Dziennik panny służącej **

Doktor Jekyll, pan Hyde i 40 rozbójników.
Benoit Jacquot ("Żegnaj, królowo", "3 serca") wykazał się sporym tupetem, przenosząc na ekran powieść Octave'a Mirbeau, którą wcześniej zekranizowali Jean Renoir i Luis Bunuel. Jego klęska jest tym większa, że nawet bez bagażu historycznego owych nazwisk, najnowszy "Dziennik Panny Służącej" zawodziłby. Z błyskotliwą satyrą film ma tyle samo wspólnego co kalendarz działkowca.

"Szczypta arszeniku zamiast soli, i już!". Pokojówka, która chce zmienić swój los >>

Jest przełom XIX i XX w. Celestine (Lea Seydoux, "Życie Adeli") jest zawodową służącą. Jej krnąbrność sprawia, że często zmienia domy. Tym razem trafia z Paryża na prowincję, gdzie - dokładnie tak jak podejrzewa - kolejna pani domu okaże się starą jędzą, a kolejny pan domu będzie próbował ją zaciągnąć do łóżka. Dobrze, że chociaż kucharka Marianne okazuje się poczciwą, choć prostą kobietą. Celestine zaintrygowana jest za to stajennym, Josephem. Jaki będzie koniec nowej przygody niewinnej, ale świadomej swoich walorów dziewczyny?

Zaraz, zaraz - napisałem "niewinnej"? Jednym z głównych problemów obrazu jest jego kompletny brak zdecydowania wobec głównej bohaterki. W jednej scenie Celestine może być słodką istotką, by w kolejnej okazać się straszliwą manipulantką, a w następnej jeszcze kimś kompletnie innym. Nie mamy tu do czynienia z dobrze rozegranym kameleonem, a z kiepsko rozegraną postacią, w której siedzą doktor Jekyll, pan Hyde i jeszcze ze 40 innych rozbójników, a wajcha kontroli przesuwa się między nimi w losowy sposób.

Léa Seydoux w adaptacji skandalizującej powieści [FRAGMENTY KSIĄŻKI] >>

"Dziennikowi..." nie pomagają też bardzo długie, źle rozłożone retrospekcje, które marnie próbują tłumaczyć (r)ewolucję bohaterki, dzikie, śmieszne wręcz najazdy kamery, kojarzące się z "Omenem" lub innymi horrorami sprzed pół wieku oraz zero prób uwspółcześnienia - oglądając dzisiaj bohatera, żarliwie proponującego ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, jakoś trudno się nie dziwić, dlaczego dziewczęta patrzą na niego maślanym wzrokiem i w ogóle ich to nie zniechęca.

Tym, co "Dziennikowi..." wychodzi całkiem nieźle, jest nakreślenie portretu ówczesnej klasy panów oraz ukazanie analogii między nimi a biedotą i służącymi, którzy okazują się równie złymi ludźmi. Tylko czasem nie zdają sobie z tego sprawy. Film może też spodobać się miłośnikom ładnych kostiumów, których rozpraszać będzie jednak komentująca wszystko pod nosem główna bohaterka. Niestety, Celestine nie robi tego w stylu Franka Underwooda, lecz jak ktoś, kto ma problemy z głową.

Historię zapisaną w "Dzienniku..." można śledzić z pewnym zaciekawieniem, ale nie sposób nie irytować się z powodu wyżej wymienionych wad. Jeśli dodać do tego najbardziej ucięte zakończenie od czasu "Faceta (nie)potrzebnego od zaraz", a może i najgorsze od wielu, wielu lat, to trudno szczerze polecać komuś tę niedbale wyrwaną z kalendarza kartkę.

Ocena: 2/6



"Dziennik panny służącej", dramat, Francja, Belgia 2015, 95 min., reż. Benoit Jacquot, występują: Léa Seydoux, Vincent Lindon, Clotilde Mollet, Hervé Pierre, Mélodie Valemberg, Patrick D'Assumçao, Vincent Lacoste, Joséphine Derenne, Dominique Reymond