"Jurassic World" oddaje magię oryginału! "Miłości od pierwszego ugryzienia" łamie konwencje komedii romantycznej i zachwyca [NA CO DO KINA]

Chris Pratt w "Jurassic World" pozuje na Indianę Jonesa i wychodzi mu to świetnie! A w kinach także klasyczny, pełnokrwisty kryminał "Marsylski łącznik" i "Timbuktu", konkurent "Idy" w walce o Oscary. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
Jurassic World

Minęły 22 lata od wydarzeń z "Jurassic Park" (zapomnijmy o dwóch kontynuacjach, bo nie umywają się ani do oryginału, ani do najnowszej odsłony serii). Współcześnie, park prosperuje znakomicie i przyciąga niezliczone rzesze turystów. Bracia Zach (Nick Robinson, "Królowie lata") i Gray (Ty Simpkins, "Naznaczony") wybierają się w odwiedziny do szefującej Jurajskiemu Światu ciotki, Claire (Bryce Dallas Howard, "Osada"). Gray jest dinozaurami absolutnie zachwycony, znudzonego i nieco starszego Zacha interesują raczej dziewczyny i ekran własnego smartfona.

Zarządzająca placówką - a przynajmniej tak jej się wydaje - Claire ma świadomość, że ludzie powoli tracą zainteresowanie, bo w dzisiejszych czasach potrzebują coraz mocniejszych bodźców (to także interesujący przytyk do zasady, którą kieruje się branża filmowa). Dlatego co jakiś czas trzeba dać im nową atrakcję. I właśnie po to powstał Indominus rex - nowa, genetyczna krzyżówka, która już wkrótce wyrwie okrzyki przerażenia z gardeł zwiedzających. I to całkiem dosłownie...

Gdy morderczy dinozaur wymknie się spod kontroli, ratunku trzeba będzie szukać u trenującego velociraptory marine, Owena (Chris Pratt). W tym momencie na scenę wjeżdża jeszcze dziesięć innych wątków, w tym kluczowy dla historii i mocno naciągany pomysł, jakoby wojsko planowało użyć tresowanych dinozaurów jako żołnierzy przyszłości, ale wystarczająca część fabuły trzyma się kupy, a do tego film ogląda się na tyle przyjemnie, że można przyjąć to wszystko za dobrą monetę.

Największym osiągnięciem "Jurassic World" jest zrekonstruowanie magii oryginału. Choć "Park Jurajski" pozostaje niedoścignionym wzorem, to "World" stąpa mu po ogonie i drapie szponami po plecach. Jak udało się osiągnąć ten czar? To złożona kwestia.

Po pierwsze, pod względem konstrukcji filmu, "Jurassic World" bardzo mocno przypomina klasyka Stevena Spielberga, który w roli producenta blisko współpracował z twórcami przy najnowszej odsłonie. Dla dzieci, które nie widziały dzieła z 1993 r., właśnie to może być oryginalny "Park Jurajski". Po drugie, muzyka Michaela Giacchina stanowi skrzyżowanie świetnego, świeżego tematu z dobrze nam znanym, cudownym motywem Johna Williamsa. Gdy ów miks przygrywa widzom podczas oglądania parku z lotu pterodaktyla (chociaż dinozaury z "Jurassic Park" pozostają wizualnie niedoścignione, to "Jurassic World" wygląda naprawdę pięknie, zwłaszcza w IMAX), znów czujemy się jak małe dzieci, na nowo przeżywające piękną, egzotyczną przygodę. Po trzecie, "Jurassic World" udaje się to, co ponad dwie dekady temu udało się "Parkowi", a dziś zdarza się coraz rzadziej - jakimś cudem film otrzymał ograniczenie wiekowe od lat 13, choć jest naprawdę mocny i brutalny. Paskudnych śmierci anonimowych cywilów i mniej anonimowych postaci nie zliczycie, a zdarzają się też momenty, gdy robi się dość gęsto od krwi.

Reżyserowi Colinowi Trevorrowowi, któremu studio odważnie powierzyło stery superprodukcji za 150 mln dol., choć wcześniej zrealizował tylko w miarę udany film niezależny o miłości i podróżach w czasie "Na własne ryzyko" (budżet: 750 tys. dol.), udało się także zmieścić w "Jurassic World" mnóstwo udanych, mniej lub bardziej zauważalnych hołdów i nawiązań do "Parku Jurajskiego" (oraz sporo niezbyt boleśnie - a to ostatnio rzadkość - lokowanych produktów). Wrażliwość twórcy kina niezależnego jest szczególnie widoczna w zwykłych rozmowach między bohaterami. Postacią żywcem przeniesioną z takiej produkcji jest jeden z najbardziej sympatycznych drugoplanowych bohaterów, informatyk Lowery (Jake Johnson, "Udając gliniarzy").

W "Jurassic World" największą frajdę sprawia jednak oglądanie w pełni sprawnego parku rozrywki. Jurajski Świat jest piękny i nie wierzę, że większość widzów nie będzie po seansie trzymać kciuków za to, by takie miejsce naprawdę powstało. Nawet mimo jatki, która musiała się tam przecież rozegrać i w końcu się rozegrała.

Na film, w którym widocznych jest również mnóstwo ukłonów kierowanych w stronę innych filmów Spielberga, a także "Ptaków" czy nawet "Obcego" i "Predatora", słychać donośne narzekania ze względu na jego konserwatywną wymowę: Owen to tradycyjny macho, który musi naprostować błądzącą bez niego karierowiczkę Claire. Mocna maskulinizacja "Jurassic World" jest niezaprzeczalna, ale skoro kino coraz częściej przechodzi na stronę kobiet (pamiętacie ostatniego "Mad Maksa"?) i robi wszystko, by je zadowolić, mężczyźni mogą chyba jeszcze od czasu do czasu pozwolić sobie na staroświecką macho-rozrywkę (trzeba jednak przyznać, że jedna scena, przebiegająca w myśl kampanii "Zdążyłam zrobić karierę, zdążyłam stworzyć genetycznie modyfikowanego dinozaura, nie zdążyłam zostać mamą", w obliczu ostatniej medialnej burzy, wypada arcyzabawnie)?

Na koniec, warto zwrócić uwagę na "czynnik Chrisa Pratta". Aktor zdążył już zostać Hanem Solo nowej generacji dzięki roli w "Strażnikach Galaktyki", a teraz odrobinę pozuje na Indianę Jonesa (Spielbergu, Lucasie, to naprawdę jest dobry pomysł!) w "Jurassic World". Wygląda na to, że Pratt to aktor, do którego należy się udać, by ożywić wielkie marki z przeszłości. Nie miałbym nic przeciwko, by zobaczyć go także w nowych "Pogromcach duchów", "Facetach w czerni", "Akademii policyjnej", a także "Spider-Manie","Transformerach", czy - sam nie wierzę, że to piszę - "Szklanej pułapce".

Ocena: 5/6



"Jurassic World", przygodowy, sci-fi, USA 2015, 125 min., reż. Colin Trevorrow, występują: Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Vincent D'Onofrio, Judy Greer, Jake Johnson, Nick Robinson, Lauren Lapkus, Katie McGrath, Ty Simpkins, BD Wong, Irrfan Khan, Brian Tee, Omar Sy, Eddie J. Fernandez, Andy Buckley

Miłość od pierwszego ugryzienia

W miłości jak na wojnie. Truizm, ale, niestety, tak już jest. Na wojnie też jak na wojnie. A w "Miłości od pierwszego ugryzienia"? Zupełnie inaczej, niż w typowej komedii romantycznej. I zupełnie inaczej, niż mógłby sugerować wampiryczny, zmierzchopodobny tytuł.

Francja się kończy, świat się kończy. Takie można odnieść wrażenie, gdy koledzy Arnauda (Kevin Azais, "Sprawa dla dwojga") rozprawiają o bezrobociu, beznadziei i ucieczce do Kanady, a na każdym kroku można spotkać punkty poboru do wojska. Zapach apokalipsy wisi w powietrzu. Pewnie dlatego Madeleine (Adele Haenel, "Królowa kasyna", "Lilie wodne"), postać żywcem wyjęta z amerykańskich programów telewizyjnych o szaleńcach wykupujących zapasy, budujących schrony i przygotowujących się na apokalipsę, nie wydaje się wcale aż tak szalona. Madeleine uważa, że nie można tylko czekać - trzeba trenować i być gotowym na walkę o przetrwanie.

Chociaż pierwsze spotkanie tej dwójki było zapaśniczym sparingiem, zakończonym nieuczciwym zwycięstwem spanikowanego chłopaka (po prostu ją ugryzł; stąd międzynarodowe zabawy z oryginalnym tytułem filmu - "Les Combattants", czyli "Wojownicy" - który w USA brzmi "Love at First Fight", a w Polsce "Miłość od pierwszego ugryzienia"), Madeleine tak bardzo zaintrygowała Arnauda, że pozbawiony ambitniejszych planów chłopak postanowił jechać za nią na letni obóz przygotowawczy do szkoły wojskowej.

Filmowy debiut reżysera i scenarzysty Thomasa Cailleya to film jednocześnie łamiący wszelkie konwencje i, dla bezpieczeństwa, koniuszkami palców się ich trzymający. Nietypowa komedia romantyczna miesza się z dramatem o dojrzewaniu, film o wojskowym szkoleniu (a może raczej jego parodia) przeistacza się w magiczną opowieść o najpiękniejszych wakacjach w stylu niezależnych amerykańskich "Królów lata", by w końcu uderzyć w nieustannie czające się za winklem apokaliptyczne tony, przywodzące na myśl romantyczną tragedię "Ostatniej miłości na Ziemi". Nic nie dzieje się tu do końca na serio, ale to obraz znacznie poważniejszy od pierwszej lepszej komedii.

Wszystko nie udałoby się tak dobrze, gdyby nie znakomity dobór aktorów. Haenel zdobyła za swoją rolę Cezara dla najlepszej aktorki, zostawiając w pokonanym polu śmietankę francuskich gwiazd, a Azais został wybrany najbardziej obiecującym aktorem. "Miłość..." uznano też za najlepszy debiut, sześciu pozostałych nominacji do Cezara nie udało się już zamienić na statuetki. W Cannes film zgarnął wszelkie możliwe nagrody, przyznawane przez Międzynarodową Federację Krytyków Filmowych w pozakonkursowej sekcji Dwóch Tygodni Reżyserów (wygrał m.in. z wyśmienitym "Whiplash"!). Wszystko wskazuje na to, że Cailley może okazać się reżyserem, który pogodzi "publiczność festiwalową" z "widownią komercyjną". Pozostaje tylko zagryźć zęby w oczekiwaniu na jego kolejny projekt.

Ocena: 4/6



"Miłość od pierwszego ugryzienia", komedia romantyczna, Francja 2014, 100 min., reż. Thomas Cailley, występują: Adele Haenel, Kévin Azais Antoine Laurent

Marsylski łącznik

Marsylia, połowa lat 70. Ambitny Pierre Michel (Jean Dujardin, "Artysta") pnie się w górę po szczeblach sędziowskiej kariery. Michel otrzymuje bardzo odpowiedzialne i pozornie niewykonalne zadanie: ma rozpracować zorganizowaną grupę przestępczą, królującą nie tylko na lokalnym, ale i amerykańskim rynku heroinowym (słynny "Francuski łącznik" z 1971 r. to spojrzenie na ten temat z perspektywy USA). Bossem organizacji jest Gaetan Zampa (Gilles Lellouche, który z Dujardinem grał m.in. w "Niewiernych" i "Niewinnych kłamstewkach"), który swą nieugiętością, elegancją, sprytem oraz wykazywaniem od czasu do czasu ludzkich uczuć także może wzbudzić sympatię widzów. Piekielnie inteligentny Michel to dla niego godny przeciwnik. Zabawę w policjantów i złodziei czas zacząć!

Drugi film Cedrica Jimeneza ("Aux yeux de tous") to typowy, klasyczny, pełnokrwisty kryminał ze wszystkimi zaletami i wadami tej kategoryzacji. Dujardin znakomicie nadaje się do roli ostatniego francuskiego szeryfa ery disco. Epoka została w "Marsylskim łączniku" świetnie odwzorowana, choć trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to tylko plastikowa iluzja rodem z Hollywood, której wystarczy dotknąć, żeby wymacać fałsz i ułudę. Tym większa potrzeba kompletnego zatopienia się w filmie, co ułatwia dobry wybór utworów muzycznych - niekoniecznie z epoki - m.in. w wykonaniu Blondie, Kim Wilde czy Velvet Underground, a ponadto francuska wersja piosenki "Bang bang" w wykonaniu Sheili oraz "This Bitter Earth On the Nature of Daylight", czyli niezwykły miks kompozycji Diny Washington i Maksa Richtera, który powstał na potrzeby "Wyspy tajemnic" Martina Scorsesego (gangsterskie kino tego reżysera to z pewnością jeden z głównych wzorców, z jakich czerpał Jimenez). "This Bitter Earth..." trochę za mocno łamie dźwiękowy schemat "Marsylskiego łącznika", ale niezmiennie i do głębi porusza.

Mimo wszystko, wiele elementów we francuskim obrazie uwiera. Motywacje Michela mogą się momentami wydawać bardzo naciągane. Sporym mankamentem jest też to, że wszystkie sceny, pomysły i rozwiązania, jakie tu zobaczymy, widzieliśmy już wcześniej w podobnych filmach. Ponad dwie godziny to w przypadku "Marsylskiego łącznika" zdecydowanie zbyt długi czas trwania. Bardzo możliwe, że gdyby twórcy odpowiednio nagimnastykowali się w montażowni, film zasłużyłby na lepszą ocenę. Spragnieni klasycznej, kryminalnej opowieści powinni być jednak usatysfakcjonowani.

Ocena: 3/6



"Marsylski łącznik", kryminał, Francja 2014, 135 min., reż. Cédric Jimenez, występują: Jean Dujardin, Gilles Lellouche, Céline Sallette, Mélanie Doutey, Benoit Magimel, Guillaume Gouix, Bruno Todeschini, Féodor Atkine

Timbuktu

Termin "Timbuktu" stał się dla nas synonimem jakiegoś odległego, egzotycznego miejsca. Nie aż tak mitycznego jak Atlantyda czy El Dorado, bo z pewnością istniejącego, ale znalezienie się w kilkudziesięciotysięcznym malijskim miasteczku mogłoby okazać się jeszcze mniej przyjemne, niż utknięcie na tonącej Atlantydzie.

Aktualnie, sytuację można uznać za opanowaną, za co podziękowania należą się m.in. francuskim siłom zbrojnym. Reżyser i scenarzysta Abderrahmane Sissako ("Bamako", "Czekając na szczęście") pokazuje jednak sytuację sprzed kilku lat, gdy władzę w okolicy na wiele miesięcy przejęły ekstremistyczne islamskie bojówki, pragnące szybko i bezmyślnie zaprowadzić dżihad.

W teorii, "Timbuktu" posiada główny wątek, ale jest to jedna z najsłabszych części filmu. Nieco zbyt wyidealizowana, baśniowa wręcz, mieszkająca z dala od całego rozgardiaszu familia, do której terror zaczyna powoli docierać, jedynie bywa interesująca, a ponadto trudno szczególnie współczuć głowie rodziny, która za swoje czyny nie jest poddawana szczególnie nieuczciwemu traktowaniu.

Interesujący może być prezentowany w filmie obraz dżihadystów, którzy rzadko są bezwzględnymi potworami, a częściej zagubionymi owieczkami, po prostu wykonującymi rozkazy (taka próba ich wybielania budzi słusznie niesympatyczne skojarzenia) - postępują zgodnie z religijną instrukcją, nawet jeśli nie do końca ją rozumieją albo się z nią zgadzają.

Zaskakująca może być ilość elementów komediowych, jakie udało się w mauretańsko-francuskim dramacie upakować. Polakom "Timbuktu" może przypominać komedie opowiadające o absurdach peerelu. Gra w piłkę nożną jest zakazana, ale bojówkarze rozprawiają o wyższości Zidane'a nad Messim. Nie wolno tworzyć ani wykonywać muzyki, ale co zrobić, gdy łamiący zakazy śpiewają pieśni chwalące Pana? Zdezorientowany służbista wyjmuje telefon komórkowy i dzwoni do zwierzchnika z pytaniem: "czy powinienem ich aresztować?". Jedna z najbardziej zapadających w pamięć scen ukazuje chłopców grających w piłkę... bez piłki. Muszą ją sobie wyobrażać, by w razie pojawienia się patrolu udawać, że co najwyżej wykonują ćwiczenia gimnastyczne.

"Timbuktu" zdobyło liczne Cezary, startowało w konkursie głównym w Cannes (gdzie wygrało pomniejsze sekcje) i rywalizowało z "Idą" o Oscara dla najlepszego filmu zagranicznego. Są tu fragmenty będące prawdziwymi perełkami, umożliwiające zobaczenie z bliska jak wygląda życie pod butem religijnych fundamentalistów, ale jako fabularna opowieść "Timbuktu" okazuje się czymś nie tak pamiętnym i zdecydowanie mniejszym, niż suma tych składników.

Ocena: 3/6



"Timbuktu", dramat, Francja, Mauretania 2014, 100 min., reż. Abderrahmane Sissako, występują: Ibrahim Ahmed, Toulou Kiki, Abel Jafri, Fatoumata Diawara, Kettly Noël, Mehdi AG Mohamed, Layla Walet Mohamed

Magical Girl

Jak można wywnioskować z rozmowy Luisa (Luis Bermejo, "Samotność") z lekarką, nie ma już szans dla jego chorującej na białaczkę córeczki, Alicii (debiutantka Lucia Pollan). Odrętwiały z bólu mężczyzna zagląda do pamiętniczka do dziewczynki, z którego dowiaduje się, że jej marzeniem jest dożycie 13. urodzin. Niestety, to od niego nie zależy. Bezrobotny nauczyciel decyduje się więc spełnić jej drugie życzenie i zrobić niespodziankę zafascynowanej anime córce, kupując kostium Magical Girl Yukiko. Dopiero gdy mężczyzna spostrzega cenę, jaką przyjdzie mu zapłacić za ubiór ulubionej postaci Alicii, uświadamia sobie, że może to być równie trudne, co zrealizowanie pierwszego marzenia. Doprawdy, mężczyzna nawet sobie nie wyobraża, ile to będzie go kosztować...

Luis wkrótce dowie się, czym wybrukowane jest piekło. Gdy w absurdalny sposób skrzyżują się losy jego i mającej psychiczne problemy Barbary (Barbara Lennie, "Dictado", "Spadająca gwiazda"), film zapowiadający się na wzruszający dramat o sile rodzicielskiej miłości okaże się mrocznym thrillerem z pogranicza "Oczu szeroko zamkniętych" i dziwacznych światów znanych z twórczości Davida Lyncha.

Cały kłopot w tym, że tam wydarzenia i zachowania postaci były zdecydowanie lepiej umotywowane i w swej dziwaczności bardziej wiarygodne. Nieco odstręczająca scena, w której dochodzi do spotkania Luisa i Barbary, ma w sobie sporo niecodziennej magii, dostarczanej widzom przez reżysera i scenarzystę Carlosa Vermuta w jego drugim filmie (wcześniej zrobił wykazujący pewne podobieństwo do "Magical Girl" thriller fantasy "Diamond Flash"), ale jest też niezłym miernikiem niechcianego, piętrzącego się tu absurdu. Próba obrabowania jubilera na dobre otwiera serię kompletnie niedorzecznych decyzji i działań bohaterów, które podejmowane są tylko po to, by Vermut mógł poprowadzić swe postaci o kolejny krok bliżej szubienicy. Ponad dwie godziny to zdecydowanie za dużo czasu ofiarowywanego widzom na obserwowanie tej wędrówki.

Początkującemu twórcy nieco pomagają dobrze wykonujący swą robotę aktorzy, kreujący grzeszne i błądzące, ale budzące pewną sympatię postaci. Lennie za rolę Barbary otrzymała Goyę dla najlepszej hiszpańskiej aktorki, a film zwyciężył w ostatnim festiwalu w San Sebastian, gdzie triumfował również reżyser. Nie wątpię, że w "Magical Girl" jest sporo intrygującej magii, ale sznurki, za które pociąga magik, są tu zbyt dobrze widoczne.

Ocena: 2/6



"Magical Girl", thriller, dramat, Hiszpania, Francja 2014, 127 min., reż. Carlos Vermut, występują: Bárbara Lennie, Julio Arrojo, Luis Bermejo, Javier Botet

Strefa nagości

Tytułowa strefa to żeńska szatnia przy miejskim basenie. Nastoletnia Holenderka Naomi (Sammy Boonstra) zafascynowana jest Famą (Imaan Hammam), dziewczyną o mocno egzotycznych rysach. Czy to miłość od pierwszego wejrzenia? A może pożądanie? Czy bohaterki kiedykolwiek się spotkały? Czy były lub będą partnerkami? Trudno powiedzieć.

Na pewno nie dowiemy się tego z dialogów, bo obraz reżyserki i scenarzystki Urszuli Antoniak ("Nic osobistego", "Code blue") jest ich pozbawiony. Naomi śledzi Famę, spotyka ją w tramwaju, w apartamencie, znowu w szatni. Dziewczęta prowadzą grę spojrzeń i ucieczek wzrokiem, Holenderka rozbiera zwierzynę oczami, a ta gorączkowo zakrywa się, być może powodowana religijnymi ograniczeniami.

Nie da się w stu procentach stwierdzić, co dzieje się tu naprawdę, co działo się, a co może się wydarzyć. Które ze scen są fantazjami, jaka jest właściwa chronologia wydarzeń? "Strefa nagości" nie chce opowiadać historii, tylko pieścić zmysły.

W jakimś stopniu filmowi się to udaje, ale wszystko jest zasługą przyciągających uwagę, pięknych aktorek-debiutantek - z tym że Hammam jest już dość doświadczoną modelką - oraz, przede wszystkim, pięknych zdjęć Piotra Sobocińskiego jr. ("Róża", "Bogowie"). Wyśmienicie, poetycko sfotografowanej "Strefie..." przygrywają udane - choć może nieco zbyt dramatyczne - kompozycje Pawła Mykietyna, który jednak za bardzo zasłuchał się chyba w Maksie Richterze, bo muzyka z filmu Antoniak mocno przypomina to, co można usłyszeć na płycie "Infra" niemieckiego kompozytora.

Powtarzalność sekwencji buduje strukturę "Strefy...", ale działa też na jej niekorzyść i może wywoływać znużenie zaledwie 70-minutowym obrazem. Ileż można patrzeć na grę pozorów pomiędzy dwiema młodymi, pięknymi kobietami? Zaskakująca odpowiedź brzmi: nie za długo. Antoniak inspiracje czerpała m.in. od Rolanda Barthesa czy Sorena Kierkegaarda, ale przemyśleniom z jej najnowszego filmu daleko do twórczości tych panów. "Strefa nagości" może działać nie najgorzej jako tantryczna forma gry wstępnej, ale zdecydowanie lepiej zagrać w tę grę osobiście.

Ocena: 1/6



"Strefa nagości", dramat, Holandia, Polska 2014, 73 min., reż. Urszula Antoniak, występują: Imaan Hammam, Sammy Boonstra, Benjamin de Wit, Rachelle Elbertse

Najdłuższa podróż

Dan Brown pisze bez przerwy tę samą książkę, ale robi to ze zdecydowanie bardziej przyzwoitą częstotliwością od króla romansideł, Nicholasa Sparksa. Tym razem na ekrany trafia adaptacja "Najdłuższej podróży", powieści Sparksa z 2013 r.

Sophia (nagle dużo starsza niż w "Krainie jutra" Britt Robertson) nie chce zakochać się w dosiadującym byków Luke'u, bo gdy wakacje się skończą i tak będzie musiała wrócić do wielkiego miasta. Pewnej nocy młodzi bohaterowie ratują z wypadku samochodowego Irę (Alan Alda), dzięki czemu poznają historię jego miłości.

W filmie George'a Tillmana Jr. ("Siła i honor", "Przepis na życie"), dla którego adaptacji książki Sparksa dokonał współscenarzysta "Czarnego deszczu" Craig Bolotin, przeplatają się właśnie te dwie historie. Jest więc szansa, że jeśli któraś z nich nie przypadnie komuś do gustu, bardziej spodoba mu się ta druga. Jak to z adaptacjami powieści Sparksa bywa, "Najdłuższa podróż" zbiera raczej negatywne recenzje, ale krytycy z USA zaznaczają, że tak udanego filmu w tej nieformalnej serii już dawno nie było, więc jeśli musicie się złamać i dać szansę któremuś z nich, może to być właśnie "Najdłuższa podróż".

Dodatkową atrakcją jest obsada z rodowodem: Scott Eastwood (syn Clinta), Jack Huston (wnuczek Johna) i Oona Chaplin (wnuczka Charliego). Film wchodzi do polskich kin bez pokazu prasowego.



"Najdłuższa podróż", dramat, USA 2015, 140 min., reż. George Tillman Jr., występują: Britt Robertson, Scott Eastwood, Alan Alda, Jack Huston, Oona Chaplin, Melissa Benoist, Lolita Davidovich, Elea Oberon

Więcej o:
Skomentuj:
"Jurassic World" oddaje magię oryginału! "Miłości od pierwszego ugryzienia" łamie konwencje komedii romantycznej i zachwyca [NA CO DO KINA]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX