Manglehorn ****

Przerost treści nad formą.
Angelo Manglehorn (Al Pacino) to podstarzały ślusarz z małego miasteczka w Teksasie. Ludzie go lubią, bo w codziennych pogawędkach jest - no dobrze, bywa - dla nich miły, ale niewiele miłości ma dla siebie. Z synem (Chris Messina, "Diabeł") od dawna jest poróżniony, więc jeśli nie liczyć wnuczki, największym uczuciem darzy swojego kota.

Ale jest jeszcze ktoś, kogo Manglehorn kocha nad życie. To Clara, jego miłość z młodzieńczych lat. Kocha ją tak bardzo, że każdego dnia pisze do niej listy, w których wywleka swoje wnętrzności i prosi o jeszcze tylko jedno spojrzenie. Niektóre wersy tych listów mogą wydawać się lekko grafomańską pisaniną gówniarza, ale czyż zakochani nie są trochę gówniarzami, a odrobina grafomanii nie jest nieodłączną częścią listów miłosnych? Ważne, że słowa Manglehorna są naprawdę poruszające, a ja czułem się poruszony razem z nim.

Film pełen jest niekoniecznie subtelnej, ale i tak świetnej symboliki. Życie nieustannie dopomina się o podstarzałego bohatera - czy to przez delikatne trzęsienie ziemi, usiłujące potrząsnąć nim i wyrwać z marazmu, czy poprzez kasjerkę Dawn (Holly Hunter, "Fortepian", "Arizona Junior"), z którą Manglehorn regularnie flirtuje, choć gdyby zdał sobie z tego sprawę, mógłby przestać. Ale jest i druga strona medalu. Na skrzynce pocztowej przed domem mężczyzny znajduje się maleńki ul, którego Manglehorn się nie pozbywa. To przypomnienie o tym, że każdy kontakt z innym człowiekiem może wywołać bolesne użądlenie. Może jednak nie warto? Lepsza dawna miłość, niż niepewna przyszłość.

Przygaszony Pacino daje tu najlepszy popis od lat (prawdopodobnie od "Męskiej gry" z 1999 r.). Świetni są też aktorzy drugoplanowi, wśród których znalazło się również miejsce dla reżysera "Spring Breakers" Harmony'ego Korine'a, wcielającego się w postać żywcem wyjętą z jego filmów.

Można podejrzewać, że nieodgadniony reżyser David Gordon Green domyka tym filmem teksańską trylogię, na którą składają się jeszcze "Droga przez Teksas" i "Joe". Znakomitą muzykę do filmu skomponowała lokalna kapela Explosions in the Sky, z której usług reżyser skorzystał już przy okazji "Drogi...". Z kolei debiutujący scenarzysta Paul Logan był wcześniej... kierowcą na planie "Drogi przez Teksas" (a jeszcze wcześniej nakręcił jeden z klipów Explosions in the Sky).

Jak widać, David Gordon Green nie boi się eksperymentować. Nie zawsze wychodzi mu to na dobre. Rozchodzi się jednak o to, żeby minusy nie przysłoniły wam plusów. Najbardziej denerwujące w "Manglehornie" są liczne ściany dźwięku, w których na aktualnie trwające dialogi nałożone zostają wewnętrzne monologi protagonisty, a to wszystko stara się jeszcze zagłuszyć muzyka. Można próbować zrozumieć to rozwiązanie, ale nie można uznać go za udane.

Są w tej dziwacznej baśni sceny całkowicie pokręcone - patrz: wypadek auta z arbuzami (choć najlepsza jest chyba bankowa serenada!) - ale to właśnie one sprawiają, że film, ostatecznie, triumfuje.

"Manglehorn" to jednocześnie obraz przygnębiający i taki, który nawet w godzinie najczarniejszej rozpaczy każe się nie poddawać i poszukiwać w życiu szczęścia. Intrygująca, ale nienaturalna mieszanka. Może dlatego nie do końca działa. Może wolałbym też widzieć nieco inne zakończenie. Jako studium skonfliktowanej wewnętrznie postaci ("Manglehorn" to najwłaściwszy tytuł i dobrze, że polski dystrybutor przy nim nie majstrował), jest to jednak rzecz znakomita.

Ocena: 4/6



"Manglehorn", dramat, USA 2014, 97 min., reż. David Gordon Green, występują: Al Pacino, Holly Hunter, Harmony Corine, Chris Messina

Więcej o: