Batman zszedł na złą drogę? Być może. Ale dużo odważniej kroczy po niej Ant-Man, jeden z największych złoczyńców wśród superbohaterów!

Zazwyczaj bohaterowie, którym kibicujemy, to mili goście, którzy ratują koty, przepuszczają staruszkę na pasach i zawsze wiedzą, jak się zachować. Ale nie tym razem! Ant-Man to wśród superbohaterów jeden z największych złoczyńców. A występki wychodzą mu na dobre!
Pozytywne filmy z pozytywnym morałem. To nadal zdecydowanie najpopularniejszy rodzaj kina, który - w opinii producentów - przynieść im może największe zyski. Ważne, żeby ograniczenie wiekowe wykluczało jak najmniejszą grupę potencjalnych widzów, a film mógł dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców. Dlatego bohaterowie, którym kibicujemy, to mili goście, którzy ratują koty, przepuszczają staruszkę na pasach i zawsze wiedzą, jak się zachować.



U Marvela herosi także zazwyczaj nie popełniają złych uczynków

Tak jest i w filmach Marvela, gdzie herosi mogą miewać różne motywacje (np. taki Tony Stark lubi sobie pobrylować i nakarmić wielkie ego), ale w ostatecznym rozrachunku i tak czynią dobro i nie popełniają złych uczynków.

Już - a może zwłaszcza - w złotej erze Hollywood było wiadomo, że film nie może wyprowadzać widza z równowagi i musi zapewniać go o tym, że na świecie triumfuje sprawiedliwość. Bohaterów należy za dobre wynagradzać, a za złe karać. Dlatego nawet pomagająca noirowemu detektywowi kobieta upadłych obyczajów, być może jego dawna miłość, zgodnie z tradycją musi przed końcem filmu umrzeć, bo para się przecież niegodnym zawodem.

Oczywiście, najważniejsze, aby dobrnąć do odpowiedniego zakończenia, ale cel wcale nie uświęca środków. Jasne, dobry glina może sprać złego przestępcę, ale w celu wydobycia informacji nie może zrobić tego samego z dobrym obywatelem (dlatego ci źle potraktowani zawsze mają jakieś brudy za paznokciami).

Ale w "Ant-Manie" jest zupełnie inaczej

Być może ktoś totalnie to przegapił, ale w "Ant-Manie" jest zupełnie inaczej. Zgoda, w ostatecznym rozrachunku protagonista zapewne (uwaga, spoiler?) ratuje świat, odzyskuje kontakt z córką i tak dalej, ale nie osiągnąłby tego wszystkiego, gdyby nie był Złodziejem. I to złodziejem przez wielkie "Z"! Scott Lang wchodzi w posiadanie kostiumu Człowieka-Mrówki - bez którego ww. sukcesów by nie osiągnął - dokonując zwykłego, pospolitego włamania.

I nie jest to przestępstwo "uzasadnione", które łatwo rozgrzeszyć - Lang nie mści się na kimś, kto go wyrolował, nie obrabia cynicznego typa, jak każe klasyka w rodzaju "Ocean's Eleven". Mężczyzna dostaje cynk na sejf w mieszkaniu staruszka, który wyjechał na tydzień z miasta. Dobrze widzicie: nasz wielki bohater okrada starca!

Skok bez szczytnych celów

Okoliczności łagodzących mogą doszukiwać się zwolennicy błyskawicznego zrównania sytuacji ekonomicznej wszystkich mieszkańców Ziemi - wszak okradany, Hank Pym, kierował kiedyś wielką firmą, można więc podejrzewać, że od jednej kradzieży nie zbiednieje. Tyle że nie można być też tego pewnym, zwłaszcza że z zewnątrz jego dom wcale nie wygląda na chatę krezusa.

Próbujmy zatem dalej: przecież Lang tak naprawdę nie okradł Pyma (to raczej nie spoiler?), ale to Pym dał okraść się Langowi, aby sprawdzić, czy mężczyzna nadaje się na jego następcę. Widzowi to powinno wydawać się oczywiste niemal od samego początku, ale przyszły Ant-Man był późną rewelacją kompletnie zaskoczony i nie mógł o tym wiedzieć w momencie podejmowania decyzji o skoku oraz jego przeprowadzania. A przecież w życiu - zupełnie jak przy popełnianiu przewinienia w sporcie - liczą się intencje!

Scenarzyści jakby o tym zapomnieli. Mogli też uznać rzecz za mało ważną lub niewartą potępienia, ale byłoby to sytuacją niezwykle rzadką (no i Ant-Man to jednak nie Deadpool). W prologu próbowali delikatnie przygotowywać grunt pod to, co ma nastąpić - przypominali, że skazańcowi bardzo trudno o znalezienie pracy, zwłaszcza przy obecnej sytuacji światowej gospodarki, a do tego stawką miała być możliwość widywania się z kochaną przez Langa najbardziej na świecie, uroczą córeczką - ale nie zmienia to faktu, że facet nie uratowałby swojego małego i naszego wielkiego świata, gdyby nie postanowił - podkreślmy to raz jeszcze - okraść starszego mężczyzny.

Mroczny Batman? Przy Ant-Manie wypada grzecznie...

Takie rzeczy w kinie się nie zdarzają. Nawet w uważanym za "to mroczniejsze", filmowym uniwersum DC Comics, a raczej jego poprzednim wcieleniu, Batman potrzebował przecież aż ostatecznej próby, najczarniejszej godziny i srogiej porażki poniesionej z ręki Jokera, by zdecydować się na odpalenie aparatury podsłuchującej wszystkich mieszkańców Gotham. Trudno porównywać te dwa rodzaje przestępstw, ale nadal wydaje mi się, że kradzież z włamaniem - zwłaszcza przy obu filmowych sytuacjach - jest odrobinę bardziej godna potępienia (nie wspominając o tym, że Gotham to miasto naprawdę niezłych gagatków).

Morałem "Ant-Mana" - nawet jeśli przypadkowym - jest więc: przestępstwo popłaca. A na pewno nie szkodzi. Do tej pory podobnych rzeczy uczyły co najwyżej te zdecydowanie bardziej mroczne kryminały. Nawet Quentin Tarantino stara się, by w jego filmach triumfowała sprawiedliwość i regularnie uprawia w nich naprawianie historii. "Ant-Manowi" bliżej więc w tej materii do "Podejrzanych" - zabił i uciekł (spróbujcie wymyślić naprędce kilka podobnych tytułów, wcale nie jest to łatwe!). Oczywiście, w swej mrówczej skali - okradł i wyszło mu na dobre (a w dalszej perspektywie: dołączył do Avengers).

Nadal nie potrafię zdecydować czy jest w tym coś złego. Zresztą, dzisiaj nawet Hollywood coraz częściej stara się przypominać nam, że życie nie jest cukierkową, wyłącznie sprawiedliwą bajką. Może wychodzi to na lepsze filmom, chociaż fakt, że "Ant-Man" jest jednym z najlepszych obrazów Marvela, z brakiem przemiany głównego bohatera w uczciwego obywatela raczej nie ma znów tak wiele wspólnego.

Przeczytaj recenzję filmu "Ant-Man" >>

Więcej o: