Oceniamy "Avengers: czas Ultrona". W kinach też "Sekrety morza" - niesamowita, wizualna uczta nie tylko dla dzieci [NA CO DO KINA]

Jak wypadają nowe przygody Avengers? Wybuchy, efektowne jazdy kamery i superbohaterowie są na swoim miejscu. Ale... film jest potwornie wtórny. W kinach także nominowane do Oscara dla najlepszej animacji "Sekrety morza". A na ekrany (niektórych) kin wraca "Incepcja". Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
Avengers: czas Ultrona

Marvelu, nie idź tą drogą. Druga część "Avengers" to najsłabszy film z jego komiksowego uniwersum od bardzo dawna. Z jednej strony, trudno powiedzieć, co poszło nie tak - wybuchy, efektowne jazdy kamery i superbohaterowie są przecież na swoim miejscu. Tyle że... wszystkiego jest tu za dużo i za głupio, a film jest potwornie wtórny.

Zgromadzenie superbohaterów zajmuje się odcinaniem kolejnych głów organizacji HYDRA. Podczas jednej z akcji, Tony Stark (Robert Downey Jr.) doświadcza wizji zagłady ludzkości i śmierci wszystkich jego kompanów, co każe mu przyspieszyć prace nad rozgrzebanym projektem specjalnej ochrony naszej planety przed śmiercionośnym zagrożeniem z kosmosu. Co nagle, to po diable. Z eksperymentu Starka i Bruce'a Bannera (Mark Ruffalo) zrodził się Ultron (głos Jamesa Spadera) - podróżująca internetowymi łączami Sztuczna Inteligencja, która uznaje, że najłatwiej będzie zaprowadzić na świecie pokój poprzez wyeliminowanie ludzkości. Koncepcja odpowiednio złowieszcza, ale mało oryginalna. Skłóceni Avengers staną przed zadaniem powstrzymania potężnego Ultrona.

6 rzeczy, które musisz wiedzieć przed pójściem do kina na "Avengers: Czas Ultrona" >>

Nowi "Avengers" przegrywają już na etapie selekcji łotra. W filmach Marvela mieliśmy już mnóstwo nieciekawych złoczyńców, ale bezbarwność zwykle uchodziła im na sucho, ponieważ superbohaterowie byli wystarczająco efektowni. Tym razem jednak nie dość, że walka z przypominającym Iron Mana robotem nie wzbudza żadnych emocji, to kompletnie posypał się też szkielet pozytywnych postaci komiksowego świata. Thor (Chris Hemsworth) oficjalnie stał się pierwszym zastępcą niedoścignionego Starka na stanowisku głównego żartownisia ekipy. Tyle że w "Czasie Ultrona" większość one-linerów okazuje się stępiona niczym młot nordyckiego boga i wykazuje spory poziom czerstwości. Grupowe żarty też są mocno wymuszone. Partner Czarnej Wdowy (Scarlett Johansson) do wątku romansowego został chyba wylosowany przy pomocy rzutu kostką. Naprawdę marnie poprowadzony wątek miłosny bierze się znikąd. Wprowadzenie Scarlet Witch (Elizabeth Olsen) i Quicksilvera (Aaron Taylor-Johnson) przeprowadzone zostaje nieźle, bo trwa od pierwszej sceny blisko dwuipółgodzinnego (czyli ok. godzinę zbyt długiego) filmu, ale pojawienie się nowego członka Avengers w końcowej fazie filmu odbywa się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i wypada naprawdę fatalnie. Sceny z napisów końcowych, które kiedyś wzbudzały pozytywny dreszczyk emocji, dziś mogą tylko drażnić swoim parosekundowym nicniemówieniem.

Być może największym grzechem "Czasu Ultrona" jest jednak nietrzymanie się jakichkolwiek zasad i nieustalenie rozsądnych ram dla mocy poszczególnych postaci. Chimeryczny Ultron w jednej chwili wydaje się zdolny do zniszczenia wszystkich Avengers w ułamku sekundy, a chwilę później myślimy, że to oni byliby w stanie roznieść go w pył w ciągu pięciu minut. Hawkeye (Jeremy Renner) i agenci S.H.I.E.L.D. zdają się być równi Kapitanowi Ameryce czy Thorowi. Siła poszczególnych bohaterów zmienia się ze sceny na scenę niczym podczas sesji RPG.

Ogólnego wrażenia nie poprawia fakt, że "Czas Ultrona" to powtórka z pierwszych "Avengers". Ile razy będziemy jeszcze musieli oglądać ten sam film? W dodatku, zakończony obowiązkową walką na latającym krążowniku (nawet jeśli latający krążownik jest tym razem miastem)?

Mimo tylu gorzkich słów, nie mogę nie wspomnieć, że dopóki nie następuje zmęczenie odbiorcy, obraz reżysera i scenarzysty Jossa Whedona ogląda się naprawdę przyjemnie (no ale jeżeli gdzieś pojawia się Iron Man pod postacią Downeya Jr., nie może być inaczej). To przecież ponowne spotkanie z ekipą, którą zdążyliśmy bardzo polubić. Odnoszę jednak wrażenie, że lepiej umawiać się z jej przedstawicielami pojedynczo.

Kinowy mikrokosmos Marvela zachłysnął się wiarą we własną wielkość i pewnie nawet nie zauważył, że nowym "Avengers" znacznie dalej jest do bycia drabiną między poszczególnymi filmami uniwersum, niż łącznikiem między nimi a "Transformers".

Ocena: 3/6



"Avengers: Czas Ultrona", akcja, Sci-Fi, USA 2015, 141 min., reż. Joss Whedon, występują: Robert Downey Jr., Mark Ruffalo, Chris Hemsworth, Chris Evans, Scarlett Johansson, James Spader, Jeremy Renner, Samuel L. Jackson

Sekrety morza

Mała Sirsza wychowuje się z odrobinę starszym bratem, Benem i wciąż cierpiącym po utracie żony ojcem. Z czasem, dziewczynka czuje się coraz mocniej przyzywana przez morze i mieszkające w nim foki. Widząc to, babcia postanawia zabrać rodzeństwo do miasta, by zapobiec niechybnie zbliżającemu się nieszczęściu, ale nie jest w stanie zmienić natury i przeznaczenia wnuczki - Sirsza jest bowiem selkie, czyli mitycznym stworzeniem, które na lądzie jest człowiekiem, a w wodzie staje się foką.

Nominowane do Oscara dla najlepszej animacji "Sekrety morza" przegrały ze zdecydowanie gorszym "Jak wytresować smoka 2" (reżyser Tomm Moore zaliczył nominację także w 2009 r. - wtedy "Sekret księgi z Kells" uległ "Odlotowi"), ale jeśli chodzi o samą animację, w tegorocznej stawce bez wątpienia nie miały sobie równych. "Sekrety morza" to niesamowita, wizualna uczta. Film był ręcznie rysowany, ale każda klatka wygląda jak arcydzieła mistrzów malarstwa. Na irlandzką produkcję patrzy się z niekłamaną przyjemnością.

Zarówno estetyka jak i sposób prowadzenia fabuły inspirowane były bez wątpienia dziełami Studia Ghibli. Niestety, z samą opowieścią nie jest już tak dobrze. Chociaż morały z "Sekretów morza" płyną mądre (m.in. takie, że nie wolno zamykać się w pancernej skorupie i chować się przed światem w obawie przed przykrościami i ewentualnością zostania zranionym, co jest nieodłączną częścią ludzkiego życia), to całą fabułę wydedukować można w ciągu paru minut. "Sekrety morza" okazują się zaskakująco prostym filmem, który nie tyle chce widzowi coś opowiedzieć, co pozwolić mu tej opowieści doświadczyć. Z różnym skutkiem, bo od święta zdarzają się w filmie momenty tak szalonego zagmatwania, że kompletnie nie wiadomo, co właśnie się dzieje.

To pewnie akurat "wina" mocnego inspirowania się celtyckimi mitami (np. "Ondine" z Alicją Bachledą-Curuś także opowiadała o selkie). "Sekrety morza" są zapewne z miejsca zrozumiałe w Irlandii, ale reszcie świata chyba przydałaby się przed seansem mała lekcja tamtejszej mitologii. Koniec końców, zawsze może to być impuls, by poczytać nieco po wyjściu z kina.

Ocena: 3/6



"Sekrety morza", animacja, familijny, fantasy, Dania, Irlandia 2014, 93 min., reż. Tomm Moore, występują: polski dubbing: Mateusz Ceran, Małgorzata Kożuchowska, Arkadiusz Jakubik, Malwina Jachowicz, Barbara Wrzesińska, Lech Łotocki

Randki w ciemno

Sandro (Andro Sachwarelidze) jest już po 40-stce, ale nadal mieszka z rodzicami, bez przerwy namawiającymi go do małżeństwa. Tyle że nieśmiały nauczyciel nie bardzo ma kogo poślubić. Jego najlepszy kumpel nakłania go do chodzenia na podwójne randki w ciemno, ale te również średnio im wychodzą. Pewnego razu, obaj wpadają na matkę swojej uczennicy, Mananę (efektowna Ija Suchitaszwili). Sandro i Manana zaczynają się naprawdę dobrze dogadywać. I może wszystko ułożyłoby się dobrze, gdyby mąż kobiety nie został przedwcześnie zwolniony z więzienia...

Drugi film Lewana Koguaszwilego ("Dni ulicy") miał być komedią i rzeczywiście jest tu parę momentów, zmuszających kąciki ust do uniesienia się w górę, ale nawet i wtedy w nastroju sceny przeważa dojmujący smutek. Nie pomaga fajtłapowaty protagonista - jeśli chcecie zobaczyć komediodramat o emocjonalnie i życiowo nieporadnym mężczyźnie, lepiej włączyć "Powrót do Garden State".

Gruziński zwycięzca zeszłorocznego Festiwalu Filmowego w Zagrzebiu za mocno skupia się na portretowaniu tamtejszego społeczeństwa, z czego wynika największy grzech filmu, czyli zbyt częste odchodzenie od jego głównego tematu. Jest tu mnóstwo wątków pobocznych, uruchamianych m.in. przez męża Manany, których w "Randkach w ciemno" w ogóle nie powinno być. Na domiar złego, te dygresje spychają głównego bohatera na boczny tor, co dla filmu kończy się naprawdę źle. Parę scen, przede wszystkim tych romantycznych, jest jednak naprawdę autentycznych i może chwycić za gardło.

Ocena: 2/6



"Randki w ciemno", komedia, Gruzja 2013, 95 min., reż. Levan Koguashvili, występują: Andro Sakvarelidze, Ia Sukhitashvili, Archil Kikodze, Vakhtang Chachanidze, Kakhi Kavsadze

Alfie, mały wilkołak

Siedmioletni, adoptowany Dolfje przy pełni księżyca zaczyna przemieniać się w wilkołaka. Wiodący odtąd podwójne życie chłopiec nic nie mówi swoim rodzicom, obawiając się, że ci zechcą się go pozbyć. Sekret wilkołaczka zna tylko jego brat, Timmie. Czy Dolfjemu uda się zapanować nad nowymi mocami i zwierzęcymi instynktami oraz zachować tajemnicę?

"Alfie, mały wilkołak" oparty jest na bardzo popularnej w Holandii serii książek dla dzieci autorstwa Paula van Loona (sprzedaje się tam gadżety związane z Alfiem i wystawia jego musicalowe adaptacje). Reżyserem filmu, który w tamtejszych kinach okazał się sporym hitem, został zaprawiony w dziecięcych bojach Joram Lursen ("Sekret magika", "Pomarańczowi").

"Alfiego" da się obejrzeć, ale to film bardzo letni. Przekazuje te same lekcje, co wszystkie inne tego typu filmy (bycie odmiennym jest w porządku itp.), a ileż można słuchać tych samych kazań. Do tego powiela pomysły wykorzystane w setkach produkcji o wilkołakach. Od czasu do czasu bywa nawet... niepokojący, jak wtedy, gdy ojciec bohaterów przebiera się i paraduje po domu w damskich ciuszkach (zgaduję, że dla zagubionego gdzieś efektu komicznego).

Wilkołaczy kostium raczej nikogo nie przestraszy. Jest naprawdę uroczy, ale w filmie dla dzieci to chyba akurat dobry wybór. Tyle że samo holenderskie dzieło z 2011 r. nie jest szczególnie godne polecenia. To film, który można włączyć dziecku w telewizji, gdy trzeba je zająć na najbliższe 90 minut.

Ocena: 2/6



"Alfie, mały wilkołak", familijny, dla dzieci, Holandia 2011, 90 min., reż. Joram Lürsen, występują: Ole Kroes, Maas Bronkhuyzen, Remko Vrijdag, Kim van Kooten, Lupa Ranti, Joop Keesmaat

Drugi Hotel Marigold

Pamiętacie podupadający Hotel Marigold z pierwszej części? Tak jak bohaterowie filmu znaleźli w nim radość i spełnienie, tak zarządzający przybytkiem Sonny (Dev Patel) znalazł sposób, by wreszcie rozkręcić swój biznes. Interesy idą tak dobrze, że właściciel myśli o otwarciu drugiego Hotelu Marigold. Zawsze to jakiś pretekst, by sprawdzić, jak dziś wiedzie się naszym ulubionym bohaterom w egzotycznych Indiach.

W drugiej części niespodziewanego hitu sprzed czterech lat ponownie zobaczymy Maggie Smith, Judi Dench czy Billa Nighy'ego. Sprawdzoną, bezbłędną obsadę próbowano przyprawić szczyptą Helen Mirren czy Colina Firtha, ale do ekipy dołączył ostatecznie - nie oszukujmy się, dużo mniej ekscytujący - Richard Gere.

Zdania na temat "Drugiego Hotelu Marigold" są podzielone. Jedni recenzenci twierdzą, że reżyserowi Johnowi Maddenowi i scenarzyście Olowi Parkerowi nie udało się powtórzyć sukcesu pierwszego "Hotelu..." i odtworzyć jego uroku ani ponownie osiągnąć tego efektu świeżości, a kontynuacja jest zwykłym skokiem na kasę. Inni piszą, że - m.in. dzięki genialnemu aktorstwu - "Drugi Hotel Marigold" ogląda się właściwie równie przyjemnie, co poprzedni. Ja zdania jeszcze nie mam, ponieważ film wchodzi do polskich kin bez pokazu prasowego.



"Drugi Hotel Marigold", dramat, komedia, USA, Wielka Brytania 2015, 122 min., reż. John Madden, występują: Richard Gere, Judi Dench, Dev Patel, Maggie Smith, Bill Nighy, Celia Imrie, David Strathairn, Penelope Wilton

Incepcja

Czy to sen? "Incepcja" wraca na ekrany (niektórych) kin. Pięć lat po premierze można wreszcie przetrzeć oczy, poprosić kogoś o uszczypnięcie i sprawdzić czy tak dobre oceny dla filmu Christophera Nolana przed pięcioma laty wydarzyły się na jawie.

O co chodziło? Dom Cobb (Leonardo DiCaprio) wraz ze swoją ekipą (m.in. Joseph Gordon-Levitt, Tom Hardy i świeżo skaptowana Ellen Page) szykuje się do wykonania klasycznego, ostatniego skoku. Nie jest to jednak zwyczajne włamanie - Cobb specjalizuje się w wykradaniu danych z umysłów śpiących ludzi. Misja, która ma umożliwić mu powrót do pozostawionych w kraju dzieci, jest jeszcze trudniejsza: mężczyzna ma zasiać w umyśle spadkobiercy gigantycznego przedsiębiorstwa pewną ideę. Czy incepcja jest w ogóle możliwa? Cobb twierdzi, że tak, ale przeszkodzić mu może zmora z przeszłości...

"Incepcję" napędza m.in. zawsze ważny dla Nolana temat dzieci, ale to też świetna demonstracja potęgi kina i "fabryki snów" - ograniczony jedynie wyobraźnią akt tworzenia to przecież coś, czego reżyser dokonuje w swoich filmach. Wielki projekt Christophera Nolana w zasadniczej części wypalił - "Incepcja" pełna jest niesamowitych wizualnych rozwiązań, wartkiej akcji (może poza finałową bitwą w śnieżnym krajobrazie) czy zapadających w pamięć tematów muzycznych, ale znacznie mocniej cierpi na Nolanowską chorobę nadmiernej ekspozycji od potwornie za to krytykowanego "Interstellar". Postaci przez cały seans tłumaczą sobie i widzom, o co w filmie chodzi, a najgorsze jest to, że nie obawiają się niechybnie łamać dopiero co wyłożonych zasad. Zagorzali fani filmu (lub jednej z mniej popularnych teorii, dotyczących jego zakończenia) owe dziury mogą próbować sobie tłumaczyć tym, że skoro we śnie wszystko jest możliwe, to nic dziwnego, że i w filmie o snach zasady błyskawicznie się zmieniają.

Odbiór każdego dzieła zależy również od czasu, w jaki film trafił i być może dlatego dzisiaj "Incepcja" przypadła mi do gustu odrobinę bardziej, niż przed laty, choć wspomnienie nierównej walki, jaką produkcja Nolana stoczyła z "Wyspą tajemnic", na zawsze w moim umyśle pozostanie. Na podstawowym poziomie, postaci, w które wciela się DiCaprio w obu filmach, są niemal identyczne. Nie chodzi tylko o to, że "Wyspę..." uważam za film wyjątkowy, a jego rolę w arcydziele Martina Scorsesego za bardziej udaną, ale o to, że zaledwie kilka miesięcy po "Wyspie..." niechcący otrzymałem - mniej udaną - powtórkę z rozrywki. Nie zmienia to faktu, że "Incepcja" bez wątpienia godna jest obejrzenia i jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił, ma właśnie znakomitą okazję.

Ocena: 4/6



"Incepcja", thriller, Sci-Fi, USA, Wielka Brytania 2010, 155 min., reż. Christopher Nolan, występują: Leonardo DiCaprio, Joseph Gordon-Levitt, Marion Cotillard, Cillian Murphy, Ellen Page, Tom Hardy, Ken Watanabe, Michael Caine, Dileep Rao, Tom Berenger

Więcej o:
Skomentuj:
Oceniamy "Avengers: czas Ultrona". W kinach też "Sekrety morza" - niesamowita, wizualna uczta nie tylko dla dzieci [NA CO DO KINA]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX