Sens życia oraz jego brak *****

Michela Gondry'ego wielkie węgierskie wakacje.
29-letni Aron (Aron Ferenczik) to maminsynek i aspirujący pisarz (od dawna powtarza: "moją książkę zacznę pisać w poniedziałek"), który pracą nigdy się nie skalał. Nie dlatego, że leniwa egzystencja jest dla niego wygodna - Aron to delikatny chłopak, który nie umie się postawić i łatwo daje sobą sterować. Niedawno opuściła go miłość jego życia, ale nie miał odwagi powiedzieć o tym ani rodzinie, ani kolegom. Może szczęście znalazłby u boku pięknej kontrolerki biletów... gdyby tylko miał odwagę do niej zagadać. Przekonany, że jego śmierć - kiedyś musi przecież nastąpić - nie obejdzie nikogo, upija się jak nigdy dotąd i pod wpływem alkoholu... kupuje bilet lotniczy do Lizbony. Zanim będzie mógł wybrać się do Portugalii (ale czy w ogóle chce tam lecieć?), będzie musiał odpracować drogi bilet i... może w końcu dorosnąć?

Każdy twórca znad Wisły, który próbował nakręcić podobny film w ostatnim czasie (a trochę ich było, żeby wspomnieć tylko beznadziejne "Heavy Mental" i pretensjonalne "Małe stłuczki"), na widok obsadzonego naturszczykami, niskobudżetowego, pełnometrażowego debiutu 35-letniego reżysera i scenarzysty Gabora Reisza powinien zzielenieć z zazdrości. Reiszowi udało się coś dziwnego i niewytłumaczalnego (oryginalny, węgierski tytuł tłumaczy się właśnie tak: "Jest coś dziwnego i niewytłumaczalnego") - nakręcił świeży, słodko-gorzki, uroczy komediodramat, w którym postaci rozmawiają normalnym językiem i przeżywają prawdziwe problemy młodych ludzi, mieszkających w dużym europejskim mieście. Owszem, parokrotnie film skręca w stronę obrazu tak-pozytywnego-że-aż-prawie-nieprawdopodobnego, ale robi tak tylko po to, by już po chwili przypomnieć widzowi, że nawet jeśli życie zamienia się w bajkę, to tylko na krótką chwilę. Jeśli coś w "Sensie życia..." może denerwować, to aż nazbyt fajtłapowaty główny bohater, ale do jego ogromnych trudności w odnalezieniu się w codzienności można się przyzwyczaić. Tacy ludzie naprawdę są wśród nas.

Film proponuje też kilka wspaniałych trików wizualnych, przywodzących na myśl zagrywki Michela Gondry'ego (któremu notabene przydałyby się króciutkie wakacje). Tyle że jest to Gondry stonowany, nieprzeestetyzowany i natarczywy aż do nudności, jak miało to miejsce w "Dziewczynie z lilią". Weźmy np. dziewczynę Arona, która "cały czas za nim chodzi" - w jednym sprytnym ujęciu ukazano to bardzo dosłownie. Na uwagę zasługuje także oryginalna, świetna forma podania napisów końcowych.

Ale może nie mamy czego zazdrościć węgierskiej kinematografii? Reżyser i scenarzysta (a także operator i współtwórca znakomitej muzyki) twierdzi, że jego film nie jest dla niej reprezentatywny:

- Konstruując zrozumiały i spójny tematycznie film, zadziałałem wbrew dziwnie postrzegającemu publiczność węgierskiemu przemysłowi filmowemu, działającego w taki sposób, jakby próba znalezienia kontaktu z kimkolwiek na sali kinowej nie miała sensu. Tylko poprzez stworzenie czegoś znaczącego, z historią, do której można się osobiście odnieść, zwiększamy swoje szanse na rozpowszechnianie filmu wewnątrz i poza granicami kraju - powiedział Reisz.

Jak powiedział, tak zrobił - film spodobał się na festiwalu w Karlowych Warach oraz w Turynie, gdzie zdobył Specjalną Nagrodę Jury i Nagrodę Publiczności i bardzo szybko znalazł amerykańskiego dystrybutora.

"Sens życia oraz jego brak" to zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy, jakie w tym roku trafiły do naszych kin. Czy ktoś w Polsce odważy się "nawiązać kontakt z widzem, nakręcić coś znaczącego, z historią, do której można się osobiście odnieść?" Trzymajmy kciuki. Trzymajmy je bardzo mocno.

Ocena: 5/6



"Sens życia oraz jego brak", dramat, komedia, Węgry 2014, 96 min., reż. Gábor Reisz, występują: Áron Ferenczik, Miklós Horváth, Bálint Györiványi, Tamás Owczarek, Roland Lukács

Więcej o: