Efektowna katastrofa w Kalifornii, udany debiut i (znów) niezła komedia z Niemiec [NA CO DO KINA]

Dwójka początkujących aktorów, jeden oświetleniowiec, pięciogodzinna podróż pociągiem. To wystarczy, żeby "Jak zatrzymać ślub" chciało się oglądać! W kinach także świetny "Śpiewak jazzbandu" z Oscarem za wkład w rozwój kinematografii, a w "Pani szuka pana" polecamy uwadze 64-letnią Iris Berben, która wygląda fenomenalnie! Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
Śpiewak jazzbandu

Jeden z kamieni milowych kinematografii. Ważny głównie z uwagi na aspekt historyczny, ale nadal ogląda się go dobrze.

Mały Jakie Rabinowitz pochodzi z żydowskiej rodziny z tradycjami. Przez ojca wychowywany jest na kolejnego kantora (prowadzącego nabożeństwa), ale chłopak woli śpiewać skoczne kawałki. To doprowadza do rodzinnego konfliktu. Jakie ucieka z domu, by robić karierę. Po latach, już jako Jack Robin, będzie musiał zdecydować, co jest dla niego ważniejsze - kariera na Broadwayu czy pojednanie z rodziną.

Może nie jest to w stu procentach prawda, ale "Śpiewak jazzbandu" jest uważany za pierwszy film dźwiękowy w historii kina. Choć nakręcony w 1927 r. musical nadal posiada konstrukcję tradycyjnego filmu niemego i mnóstwo plansz dialogowych, to pojawia się w nim kilka scen mówionych (ze słynnym, dwuznacznym, genialnym i przeszywającym "czekajcie, czekajcie, jeszcze niczego nie słyszeliście!") oraz numerów muzycznych, które są pewnie głównym składnikiem, odpowiadającym za sukces filmu. Ale na tym historyczne walory dzieła się nie kończą. Reżyser Alan Crosland wyszedł z kamerą do prawdziwej żydowskiej dzielnicy, dzięki czemu możemy podziwiać obrazki ze świata, który dziś już nie istnieje. To także dzięki "Śpiewakowi..." Warner Bros. z małego, upadającego studia przeistoczyło się w potężnego gracza na rynku.

Historia jest prosta i klasyczna, ale - jeśli lubicie tego typu produkcje - nadal wciągająca i satysfakcjonująca. Wcielający się w głównego bohatera Al Jolson miał charyzmę i zasłużenie został supergwiazdą. Jego prywatna historia przypomina zresztą nieco życie Jacka.

Niektórzy mogą mieć pretensje o wykorzystanie w filmie bardzo obraźliwego dziś wizerunku blackface'a, ale pozory mylą. To nie jest film rasistowski. Wręcz przeciwnie, występy Jacka jako blackface'a mają tu istotne znaczenie fabularne i metaforyczne.

Na Oscara "Śpiewak jazzbandu" nie miał szans - uznano, że nieuczciwe byłoby konkurowanie "Śpiewaka" z filmami niemymi, więc nie dopuszczono go do rywalizacji. Film dostał jednak specjalnego Oscara za wkład w rozwój kinematografii. Warto przekonać się o nim na własne uszy także i dziś.

Ocena: 4/6



"Śpiewak Jazzbandu", dramat, romans, muzyczny, USA 1927, 90 min., reż. Alan Crosland, występują: May McAvoy, Audrey Ferris, Al Jolson, Warner Oland, Eugenie Besserer, Otto Lederer, Bobby Gordon, Richard Tucker, Cantor Joseff Rosenblatt, Myrna Loy

San Andreas

Grupka naukowców z Paulem Giamattim na czele odkrywa, w jaki sposób można przewidywać trzęsienia ziemi (jeśli masz wątpliwości, czy w prawdziwym świecie jest to możliwe, to masz je całkiem słusznie - nie takie cuda będą się jednak jeszcze w "San Andreas" działy). Niestety, uczeni odkrywają to odrobinę za późno - tytułowy, biegnący przez większą część Kalifornii uskok właśnie funduje Amerykanom od Los Angeles po San Francisco najtragiczniejsze trzęsienie ziemi w historii.

Ratownik śmigłowcowy Ray (Dwayne "The Rock" Johnson) porzuca obowiązki, zabiera maszynę i leci uratować rozwodzącą się z nim żonę (Carla Gugino, "Mali agenci", "Noc w muzeum") oraz ukochaną córkę (Alexandra Daddario z serii o Percy'm Jacksonie i serialu "Detektyw").

To, co w obrazie Brada Peytona ("Podróż na tajemniczą wyspę") najważniejsze, jest na właściwym miejscu - już dawno nie było filmu katastroficznego z tak znakomitymi efektami specjalnymi. Kalifornijska masakra trzęsieniem ziemi i tsunami dostarczają ogromnej frajdy. Tak miłego dla oka filmu z gatunku, który chyba słusznie został ostatnio odłożony na półkę w celu regeneracji, nie było już bardzo dawno.

Kłopot w tym, że ta rozwałka już w okolicach połowy filmu zaczyna nużyć i sprawia, że widz musi walczyć o życie niemal równie mocno, co bohaterowie. To moment graniczny, od którego nie można dłużej udawać, że nagromadzenie scenariuszowych głupot nie przekracza w "San Andreas" stanu alarmowego. Co w ogóle robią w tym filmie naukowcy?

Jedynym zadaniem Giamattiego jest naprzemienne chowanie się pod biurkiem z dziennikarką i ubolewanie nad wykresami, prognozującymi moc nadchodzących wstrząsów. Zwykle uczeni mieliby na tyle przyzwoitości, żeby ruszyć na miejsce akcji albo chociaż stworzyć nuklearną głowicę, którą można umieścić w epicentrum trzęsienia/komety/niepotrzebne skreślić i zabić w ten sposób wroga. Tu pojawiają się wyłącznie dlatego, że głupio jest nie mieć w filmie drugiego wątku. Nowy partner żony głównego bohatera od pewnego momentu bezczelnie kreowany jest na czarny charakter, ale jego jedyne grzechy to bogactwo i związanie się z kobietą, z którą kiedyś był "The Rock". Scenarzyści popisali się populizmem najniższych lotów.

Gugino i Daddario ewidentnie obsadzone zostały, no cóż, po warunkach. Johnson może za to zaskakiwać, gdy wykazuje jednak odrobinę talentu, opowiadając o tragediach z przeszłości i prezentując przy tym wiarygodnie szklące się oczy. Mimo wszystko, dwa najważniejsze morały, jakie płyną z "San Andreas", to: "Hollywood nie ma dzisiaj ról dla Paula Giamattiego" oraz "w razie klęski żywiołowej, najbezpieczniej ukryć się wieżowcu Citibanku - podczas gdy całe miasto od dawna leży w gruzach, on nadal prężyć się będzie dumnie i w nienaruszonym stanie".

Ocena: 3/6



"San Andreas", katastroficzny, USA 2015, 100 min., reż. Brad Peyton, występują: Dwayne Johnson, Carla Gugino, Alexandra Daddario, Ioan Gruffudd, Archie Panjabi

Pani szuka pana

Luise skończyła 60 lat. Mogłaby z powodzeniem kontynuować pracę naukową, ale doświadczona biolog wypychana jest przez dyrekcję na emeryturę. Gdy okazuje się, że jej eksperymentalnie zamrożone przed laty jajeczka nadal są w świetnym stanie, kobieta postanawia nadrobić stracony czas i wreszcie urodzić dziecko. Do gustu przypada jej sperma młodego Maksa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby chłopak nie okazał się synem przypadkowo przez nią poznanego Fransa - wciąż pozującego na maczo 60-latka, próbującego udowodnić coś sobie związkiem ze studentką.

Pewnie od razu widzicie, dokąd film debiutującej reżyserki Sigrid Hoerner i doświadczonej w pisaniu podobnych scenariuszy Jane Ainscough ("Gdzie jest Fred?") zmierza. Chociaż próbuje podchodzić do tematu od innej strony, głównymi bohaterami czyniąc ludzi starszych i podbijając powagę sytuacji tematem macierzyństwa w późnym wieku, to im bliżej finału, tym bardziej klasyczną komedię romantyczną oglądamy.

Kto lubi takie filmy, nie powinien narzekać. Aktorzy są sympatyczni i świetnie radzą sobie z rolami. Trudno w to uwierzyć, ale wcielająca się w główną bohaterkę Iris Berben ("Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny") ma 64 lata! Trzeba przyznać, że aktorka wygląda fenomenalnie. Dla porównania, wcielająca się w jej matkę Carmen-Maja Antoni ("Parcie na tarcie") jest zaledwie o pięć lat starsza!

Wiem, co myślicie na hasło "niemiecka komedia". Myślę podobnie i dlatego z zaskoczeniem przyjmuję kolejną przyzwoitą komedię z tego kraju. Nie jest to film tak dobry jak poprzednia pozytywna niespodzianka - "Była sobie dziewczynka" - ale seans upływa naprawdę miło. A kiedy coś ruszy się w temacie dobrych komedii w naszym kraju?

Ocena: 3/6



"Pani szuka pana", komedia, Niemcy 2014, 100 min., reż. Sigrid Hoerner, występują: Iris Berben, Edgar Selge, Carmen-Maja Antoni, Björn von der Wellen, Jördis Richter, Götz Schubert, Kirsten Block

Jak zatrzymać ślub

Do przedziału, którym samotnie podróżuje Amanda (Lina Sunden), wchodzi Philip (Christian Ehrnsten). Spokojnemu mężczyźnie nawiązanie kontaktu z choleryczką nie przychodzi łatwo, ale oboje w końcu uznają, że trwającą wiele godzin podróż łatwiej będzie przetrwać, gdy spróbują ze sobą rozmawiać.

Philip to romantyk, który naoglądał się zbyt dużo "To właśnie miłość". Jedzie na ślub dziewczyny, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia w zeszłe wakacje, licząc na to, że uda mu się zatrzymać ceremonię i odbić wybrankę niedoszłemu panu młodemu. Niespodzianka - Amanda zmierza na tę samą imprezę. Jej także podoba się koncepcja niedopuszczenia do zaślubin. Zamknięci w ciasnym przedziale, dla zabicia czasu snuć będą tytułowe wizje.

Pełnometrażowy debiut szwedzkiego reżysera i scenarzysty Drazena Kuljanina zwyciężył w sekcji 1-2 (pierwszy lub drugi film twórcy) 30. Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Polska to jak dotąd jedyny kraj, w którym film był pokazywany. Nie ma wątpliwości, że obraz Kuljanina mocno inspirowany jest Linklaterowską trylogią "Przed wschodem/zachodem słońca/północą". Sympatyczni, ludzcy bohaterowie, których los obchodzi widza i dość interesujące, zwyczajne dialogi sprawiają, że 70-minutowa kinowa podróż upływa bardzo szybko. Gdyby film był dłuższy, mógłby - zupełnie jak jazda pociągiem - wywołać uczucie znużenia.

"Jak zatrzymać ślub" zostawiałby widza z jeszcze lepszym wrażeniem, gdyby bardzo wcześnie nie stawało się oczywiste, na jak potwornie zatłoczoną stację końcową owa fabularna maszyna zmierza. Mimo wszystko, to udany film i bardzo udany debiut, który udowadnia, że czasem wystarczy dwójka początkujących, znajomych aktorów, jeden oświetleniowiec, 250 tys. zł (w przeliczeniu ze szwedzkich koron na polską walutę) i pięciogodzinna podróż pociągiem, żeby nakręcić film, który chce się oglądać.

Ocena: 3/6



"Jak zatrzymać ślub", dramat, Szwecja 2014, 70 min., reż. Drazen Kuljanin, występują: Lina Sunden, Christian Ehrnsten

Szkoła Babel

Czasami pomysł na film znaleźć można tuż za rogiem. Reżyserka Julie Bertuccelli ("Drzewo", "Kiedy Otar odszedł"), niegdyś asystentka Krzysztofa Kieślowskiego czy Bertranda Taverniera, natknęła się nań kilka ulic od własnego mieszkania. Znalazła tam szkołę, w której umieszczono dzieci imigrantów ze wszystkich stron świata. Do 24-osobowej klasy przygotowawczej uczęszczały dzieci z 21 państw, w tym Agnieszka z Polski (choć jej akurat w debiutanckim dokumencie Bertuccelli zbyt wiele nie oglądamy).

Reżyserka spędziła z uczniami, ich wychowawczynią i rodzicami cały rok, podglądając konflikty, klasowe dyskusje i wywiadówki. Wśród dzieciaków znaleźć można, oczywiście, różnorakie typy: m.in. tą "najmądrzejszą" (ale i najsympatyczniejszą, w związku z czym film dużo traci na jej nagłej przeprowadzce) Maryam czy tą mającą największe problemy w nauce i z łatwością zwalającą wszystko na "białych rasistów", czarnoskórą Naminatę.

Dzieci w klasie często rozmawiają na tematy kontrowersyjne, np. o swych różniących się nawzajem religiach. Może wynikać to z ich różnorakiego pochodzenia i chęci konfrontacji poglądów, ale jeszcze bardziej możliwe jest, iż twórczyni celowo naprowadza je na taką tematykę. Najbardziej wątpliwym momentem "Szkoły Babel" jest konkurs filmów dokumentalnych, do którego zgłasza się oglądana przez nas klasa. Fragmenty filmu nakręconego przez uczniów to fragmenty "Szkoły...", którą oglądają widzowie. Kto więc nakręcił co, kto oszukuje i ile prawdy jest w oglądanym przez nas filmie?

Nie jestem pewien, na ile swobodnie czuł się z kamerą każdy występujący w filmie dzieciak i czy kręcenie filmu nie przeszkadzało im w normalnym przeżywaniu roku szkolnego. Poza samym faktem istnienia podobnej klasy, niczego wielkiego się stąd nie dowiadujemy. "Szkołę Babel" ogląda się jednak nie najgorzej, a morał, który może się z niej wykluwać, jest dość krzepiący - młodzi bohaterowie dogadują się całkiem nieźle, jest więc szansa, że mieszane społeczeństwo Francji (i inne podobne) jest w stanie się zintegrować.

Ocena: 2/6



"Szkoła Babel", dokumentalny, Francja 2014, 90 min., reż. Julie Bertuccelli

Agentka

Gdy tajny agent CIA (Jude Law) ponosi klęskę, ktoś musi go zastąpić i dokończyć misję. Na ochotnika zgłasza się współpracująca z nim analityczka biurowa, Susan (Melissa McCarthy). Jeden z najbardziej niezwykłych szpiegów w historii wyrusza na misję, od której - jak zwykle - zależeć będą losy świata.

"Agentka" to komedia sensacyjna specjalisty od żeńskich filmów tego typu, Paula Feiga ("Druhny", "Gorący towar"). Reżyser od dawna chciał nakręcić podobny film z McCarthy w roli głównej i wygląda na to, że niejako uratował jej karierę - ostatnie produkcje z aktorką, mocno opierającą dowcip na swojej otyłości, nie okazywały się sukcesem i niektórzy zaczęli przebąkiwać, że niezatapialna McCarthy może wkrótce pójść na dno.

Pierwsze zagraniczne recenzje "Agentki" są jednak bardzo pozytywne. Chwaleni są również wcielająca się w czarny charakter Rose Byrne ("Sąsiedzi", "Naznaczony") czy parodiujący zwykle grywane przez siebie postaci Jason Statham. Miejmy nadzieję, że Feig rzeczywiście nieźle się spisał, bo dobrze wróżyłoby to przed jego kolejnym projektem - trzecią częścią "Pogromców duchów". "Agentka" wchodzi do kin bez pokazu prasowego.



"Agentka", komedja, akcja, USA 2015, 120 min., reż. Paul Feig, występują: Melissa McCarthy, Jason Statham, Rose Byrne, Jude Law, Morena Baccarin, Bobby Cannavale, Allison Janney, 50 Cent