Jak polscy dokumentaliści portretują Rosję? Bez polityki, rozdrapywania historycznych ran i powielania stereotypów

Polscy dokumentaliści patrzą na Rosję przez pryzmat codziennego życia zwyczajnych ludzi, portretując małe ofiary wielkiej historii - mówi Bartosz Staszczyszyn*, recenzent filmowy Culture.pl.


Polski dokument bardzo późno zainteresował się Rosją. W PRL-u dokumentaliści znad Wisły zwracali kamery na rzeczywistość za oknem - to tutaj rozgrywały się interesujące ich dramaty, tu widzieli bariery, które trzeba pokonać, i ludzi, w których historiach odzwierciedlały się społeczne problemy kraju. Cenzura mogła przepuścić dokumentalne opowieści o smutnej stronie PRL-u, ale z pewnością nie pozwoliłaby na szkalowanie Wielkiego Brata.



Po politycznym przełomie 1989 roku Rosja stała się w polskim dokumencie przestrzenią nieopisaną. Dopiero kilka lat później rodzimi filmowcy spojrzeli na nią bez resentymentów, portretując ludzi wyrzuconych na margines historii.

Syberia - egzotyka okrucieństwa

Jednym z tych dokumentalistów, którzy najlepiej poznali Rosję, jest Jerzy Śladkowski. Od początku lat 90. zrealizował już blisko 20 filmów dokumentalnych o wschodnim sąsiedzie. W latach 80. wyjechał z kraju, by zająć się realizacją filmów w Szwecji i Niemczech, a zawodowym przełomem była dla niego seria filmów dokumentalnych o Syberii.

Śladkowski opowiadał o ludziach zniszczonych przez historię. Pokazywał tych, którzy najwięcej stracili na politycznych przemianach - ludy północy, które po przymusowym osiedleniu straciły tożsamość i środki do życia, kobiety, których mężowie, zawodowi żołnierze zostali przeniesieni do innych jednostek, zwykłych ludzi pozbawionych środków do życia.

- Rosja była fascynująca i straszna jednocześnie. Obserwowaliśmy tam egzotyczne życie, którym żaden z nas nie chciałby żyć ani jednego dnia. Tam wszystko było na granicy zapaści. Na Syberii nawet załatwianie fizjologicznych potrzeb jest trudne. Nieprzypadkowo mówią o niej, że jest to "zona wiecznego niedosrania". Dla człowieka Zachodu tamtejsze życie jest prawdziwym dramatem - wspomina dziś Śladkowski w rozmowie z Culture.pl.

W "Kozinie. Śpiewaku z Magadanu" Śladkowski opowiadał o muzyku, który w latach 40. znajdował się u szczytu sławy, po czym zniknął. Trafił do gułagu, a prawda o nim przez wiele lat nie ujrzała światła dziennego. W "Upiorach złotego kręgu" (1994) pokazywał opuszczoną kopalnię złota, w której przez lata przymusowo pracowali rosyjscy więźniowie, a w "Mieście kobiet" (1999) opowiadał o miasteczku, w którym niegdyś znajdowała się wielka baza wojskowa, a dziś, gdy mężczyzn przeniesiono do innych jednostek, zostały w nim jedynie kobiety i dzieci.

Kilkanaście historii opowiedzianych przez Śladkowskiego składało się na obraz Rosji jako kraju wewnętrznie pękniętego, w którym polityczne przemiany wyrzuciły tysiące ludzi poza margines. Za swoje filmy w 1996 roku Śladkowski wraz z producentem Stanisławem Krzemińskim otrzymali nagrodę Feliksa za wkład w rozwój europejskiego dokumentu.

Syberyjska lekcja dokumentu

- Zachodni dokumentaliści mają tendencję do pokazywania Rosji jako średniowiecznej krainy. A to nie jest prawda - w dalekiej Rosji mieszka wielu wspaniałych ludzi, którzy z zaangażowaniem i wbrew wszystkiemu walczą o lepsze życie - mówi Śladkowski.

To właśnie zwykli ludzie zmagający się z problemami codzienności zainteresowali młodych polskich dokumentalistów, wchodzących do zawodu pod koniec minionego wieku. Filmowcy urodzeni w latach 70. i 80. nie mieli historycznych obciążeń i resentymentów wobec sąsiedniego mocarstwa. Dla nich Rosja była miejscem fascynującym, przestrzenią spotkania z człowiekiem. Zamiast o pierestrojce, transformacji czy oligarchizacji kraju opowiadali o rodzinnych dramatach, miłości i tęsknocie zwykłych Rosjan.

Jednym z tych reżyserów był Wojciech Staroń, wybitny operator i autor znakomitej "Syberyjskiej lekcji". Po raz pierwszy pojechał do Rosji w 1994 roku. Był wtedy na drugim roku studiów i w Kazachstanie kręcił pierwszy film - "Tam i tu" Witolda Krasuckiego. W Ałma Acie poznał braci Kułakowskich, bohaterów wciąż nieukończonego filmu "Bracia", w którym przez kilkanaście lat towarzyszy swoim bohaterom.

Już wtedy postanowił, że po studiach chce do Rosji wrócić. W 1996 roku ze swoją dziewczyną - Małgosią pojechał na Syberię.



- Wtedy do Rosji jeszcze nikt nie jeździł. W Polsce lata 90. były dzikie, ale tam było jeszcze gorzej. Nie było świateł na ulicy, ludzie bali się podróżować, a władzę częściowo sprawowała mafia . To był Dziki Wschód, ale właśnie on nas pociągał" - wspomina reżyser.

W 1996 Staroń nakręcił "Syberyjską lekcję", jeden z najpiękniejszych miłosnych dokumentów w historii polskiego kina. Jego film miał być portretem Małgosi - nauczycielki, która pojechała na Syberię, by tam uczyć języka polskiego. Powstał film o zacieśnianiu więzi, o bliskości. Na Syberii reżyser i jego narzeczona wzięli ślub.

Rysując dokumentalny autoportret, Staroń jednocześnie pokazywał prozę syberyjskiego życia - opowiadał o rosyjskim muzyku, który uczy się polskich piosenek, zaglądał za mury szpitala psychiatrycznego... Nie portretował kraju, ale ludzi.

- W latach 90. łatwo było pokazać Rosję jako wielki śmietnik świata i historii. Ale mnie interesowała ludzka strona Rosji - chciałem pokazać ludzi, którzy żyją w trudnych warunkach, ale którzy są wspaniali. Rosjanie są bardzo otwarci, co dla dokumentalisty jest ułatwieniem. Nie ma u nich stanów neutralnych - albo jest się śmiertelnym wrogiem, albo serdecznym przyjacielem - mówi Wojciech Staroń.

Kiedy realizował "Syberyjską lekcję", nauczył się, że w kinie dokumentalnym nie ma miejsca na dystans wobec bohaterów, na spojrzenie etnografa, który opisuje egzotyczne społeczności. - Kiedy robię film dokumentalny, staram się, by był on ciekawy także dla ludzi z tamtego kraju. To jest wyznacznik, czy opowiadasz ciekawie, czy tylko żerujesz na stereotypach - mówi dziś.

Rosja-Polska. Nowe spojrzenie

Te słowa mogłyby być mottem dla całego pokolenia młodych polskich dokumentalistów, którzy w następnych latach wyruszyli do Rosji. Stało się to możliwe dzięki programowi "Rosja-Polska. Nowe Spojrzenie". Od 2004 roku Eureka Media oraz Instytut Adama Mickiewicza we współpracy z polskimi i rosyjskimi szkołami filmowymi organizowały wymianę młodych filmowców z obu krajów. Celem było nakręcenie serii dokumentów, w których polscy twórcy mieli opowiedzieć o Rosji, a rosyjscy - o Polsce.



"Nowe spojrzenie" przyniosło kilka znakomitych tytułów. w "52 procentach" Rafał Skalski portretował małą dziewczynkę, która marzy o dostaniu się do szkoły baletowej. W "Elektryczce" Maciej Cuske zabierał widzów w podróż kolejką podmiejską kursującą na trasie, którą przed laty opisywał Wieniedikt Jerofiejew, a w pięknym, obsypanym nagrodami "Pierwszym dniu" Marcin Sauter opowiadał o chłopcach z Syberii, którzy po raz pierwszy idą do szkoły, muszą zostawić rodzinne domy i na długie miesiące wyjechać do internatów.

Jednym z najbardziej niezwykłych tytułów zrealizowanych w ramach cyklu "Nowe spojrzenie" był film "7xMoskwa" Piotra Stasika, seria niepozornych obrazów, w których twórcom udało się zamknąć ducha rosyjskiej stolicy.

- Profesorowie z WGIK-u bardzo sceptycznie patrzyli na pomysł opowiedzenia o ich mieście przez jakiegoś spadochroniarza z Polski. Ale dwa lata później, gdy wróciłem na WGIK, okazało się, że studenci znają mój film, a profesorowie pokazują go jako przykład tego, jak można opowiedzieć o mieście - przyznaje reżyser w rozmowie z Culture.pl.

Po latach Stasik raz jeszcze wrócił do Rosji, by w "Końcu lata" opowiedzieć o uczniach ze szkoły kadetów w Penzie oddalonej o 700 kilometrów od Moskwy. U Stasika tytułowy "Koniec lata" miał smak melancholii. Reżyser patrzył na kadetów, widząc w nich siebie samego z czasów dzieciństwa.

- To było jak wkroczenie w precyzyjnie odtworzony świat PRL-owskiej podstawówki na prowincji. Odnalazłem tam swoją własną szkołę, ten sam klimat, zapach, wystój wnętrza, ubrania, sposób traktowania uczniów. Postanowiłem wykorzystać tę okazję, żeby przenieść się w świat swojego dzieciństwa - mówi.

Stasik pokazywał świat rozpięty między dzieciństwem i dorosłością, między niewinnością i polityką. Małe dziecięce dramaty - pierwsze miłości, dziecięce przyjaźnie, drobne marzenia w szkolnej przestrzeni zostawały przytłoczone przez wychowawczo-propagandowy reżim, w którym od najmłodszych dzieci są karmione opowieściami o mocarstwowości swojego kraju - mówi Bartosz Staszczyszyn*, recenzent filmowy Culture.pl.

"Nasiona" - życie w cieniu tajemnicy

Wśród obrazów wyprodukowanych w cyklu "Rosja - Polska. Nowe spojrzenie" jeden wyróżniał się w sposób szczególny. "Nasiona" Wojciecha Kasperskiego w 2006 roku otrzymały prestiżowy Laur, najważniejszą rosyjską nagrodę filmową, którą tylko wyjątkowo przyznaje się obcokrajowcom. Wcześniej jego dokument otrzymał ponad dwadzieścia nagród na festiwalach - m.in. w Krakowie, Berlinie, Barcelonie i Meksyku.

Kasperski, reżyser od lat zafascynowany Rosją i jej kulturą, pojechał z kamerą do wsi znajdującej się na granicy Rosji z Kazachstanem. Tu poznał rodzinę, która z niejasnych przyczyn poddana jest ostracyzmowi miejscowej społeczności.

- Wracając o zmierzchu ze spotkania zobaczyliśmy chłopca, który to zapalał, to gasił zapałkę. To był unikalny widok - zimne barwy zmierzchu kontra ciepło światła zapałki. Zaczęliśmy go filmować. Wtedy z domu obok wyszli jacyś ludzie i zaczęli do nas krzyczeć. Poczuliśmy się niepewnie. Rosja, ciemno, wrzaski... Nagle podeszła do nas kobieta i... dała nam kwiatek, mówiąc, że to za to, że nakręciliśmy jej syna. Zaintrygowali nas. Oczekiwaliśmy piąchy w nos, a dostaliśmy prezent. Okazało się, że to oni są naszym prezentem od losu - mówił Wojciech Kasperski w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

Historia rodzinnych nieporozumień kryła w sobie mroczną historię z przeszłości. Ciążyła ona nad codziennym życiem bohaterów, ale też nad atmosferą filmowej opowieści. I choć "Nasiona" były obrazem rozpaczliwej biedy, Kasperskiemu udało się uciec od publicystycznych tonów. Stworzył wstrząsający i bardzo intymny film o ludziach niosących ciężar dawnych błędów.

- Na własnej skórze doświadczyłem przy nich tego, co wcześniej czytałem w książce Kieślowskiego, że dokument czasem nie jest dobrym doświadczeniem dla ludzi, którzy go robią. Bo tak naprawdę nie uczestniczysz w życiu swojego bohatera, jesteś ledwie świadkiem jego tragedii, a potem pakujesz walizki i jedziesz do własnego świata - do pizzerii, zapalniczek i gazowego ogrzewania - a oni zostają w swoim gównie - mówił Kasperski.

Oscar bezdomnych

Z tym samym dylematem mierzyła się także Hanna Polak, polska dokumentalistka, która w 2005 roku wraz z Andrzejem Celińskim była nominowana do dokumentalnego Oscara za "Dzieci z Leningradzkiego". Polak, która jest absolwentką wydziału operatorskiego moskiewskiego WGIK-u, zrealizowała poruszającą opowieść o bezdomnych dzieciach zamieszkujących moskiewskie dworce. W czasie, kiedy kręcono "Dzieci....", władze rosyjskie szacowały, że na ulicach Moskwy żyje około trzydziestu tysięcy dzieci.



Polak i Celiński opowiadali o kilkunastu z nich - o gwałconej 11-talatce, która uciekła z domu i kilkuletnim chłopcu, który nie mógł wytrzymać wspólnego życia z rodzicami alkoholikami. Chłopcy i dziewczęta prostytuujący się na moskiewskich dworcach, mali żebracy i narkomani - ich obraz był oskarżeniem rzucanym całemu światu - mówi Bartosz Staszczyszyn*, recenzent filmowy Culture.pl.

- Mogliby zbudować taki wielki budynek, żeby się w nim zmieściły wszystkie dzieci. Żeby miały przyjaciół, żeby mogły tam mieszkać - mówił jeden z rozmarzonych bohaterów, a Hanna Polak i Andrzej Celiński pokazywali, że nieszczęście rozgrywa się tuż obok normalnego życia - wyparte ze świadomości i zapomniane.

Uciec od polityki

W polskich filmach o Rosji zawsze pojawia się tło polityczne. Miałem tego dość. Postanowiłem, że nakręcę film przede wszystkim o ludziach - mówił w 2011 roku Michał Marczak w rozmowie z Ryszardem Jaźwińskim, dziennikarzem radiowej "Trójki".

"Koniec Rosji", dokument Marczaka z 2010 roku, był ucieczką od politycznych tematów. Młody polski reżyser opowiadał o dziewiętnastoletnim chłopaku, który przybywa do bazy wojskowej Czeluskin, by tu odbyć zasadniczą służbę wojskową. To miejsce to prawdziwy koniec świata - dalej na północ jest już tylko Ziemia Niczyja i Ocean Arktyczny, na zachód - śnieżna pustynia. Pierwsza linia drzew znajduje się dopiero w odległości tysiąca kilometrów.



Opowiadając o nastoletnim żołnierzu, Marczak celowo unikał polityki. Jego film nie był opowieścią o Rosji, ale o samotności, zderzeniu z surowym życiem i inicjacji w dorosłość. Za swój dokumentalny portret reżyser otrzymał szereg nagród, w tym w Chicago, Warszawie, Toronto i Nyonie.

Sukcesy młodych polskich dokumentalistów opowiadających o Rosji nie są dziełem przypadku, ale owocem dojrzałości rodzimych twórców, którzy patrzą na kraj wielkiego sąsiada tak, by widzieć go w skali mikro. Nie wchodzą w polityczne spory i nie wygłaszają publicystycznych tyrad - w ich historiach próżno szukać rewizjonistycznych tęsknot czy ideowych deklaracji. Czy to "Fabryka wódki" Jerzego Śladkowskiego, czy też dokumenty Sautera, Stasika, Staronia czy Marczaka - wszystkie one składają się na opowieść o ludziach, którzy samotnie mierzą się z życiem. Poruszające i smutne portrety małych ludzi, których los przetrąciła wielka historia.

* Bartosz Staszczyszyn - krytyk filmowy i literacki. Absolwent filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i portalu Filmweb.pl. Publikował m.in. w "Polityce", "Gazecie Wyborczej" i "Dwutygodniku".

Więcej o: