"Mad Maksa" bezwzględnie trzeba zobaczyć! I to z powodu efektów specjalnych. A takich świetnych realizacji możemy się spodziewać więcej!

Pokazany w "Mad Maksie: Na drodze gniewu" świat, wszystkie kaskaderskie sztuczki istnieją naprawdę! Zrobić coś tak niesamowitego bez użycia komputera - oto prawdziwa sztuka. I wiele wskazuje na to, że wytyczoną drogą pójdą także twórcy oczekiwanych "Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy". A jak będzie z "Terminatorem: Genisys" i "Jurassic World"?
Alfred Hitchcock powiedział, że chciałby, aby jego filmy były rozumiane w Japonii bez napisów. To jeden z ukochanych cytatów Millera, który od zawsze celował właśnie w takie kino. "Mad Max" był jednym z założycielskich obrazów kina drogi. Pościgi stanowiły większą część filmu, a wszystko inne było jedynie przerywnikiem. Tytułowy bohater to typ milczka, który woli działać, niż gadać. W "Mad Maxie: Na drodze gniewu" mamy do czynienia z kulminacją kosmopolitycznych ambicji miłującego kino Millera - wybuchy i kraksy rozumiane są przecież bez tłumaczenia pod każdą szerokością geograficzną.



Dlaczego cały świat pokochał nowego "Mad Maksa" (w chwili, gdy piszę te słowa, film ma 233 pozytywne i cztery negatywne recenzje w serwisie Rotten Tomatoes - co daje 98 proc. tekstów chwalebnych - przy niesamowitej średniej ocen 8,7 na 10)? Na to składa się wiele czynników, ale nie mam wątpliwości, że zdecydowanie najważniejszy jest fakt, iż pokazany w filmie świat istnieje naprawdę. Może i dystopijna Australia położona jest na namibijskiej pustyni, ale wszystkie kaskaderskie sztuczki, które miały tam miejsce, wydarzyły się naprawdę.

Premiera "Mad Maxa: Na drodze gniewu". "Obłąkany i wyczerpujący". "Wciągające, pełne akcji widowisko". Krytycy zachwyceni! >>

Każdy kostium i rekwizyt wykonany z niesamowitą starannością

W szalonej głowie Millera - i wspierającej go głowie brytyjskiego autora komiksów Brendana McCarthy'ego - powstała kompletna, alternatywna rzeczywistość. Jakże słusznie, pomysłodawcy dzieła zależało przede wszystkim na wiarygodności. Dlatego każdy kostium i rekwizyt wykonany został z niesamowitą starannością. Jeśli ktoś dotykał na planie jakiegoś przedmiotu, wywołany do odpowiedzi musiał opowiedzieć o jego historii, zastosowaniu i sposobie użycia.

Na drugim planie pojawiają się dopracowane, fenomenalne postaci: skarbnik, spec od tortur czy - absolutny majstersztyk - szalony gitarzysta. Świat Maksa napędzany jest przez szaleństwo, ale jest to szaleństwo zapięte na ostatni guzik.

Każda sekunda filmu dokładnie rozrysowana

Okres zdjęciowy trwał 120 dni. W tym czasie cyfrowe kamery zarejestrowały 480 godzin filmu. To 20 dni ciągłego oglądania, które Margaret Sixel, montażystka i życiowa partnerka Millera, skrócić musiała do dwóch godzin. Szkopuł w tym, że Sixel montowała wcześniej przede wszystkim filmy dokumentalne (i jeden z poprzednich filmów Millera, "Happy Feet: tupot małych stóp").

Wszystko musiało być więc starannie przygotowane. Jeszcze zanim Miller napisał scenariusz, zrobił storyboardy. W sumie 3500 rysunków, które na planie studiowała również obsada. Niemal każda sekunda filmu została dokładnie rozrysowana. Powracający z emerytury operator John Seale skorzystał w sumie z 70 kamer. Podczas paru ujęć 72-latek wspiął się nawet na Wojenną Machinę.

W filmie doliczyć się można 2700 cięć, co w przybliżeniu daje 22,5 cięcia na minutę. Częstotliwość, jakiej nie powstydziłby się Michael Bay. Oczywiście, to porównanie obraźliwe dla Millera, dla którego najważniejsze było, żeby wydarzenia na ekranie były zrozumiałe dla widza! To ewenement w czasach, gdy wydaje się, że reżyserzy kina akcji dążą do czegoś zupełnie odwrotnego.

Co więcej, Miller manipulował nawet liczbą wyświetlanych klatek na sekundę. Zdaniem Seale'a, ponad połowa filmu nie toczy się w standardowej prędkości 24 klatek/s. Miller oglądał dokładnie każdą scenę i jeśli twierdził, że coś dzieje się za szybko, zwalniał ujęcie. Zdarzało się jednak, że uważał, iż akcja dzieje się za wolno - wtedy przyspieszał tempo.

Te efekty specjalne bezwzględnie trzeba zobaczyć

Ale i wszystko to zdałoby się na nic, gdyby nie gwóźdź programu. Jedyny bezwzględny powód, dla którego "Na drodze gniewu" trzeba zobaczyć: efekty specjalne. Miller mówi, że nie można by było zrealizować tego filmu przy użyciu CGI (komputerowych efektów wizualnych). I chwała mu za to. Około 90 proc. trików to efekty praktyczne, czyli wykonane naprawdę - fizycznie.

Każdego dnia na planie można było poczuć się jak w cyrku. Codziennie do zrealizowania była jakaś monumentalna sztuczka. Charlize Theron naprawdę trzymała Toma Hardy'ego za nogę nad ziemią, ale pojazd, którym jechała, poruszał się wtedy z prędkością 50 km/h. Gdy maszyna pędziła dużo szybciej i kręciła się wokół własnej osi, a dookoła wszystko wybuchało, zwisającego za nogę Maksa odgrywał już kaskader.

Kto by z wozu nie zwisał, najważniejsze, że nie wydarzyło się to w pamięci obliczeniowej komputera. Dlatego w gronie ponad 150 filmowych kaskaderów (niekiedy pracujących jednocześnie!) znaleźli się gimnastycy olimpijscy z Sydney i z Pekinu oraz artyści Cirque du Soleil (zapewne będziecie potrafili odgadnąć, za które akrobacje byli odpowiedzialni).

Przeczytaj recenzję "Mad Maxa: Na drodze gniewu" >>

Płomienie naprawdę buchały, motocykle naprawdę się zderzały, a pojazdy naprawdę wybuchały. Komputerowe efekty specjalne są dziś na tyle zaawansowane, że czasem trudno odgadnąć, które elementy w filmach zostały wyczarowane właśnie w ten sposób, ale po "Mad Maksie" widać, że jest "prawdziwy". A nawet, jeśli nie zawsze to widać, to po prostu to czuć.

I o to właśnie chodziło Millerowi, który chciał, żeby widz uwierzył w to, co dzieje się na ekranie. Gdy w akcję nie miesza się komputer - mimo jego nieograniczonej mocy i możliwości - uwierzyć jest znacznie łatwiej.

Jest nadzieja dla kina akcji. Drogę wyznacza "Mad Max"

Chociaż twórcy "Szybkich i wściekłych 7" również zarzekają się, że CGI w ich filmie było niewiele, to granica między efektami komputerowymi a praktycznymi musi być w ich głowach bardzo płynna. Ostatnim samochodowym filmem, który nieco bardziej zapatrzył się w "Bullita", był "Need for Speed" - obraz mniej widowiskowy, w którym samochody nie osiągały tak zawrotnych prędkości, bo i nieco bardziej realistyczny. I dlatego oglądało się go nieco lepiej.

Postęp technologiczny okazał się niejako zgubą tego rodzaju kinematografii. Gdy nie było wyboru, trzeba było wszystkie efekty wyprodukować ręcznie. Dzisiaj znacznie łatwiej wykreować wszystkie cuda za pomocą komputerów. Tyle że kto widział zwiastuny "Terminatora: Genisys", nie dziwi się pewnie, że poprawki przy efektach specjalnych mają trwać niemal do dnia premiery (oby podobnie postąpili specjaliści od efektów w przypadku "Jurassic World"...).



W komputerze zrobić można wszystko. Ale zrobić coś niesamowitego bez użycia komputera - oto prawdziwa sztuka. I choć nowego świtu efektów praktycznych nie ma co wypatrywać, to pojawia się nadzieja, że w końcu dostawać będziemy rozsądną dawkę tego typu filmów.



W lecie pojawi się "Mission: Impossible - Rogue Nation", gdzie Tom Cruise (albo kaskader) naprawdę zwisać ma z drzwiczek startującego i lądującego Airbusa. W filmie zobaczymy też bardzo długą, składającą się z jednego ujęcia sekwencję podwodną, do realizacji której Cruise intensywnie się przygotowywał. Czy rzeczywiście tak będzie? I - przede wszystkim - czy łatwo nam będzie uwierzyć w prawdziwość tych scen w czasach, w których prawie nikt już nie komplikuje sobie w ten sposób pracy?



A to przecież jeszcze nie koniec. W grudniu w kinach pojawią się wyczekiwane "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy". Fani oszaleli z radości, gdy okazało się, że J.J. Abrams, zamiast Jara Jara Binksa - którego reżyser nie lubi tak bardzo, że marzył nawet o urządzeniu mu w filmie pogrzebu - i innych komputerowych potworków, które wizualnie zgrzytały w epizodach I-III, zamierza postawić na animatronikę, czyli kukiełki, roboty i inne konstrukcje, które naprawdę znajdą się na planie, a nie zostaną podłożone pod obraz na green screenie.



Takie rozwiązanie ma w sobie, po prostu, więcej czaru. I nie chodzi tylko o nieuchwytny czar dawnego kina, do którego wszyscy tęsknimy. "Mad Max: na drodze gniewu" przypomina nam o starych, dobrych czasach tak skutecznie, jak już dawno nie czynił tego żaden inny film. I właśnie dlatego osiąga taki sukces. Warto wybrać się na niego do kina choćby po to, by pokazać filmowcom, że to jest właśnie kierunek, w którym powinni pchać nasz wspólny, kinowy wózek.