Więcej, głośniej, mocniej. Jak długo można jeszcze kręcić tak filmy? "Jurassic World" udowadnia, że długo

Czy Hollywood grozi wyginięcie? Jakich rozmiarów kometa (albo trzęsienie ziemi - patrz: "San Andreas") musiałaby uderzyć w fabrykę snów, by zmieść ją z powierzchni ziemi? Magnaci amerykańskiego przemysłu filmowego mogą spać spokojnie - "Jurassic World" jest świetnym dowodem na to, że nawet jeśli kryzys czai się za rogiem, na nim też da się zarobić.
Film Colina Trevorrowa nie tylko zanotował najwyższy wynik weekendu otwarcia w globalnej dystrybucji, ale według poniedziałkowych danych zdetronizował także film "Avengers", który osiągnął 207,4 mln dol. przychodu w Stanach. Nowy rekord należy do "Jurassic World" i jest to 208 mln dol. wypływów w pierwszy weekend wyświetlania filmu w USA.

Amerykański przemysł filmowy jest dzisiaj bardziej pewny swego niż dinozaury w czasach, gdy jeszcze władały planetą. I być może właśnie dlatego "Jurassic World" jest po części (świadomą!) metaforą tego, co dzieje się w branży. Interesujące, że film jednocześnie zwraca uwagę na problem, którego... sam jest częścią.

Dinozaury w świecie smartfonów

Kłopoty w Jurajskim Świecie są nieuniknione. Jego zarządcy - niestety, trafnie - interpretują potrzeby rynku i błyskawicznie starają się je spełnić. Zarządzająca parkiem Claire twierdzi, że goście zaczynają się nudzić i co kilka lat należy dawać im nową atrakcję. Współcześnie nie wystarcza im już możliwość oglądania dinozaurów. To nuda! Klienci chcą widzieć dinozaury większe i groźniejsze niż kiedykolwiek. Bodźce muszą być coraz silniejsze. Inaczej - podobnie jak jeden z bohaterów, mając tuż przed nosem imponujące monstrum w porze karmienia - publiczność machnie na to ręką i ponownie zatopi się w ekranach smartfonów.

To bardzo jasne nawiązanie do tego, co próbują oferować widzom współczesne filmowe superprodukcje. Za każdym razem musi być mocniej, szybciej, groźniej. To dlatego powstaje coraz więcej filmowych serii, doprowadzonych w tym dążeniu do takiego absurdu, że same zaczynają traktować się pół żartem, pół serio (vide "Szybcy i wściekli" albo "Niezniszczalni"). Nigdy jednak nie zechcą stać się stuprocentowym dowcipem, no bo któż chciałby tak myśleć o sobie?



Więcej, głośniej, mocniej

Takie obchodzenie się filmowców z bohaterami doprowadza protagonistów na skraj możliwości. Od dawna bawią zwiastuny każdej kolejnej części filmowej serii, gdzie regularnie padają słowa w rodzaju: "X musi zmierzyć się z zagrożeniem większym niż kiedykolwiek, z przeciwnikiem silniejszym niż dotychczas". Jak to możliwe, że znowu wygra, skoro już pięć części temu ledwo uszedł z życiem z pojedynku z przeciwnikiem - na to wynika - nieporównywalnie słabszym? Dlaczego każemy ulubionym bohaterom tak się męczyć? Czy nie wystarczyłoby usłyszeć w zapowiedzi, że "Spider-Man zmierzy się z przeciwnikiem groźniejszym, niż w części pierwszej i trzeciej, ale dużo słabszym od tego z części piątej i odrobinę mniej groźnym niż ten z siódmej"? Czy zawsze kolejne wyzwania, jakie sobie stawiamy muszą być coraz większe? Czy poprzeczka musi bez przerwy się podnosić? Hm, być może rzeczywiście w takich czasach przyszło nam żyć...

Film Trevorrowa stawia słuszną diagnozę... również sobie. Na tym polega jego autoironiczny wymiar i świadomość swojej istoty. Gorzej, że z chorobą drążącą własny organizm w ogóle nie próbuje walczyć. Jak ktoś słusznie policzył, dinozaury będące największą atrakcją kolejnych filmów z serii za każdym razem mają więcej pazurów. Tak, to właśnie ta zasada: więcej, głośniej, mocniej. "Jurassic World" wprost ją identyfikuje, ale jej nie porzuca. Gra według ustalonych reguł.

Wielkie ponowne otwarcie. Recenzję "Jurassic World" przeczytasz tutaj >>

Kto tęskni za "Parkiem Jurajskim"?

Na szczęście jest też drugi wymiar filmu, który ratuje go przed popadnięciem w ten sam kłopot, z którym zmaga się większość podobnych produkcji. "Jurassic World" nie przeczy, że jest filmem z 2015 r., ale jednocześnie marzy o byciu "Jurassic Parkiem". Film przepełniony jest większymi i mniejszymi nawiązaniami do oryginału (a także innych klasycznych filmów akcji i grozy), próbując sam siebie zaklasyfikować do tej "lepszej" ery. Sama filmowa historia i jej prowadzenie są bardzo podobne do tego, co widzieliśmy w "Parku Jurajskim". I to działa.

Najbardziej jaskrawym przykładem takiego odwołania jest scena, w której komputerowiec Lowery - jedna z najsympatyczniejszych postaci filmu - tłumaczy się kręcącej nosem szefowej z noszenia koszulki z logo Jurassic Park. W tamtych czasach wszystko było lepsze, a dinozaury bardziej prawdziwe - mówi. Część widzów potraktuje to jako strzał w stopę, bo skoro wprost mówimy, że "Jurassic Park" był najlepszy, to co my tu w ogóle robimy? A może twórcy zaskoczą nas za chwilę, przebijając oryginał? Nie, oni bardzo chcą zrobić coś w starym stylu, jednocześnie nie zapominając, w jakich czasach żyjemy i, niechętnie, respektując aktualne zasady panujące w branży. Każdy sam będzie musiał zdecydować, czy takie rozwiązanie go zadowala, ale moim zdaniem reżyser Colin Trevorrow efektownie uszedł z życiem.

Trevorrow za stan hollywódzkich superprodukcji nie obwinia wyłącznie nadawców, ale też odbiorców. Hollywood produkuje takie filmy, bo chce, by podobały się widzom. Spełnia nasze potrzeby. Skoro najnowsze dzieło reżysera zwraca uwagę na ten problem i stanowi po części jego metaforę, to... jak miałaby wyglądać nieubłagana katastrofa Hollywood? Czym będzie dinozaur, który wymknie się spod kontroli i zacznie pożerać własnych twórców oraz widzów? Czy będzie to film tak głupi, że zostawi po sobie niezatarty ślad? Obraz tak niedorzeczny, że już do końca wyłączymy na nim myślenie i zaczniemy bezkrytycznie przyjmować nawet najgłupszą papkę? A może spora część ludzkości się uratuje i na zawsze odetnie od bezmyślnych superprodukcji, skazując ten gatunek na wegetację lub wyginięcie? To skrajne hipotezy, które raczej nie powinny się ziścić, ale... dinozaury pewnie też tak myślały.