Agnieszka Grochowska o pracy w Hollywood. ?System? z polską aktorką w obsadzie wchodzi do polskich kin 24 kwietnia.
"System" w reżyserii Szweda Daniela Espinosy to historia oficera służb bezpieczeństwa badającego serię zagadkowych morderstw dzieci w ZSRR w latach 50. Dystrybucja thrillera została zakazana w Rosji. Współproducentem obrazu jest Ridley Scott. W obsadzie są m.in. Tom Hardy, Noomi Rapace, Gary Oldman, Vincent Cassel i polska aktorka Agnieszka Grochowska, którą pytamy o pracę przy amerykańskiej produkcji.

Marek Kuprowski: Ostatnio zagrałaś w "Systemie" obok Toma Hardy'ego i Gary'ego Oldmana. Jak do tego doszło?

Agnieszka Grochowska: Drogą zdjęć próbnych. Mój agent dostał jedną scenę i poproszono nas, żebyśmy nagrali ją w studiu. Nagrałam się, zawiesiliśmy to na WeTransfer, a oni sobie obejrzeli i powiedzieli: chcielibyśmy, żeby ta pani przyjechała do nas i zagrała rolę Niny. Tak się to odbyło. Pełen XXI wiek.

Na to wygląda. WeTransfer?

- Tak, to teraz bardzo popularne, gdy ktoś robi film gdzieś daleko, a nawet i blisko. Dużo łatwiej, szybciej i taniej jest poprosić kogoś, żeby zorganizował sobie studio i się nagrał, a potem wrzucił to do sieci, niż organizować casting gdzieś w Londynie, gdzie wszyscy muszą dojechać i robi się z tego rozbuchana sprawa. Gdy potrzeba czegoś więcej, robi się jakieś dodatkowe spotkanie, ale czasem, jak w tym przypadku, wystarczy nagranie.



Thriller, na podstawie którego powstał "System", jest dostępny tutaj >>

To jak się czułaś, gdy dowiedziałaś się, że cię wybrano?

- Na spokojnie. Po pierwsze, rola nie jest duża. To nie tak, że wygrywasz los na loterii i grasz drugą główną rolę obok Toma Hardy'ego. Gdybym taką dostała, to na pewno ekscytacja byłaby dużo, dużo większa. Miałam tylko poczucie, że stało się coś fajnego i wiedziałam, że choć to mała rólka, to jej nie wytną, bo w pewnym sensie jest kluczowa dla fabuły. Dostałam coś do zagrania, scenę, która ma swoją dynamikę, kulminację i jest to wystarczające zadanie aktorskie, żeby się tego nie wstydzić. No i jest to rola na tyle mała, że nie miałam stresu, że jadę do jakiegoś Hollywood i, o rety, nie dam rady.

To jakiś inny rodzaj sukcesu, wielkie zwycięstwo?

- Przyjemna okoliczność zagrania ze wspaniałymi aktorami, w ekstra sytuacji, bez obciążeń i strasznej odpowiedzialności, jak gdybym stała przed życiową szansą i teraz: albo wygram, albo przegram... Wszystko było bonusem: jadę, będę miała dobrą scenę ze światowej klasy aktorami, wszystko będzie superprofesjonalne...

Obawiałam się tylko, że skoro jadę zagrać malutki epizod, to będę miała bardzo niewiele miejsca i trudno będzie mi się przebić, żeby pracować na takim poziomie, na jakim pracuję tu, gdy grywam główne role. A było odwrotnie. Okazało się, że gdy masz dzień zdjęciowy, to scenę, która trwa półtorej minuty, kręcisz cały dzień. Dwanaście godzin. I tego dnia masz totalną uwagę. Wszystko koncentruje się na tobie - tak samo jak na Tomie Hardym - bo gracie razem scenę.

Oczekiwania są bardzo wysokie. Chcą kogoś, kto zagra na najwyższym poziomie. Nie chcą epizodysty, tylko bardzo dobrego aktora. To było dosyć niezwykłe. Miałam wrażenie, że pracuję tak jak zawsze, a nawet jeszcze mocniej, bo nigdy nie zdarzyło mi się, żeby półtoraminutową scenę grać dwanaście godzin. Nigdy nie ma na to tyle czasu.

Skoro tak, to nie kusiły cię w głowie głosy: a teraz im pokaż! Zagraj tak, żeby od razu dzwonili i prosili o występ w kolejnych filmach...

- No nie, chyba jakiś zdrowy rozsądek mam... Chociaż, oczywiście, było mi strasznie miło, gdy wchodzę, nikt nie wie, kim jestem - ani producent, ani aktorzy - ale gdy zaczynam grać scenę, zaczynamy rozmawiać jak równy z równym. Widzisz, że ludzie zaczynają cię szanować, dostrzegają, że jesteś dla nich równorzędnym partnerem i to cię podbudowuje. To dla mnie pewna satysfakcja, gdy okazuje się, że mogę prowadzić dialog w obcym języku z bardzo dobrymi aktorami i nie jestem gorsza.

Jak dużo czasu spędziłaś na planie?

- W sumie pięć dni, ale film był kręcony chronologicznie, więc byłam tam w czerwcu, w lipcu, w sierpniu... Sceny z moim udziałem były kręcone w Pradze i pod Pragą, wszystko odbywało się w normalnych budynkach, nie nagrywaliśmy w studiu.

No dobrze, to może poplotkujmy. Jakie są te gwiazdy Hollywood? Ktoś okazał się szczególnie miły albo niemiły?

- Oni wszyscy byli bardzo sympatyczni! Nie widziałam się z Garym Oldmanem, bo nie mamy wspólnych scen... No ale trudno mówić o wielkiej wylewności, gdy widzisz kogoś pięć dni, i to w odstępach czasu. Pocieszające dla mnie było to, że ich obecność tam nie jest przypadkowa. Oni naprawdę są piekielnie utalentowani, a przy tym... jak by to powiedzieć...

Normalni?

- Tak. Nie tworzą sobie bytów, mają ich wystarczająco dużo w pracy, gdy muszą grać bohaterów w stalinowskiej Rosji i trwa to trzy i pół miesiąca. To wystarczająco duże obciążenie, żeby nie tworzyć sobie jeszcze jakiejś postaci w zwykłym życiu. Normalność Toma i to, że nie był on malowany w swojej supertajnej, prywatnej przyczepie, tylko w charakteryzatorni, gdzie masz siedem stanowisk i tu siedzę ja, tu siedzi Noomi, a tu siedzi Tom Hardy i opowiada żarty, śmiejemy się... To była normalna sytuacja. Zupełnie jakbym robiła film i siedziała z kolegami w Warszawie.

A Tom aktorem jest wybitnym. A do tego jest także skromny, skupiony i zadowolony z tego, że wykonuje tę pracę. Zawsze mi się wydawało, że to musi być pasja, że nie powinno się nazywać tego pracą. To jakieś niezwykle intensywne, bardzo wymagające hobby. Niesamowicie jest obcować z ludźmi tak utalentowanymi i jednocześnie tak oddanymi temu, co robią. Tak przy tym karnymi, którzy nie pozwalają sobie na unoszenie się pod sufitem. Za to ta dzika ekstrawertyczność, którą oni mają, uzewnętrznia się na planie, przed kamerą... to jest genialne.

A jaka jest metoda pracy?

- Zaskoczyła mnie klarowna hierarchia, jaka tam panuje. Nie wychodzisz na plan, nie snujesz się gdzieś, tylko ktoś przychodzi do twojego kampera i mówi: "za piętnaście minut wychodzisz". Potem wraca: "za pięć minut wychodzisz" i w końcu mówi: "dobra, idziemy". Gdy baza jest w jakiejś odległości od planu, ktoś bliżej planu przejmuje cię w połowie drogi. Wchodzisz po kolei, no i ostatni przychodzi Tom Hardy. Myślisz sobie: plan, luźna atmosfera, teraz przegadamy tekst, ustalimy, kto, co, gdzie... A jak było tutaj? "Rozumiem, że jesteście gotowi. Kamera poszła... Akcja!".

">>System<< to bardzo rzetelna robota". Przeczytaj recenzję filmu >>

Ja robię wielkie oczy, bo znienacka jestem tą matką, on przychodzi i w ułamku sekundy zaczyna do mnie mówić: "jestem Leo Demidow". A niestety moja pierwsza myśl to ta, że nigdy nie słyszałam, jak on mówi "na żywo". Pierwszy raz widzę człowieka na oczy! Moja bohaterka ma tę przewagę, że jest jego przyjacielem, a ja Agnieszka Grochowska widzę go pierwszy raz. No i wytworzę sobie ten cały świat, w którym się z nim przyjaźnię, i z tego punktu będę w stanie powiedzieć mu, że kłamie, że zaprzecza oczywistym faktom. Jednak zanim to się stanie, mam ten mikromoment, w którym muszę w to wejść, a nie zdążyliśmy się poznać. Tu słyszysz klaps, leżysz na glebie i myślisz: czy będę wiedziała, w którym momencie się odezwać?

Trema była duża?

- Zawsze jest ryzyko, bo niby uczysz się tylko swojej kwestii, ale przecież musisz nauczyć się tekstu wszystkich, musisz znać kwestie partnerów. Znałam je, ale w pierwszym momencie zaskoczyła mnie ta inna metodyka pracy. Okazuje się, że każdy robi próby ze swoim trenerem w kamperze, a potem przychodzi i od razu gramy. No ale potem było dwanaście godzin powtarzania tego samego w kółko, w związku z czym coraz więcej improwizowaliśmy, kończyliśmy tę scenę na dziesięć różnych sposobów...

To musiałaś się nieźle nakrzyczeć i napłakać.

- I to jak... I to jest ta różnica. W Polsce nie mamy tyle czasu, kręcimy nawet pięć minut czasu ekranowego dziennie. To ponad trzykrotnie więcej, niż tam. W Polsce taką scenę grałabym cztery godziny. Pamiętam, że przy szóstej godzinie zastanawiałam się, jak ja to wytrzymam kondycyjnie... Ale to jest wspaniałe!

Najbardziej zaskoczyło i ucieszyło mnie to, że nawet grając tak małą rolę, można mieć tak totalną satysfakcję z pracy. Każdy chce, żebyś był najlepszy. Nikt nie myśli: przyjechała jakaś epizodystka, nie wiadomo, kto to, niech sobie zagra, co uważa. Chcą od ciebie 180 procent twoich możliwości. I to jest super. Twoja praca, dzień zdjęciowy z najlepszymi aktorami świata... Skoro poprzeczka jest tak wysoko, to zobaczymy, na ile mnie stać! Sam sobie stawiasz wyzwanie.

Zastanawiałaś się potem, którą wersję zobaczysz w filmie?

- Nie. Ciekawiło mnie to, ale jednak w kinie amerykańskim scenariusze są tak bardzo dopracowane, że poziom trzymania się tekstu jest nieporównywalnie większy, niż w Polsce. Nie ma dezynwoltury, nie ma realizowania własnego widzimisię, więc spodziewałam się, że to, co wejdzie, będzie jak najbliższe temu, co było w scenariuszu.

Ale gram scenę z Noomi i sobie improwizowujemy. Jestem przekonana, że tego w filmie nie będzie. A reżyser widzi, że dzieje się coś fajnego i pozwala nam grać jeszcze minutę. To trochę tak, jakbym miała próbę w teatrze - wspaniała chwila zbierania doświadczeń, ćwiczenia warsztatu, kolekcjonowania kontaktów z wielkimi aktorami. Czułam, że to mnie po prostu wzbogaca. Nawet jeśli nikt tego nie obejrzy.

W ogóle śmieszne było to, że bardzo późno zorientowałam się, że ten film będzie w Polsce. Gdy w nim grałam, nie brałam pod uwagę, że to amerykański film, który będzie wyświetlany u nas w kinach. Że pojawię się w amerykańskim filmie obok Toma Hardy'ego i, można powiedzieć, obok - Gary'ego Oldmana. Po prostu chciałam w nim zagrać. Zobaczyć z bliska. Choćby na chwilę.

A Ridley Scott [współproducent] wpadł na plan?

- Jasne, bardzo często był na planie. To chyba norma w amerykańskim kinie.

A scenarzysta?

- Jego akurat nie widziałam, ale miał swoje krzesełko pośród dwudziestu krzesełek producentów i jednego krzesła reżysera, gdyby chciał przyjść.

Pewnie nie było trudno złapać z innymi wspólny język?

- Bardzo zabawne, ale szybko się okazuje, że mamy wspólne tematy. Wszyscy znają Agnieszkę Holland, Kieślowskiego. Nagle okazuje się, że mamy wspólnych znajomych. [Reżyser] Daniel Espinosa jest Szwedem. Już po pięciu sekundach zgadaliśmy się, że jego nauczycielem był Wojciech Marczewski. Dobrze mi oczywiście znany. Nagle się okazuje, że dzieli nas jedna osoba.

Zwiedziłaś już chyba tysiące planów filmowych w setkach państw, ale 50-milionowy budżet "Systemu" jest pewnie największy w twojej karierze. Jakie dostrzegasz różnice między planami, jak wpływają na nie pieniądze? Pewnie catering jest lepszy?

- Pewnie tak, bo z reguły jest go więcej, może jest bardziej bogaty, ale bez przesady. Zasadnicza różnica jest taka, że na małym planie europejskim masz cztery kampery na krzyż. W sumie 30 ludzi, którzy tym zawiadują. Na amerykańskim planie te cztery kampery to charakteryzacja, kolejne cztery garderoba, każdy aktor ma swoją przyczepę, tak samo produkcja, trener, reżyser, operator i tak dalej. Potrzebujesz więc bardzo dużo miejsca, o co trudno zwłaszcza w mieście, musisz jakoś to zabezpieczyć, odseparować, uporządkować... Muszą być ludzie odpowiadający za łączność. Po śniadanie nie pójdziesz sam, bo musiałbyś iść kilometr, a nie ma na to czasu, więc ktoś przychodzi rano i pyta, co chcesz na śniadanie. Po kwadransie je przynosi. Potem siedzisz, przygotowujesz się i w końcu ktoś przychodzi z ogłoszeniem, że za kwadrans idziesz na plan.

Wszystko jest totalnie zorganizowane. Jest raczej niewielka szansa na to, że gdy będziesz akurat potrzebny, to będziesz się gdzieś snuł i cię nie będzie. Wszystko sprowadza się do tego, że masz być w określonym miejscu i dlatego masz tam komfortowe warunki. Jeśli akurat będą cię potrzebować, to nie może się okazać, że chodzisz po Pradze i robisz zakupy.

Czyli więzienie?

- No tak, ale dosyć miłe. Miałam chyba zresztą wtedy taki moment - w ogóle od pewnego czasu tak mam - że uważam uprawianie mojego zawodu za niesamowity luksus. Mogę skupić się na sobie. Uważam, że to bardzo luksusowa sytuacja.

Czyli nie jesteś Andrzejem Gołotą, który nie lubi boksu, ale walczy, żeby zarabiać.

- Ani trochę. To oczywiście moja praca, zarabiam w ten sposób, ale nigdy nie wzięłam żadnej roli tylko dla pieniędzy. Nie umiałam. Wiadomo, różnie się w życiu zdarza, nie mogę niczego kategorycznie wykluczyć... ale na razie miałam szczęście.

Pewnie popełniłam jakieś błędy i zagrałam w jakichś rzeczach... ale i o tym nie umiem tak myśleć. Nie żałuję, za każdym razem zdobywałam doświadczenie i nie jestem w stanie powiedzieć teraz, że występ w jakimś filmie był bez sensu.

No to co się bardziej opłaca - pięć dni zdjęciowych na planie "Systemu" czy główna rola w polskiej produkcji?

- Trudno powiedzieć... To była naprawdę mała rólka, a że gram w Polsce duże role, po kilkadziesiąt dni zdjęciowych, to jednak bardziej opłaca się grać w Polsce (śmiech). Nie miałabym jednak nic przeciwko, żeby raz na jakiś czas zagrać w amerykańskim filmie. Nawet niewielką rólkę. Nigdy nie miałam marzeń o Hollywood, blichtrze, czerwonych dywanach. Nie myślałam o tym, żeby tam jechać i chodzić na castingi, pukać od drzwi do drzwi... Chyba nawet nie umiałabym tego robić.

Złapałam jednak tego bakcyla. Zobaczyłam, że istnieje szansa pracy na tak wyśrubowanym poziomie, postawienia sobie poprzeczki bardzo wysoko. Trzeba sprostać wymaganiom, grać w obcym języku... To mnie kręci. Myślisz sobie: mieć taką możliwość w życiu - półtoraminutowe sceny grać dwanaście godzin, być granym na dwie kamery, z miliardem ustawień, czyli też z dużą szansą na dobry efekt... Mam ten obraz z tyłu głowy, już wiem, jak to wygląda i że jest możliwe. Trochę za tym tęsknię.

Czyli nie uważasz, że to całe Hollywood jest przereklamowane?

- Nie, absolutnie nie. Stosujemy jakieś dziwne kryteria. Mam wrażenie, że kiedy oglądamy amerykańskie filmy, to nagle robimy się strasznie mądrzy. Opowiadamy, co w nich nie gra, że są robione pod publikę, a gdy oceniamy polskie filmy, to system ocen nam jakoś spada i nagle stosujemy inne, bardziej łagodne kryteria...

W stu procentach się zgadzam i staram się z tą taryfą ulgową walczyć...

- No właśnie, a jakby się zestawiło nawet dobre polskie filmy z tymi niby średnimi amerykańskimi, to nagle mogłoby się okazać, że - na poziomie warsztatu - z polskich filmów nie byłoby, co zbierać. Możemy więc sobie opowiadać, że amerykańskie kino jest takie sobie... No ale wiadomo, że jedne filmy się udają, a inne nie - czy to w Polsce, czy w Stanach. Nikt nie ma recepty na robienie wyłącznie genialnych filmów.