Gaspar Noé znów szokuje w "Love", a Tomasz Kot znów daje popis talentu aktorskiego [NA CO DO KINA]

W kinach pornograficzne "Love". Zdjęcia do filmu są kapitalne. Ale... tysięczna scena stosunku jest już mocno nużąca. Na ekranach także "Żyć nie umierać" z Tomaszem Kotem, który zaskakuje przemianą do roli. I świetne "1001 gramów", dramat z akcentami komediowymi i nutką romansu. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
1001 gramów ****

Marie (Ane Dahl Torp, "Kolor mleka") jest naukowcem, pracującym dla Norweskiego Instytutu Miar i Wag. Kobieta ma zastąpić swego ciężko chorego ojca na paryskiej konferencji, dotyczącej udoskonalenia standaryzowanego modelu jednego kilograma. Marie dostaje pod opiekę norweski kilogram, który jest w jej środowisku Świętym Graalem.

Cały świat głównej bohaterki jest zresztą doskonale uporządkowany, wymierzony i nie ma w nim miejsca na chaos ani spontaniczność. Ale czy na pewno? Przecież życie osobiste Marie to kompletna katastrofa! Może poszukiwanie idealnego kilograma okaże się tak naprawdę okazją na rozpoczęcie prawdziwego życia?

"1001 gramów" jest filmem świetnym przede wszystkim z dwóch powodów: rozgrywa się w oryginalnym, raczej obcym typowemu widzowi środowisku, dzięki czemu chłonie się ów świat z zachwytem i zaciekawieniem, ale przede wszystkim obraz reżysera i scenarzysty Benta Hamera ("Historie kuchenne", "Factotum") składa się z absolutnie zachwycających kadrów. Są one tak przepięknie skomponowane, jak gdyby Norweg myślał o "Odysei kosmicznej" Kubricka i postanowił zrealizować rzecz podobnie zachwycającą wizualnie, ale znacznie skromniejszą. Jego dziełko mogłoby opowiadać o niczym, a i tak oglądałoby się je znakomicie.

"Factotum" Benta Hamera możesz obejrzeć za darmo TU >>

Ciepły, uroczy dramat z silnymi, bardzo skandynawskimi akcentami komediowymi i nutką romansu zgarnął mnóstwo nominacji do Amandy (nagrody dla najlepszego norweskiego filmu), ale statuetkę zdobył tylko za scenariusz. "1001 gramów" było też nominowane do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego, ale odpadło w eliminacjach. Warto osobiście wyrobić sobie zdanie, czy słusznie.

Ocena: 4/6



"1001 gramów", dramat, Francja, Niemcy, Norwegia 2014, 95 min., reż. Bent Hamer, występują: Ane Dahl Torp, Laurent Stocker, Hildegun Riise, Stein Winge, Per Christian Ellefsen, Didier Flamand, Dinara Drukarova, Daniel Drewes

Love ***

Murphy (Karl Glusman) męczy się w związku z Omi (Klara Kristin). Męczy go nawet ich dziecko. Nieoczekiwanie, mężczyzna znajduje odskocznię w niepokojącym telefonie: oto zniknęła Electra (Aomi Muyock), jego wielka życiowa miłość. Wiadomość uruchamia serię retrospekcji i sprawia, że "Love" - zarówno treściowo jak i formalnie - zmienia się w "500 dni miłości".

Reżyser i scenarzysta Gaspar Noé ("Wkraczając w pustkę", "Nieodwracalne") przyzwyczaił nas do znakomitej oprawy audiowizualnej. Za kapitalne zdjęcia odpowiada jego stały współpracownik, Benoit Debie ("Lost River", "Spring Breakers"). Muzyka świetnie współgra zwłaszcza z kopulacją, uznanie budzi też pseudodynamiczny montaż.

"Wkraczając w pustkę" możesz obejrzeć TU >>

Największy problem widzowie mogą mieć ze scenami seksu (w 3D!). "Love" to po części szczera opowieść o miłości (z wieloma tandetnymi, związanymi z cudownym stanem zakochania dialogami), a po części zwykłe porno. Protagonista - aspirujący reżyser i alter ego Noé - marzy o zrobieniu filmu "sensualnie namiętnego". Wierzy w miłość i seks. Reżyser też na początku traktuje swój seks bardzo poważnie (scena w trójkącie jest naprawdę ślicznie nakręcona), ale z biegiem czasu zaczyna traktować go jak narzędzie dowcipu. Nie wie, co z nim zrobić. Może jego wątpliwości są słuszne - tysięczna scena stosunku jest już mocno nużąca.

Chociaż często byłem w stanie myśleć jedynie o tym, że Glusman (cała trójka, wcielająca się w głównych bohaterów, to naturszczycy) jest zaginionym bliźniakiem Briana Austina Greena (David z "Beverly Hills, 90210"), stonowany eksperyment, jakim okazało się "Love", uznaję za całkiem udaną niespodziankę.

Ocena: 3/6



"Love", dramat, Francja, Belgia 2015, 130 min., reż. Gaspar Noé, występują: Aomi Muyock, Karl Glusman, Klara Kristin, Benoit Debie, Gaspar Noé

Żyć nie umierać ***

Bartek (Tomasz Kot) jest emerytowanym alkoholikiem i czynnym aktorem, który musi imać się różnych chałtur, by przeżyć. Pijacka przeszłość na dobre zraziła do niego byłą żonę i - bo o niej także można tak powiedzieć - byłą córkę. Gdy Bartek dowie się, że zostało mu kilka miesięcy życia, postanowi naprawić dawne błędy i zostawić po sobie jak najlepsze wspomnienia.

Chociaż Janusz Chabior w roli kumpla głównego bohatera dostaje najlepsze teksty, to cały film w ryzach trzyma znakomity Kot. Gdyby w Bartka wcielał się gorszy aktor, z debiutanckiego pełnego metrażu Macieja Migasa mogłoby wiele nie zostać. Reżyser może też liczyć na zdjęcia jak zwykle świetnego Radosława Ładczuka ("Babadook", "Między nami dobrze jest") oraz dobrze komponujące się z filmem piosenki, brzmiące jak tańsze zamienniki zagranicznych hitów, używanych w podobnych opowieściach ("a teraz usiądź i zagraj mi coś jak Bon Iver!").



Migas nie może za to liczyć na scenariusz Cezarego Harasimowicza (adaptacje "Ja wam pokażę!" czy "Wróżb kumaka"), który nie dość, że stanowi zbiór klisz z dawno widzianych filmów tego typu, to jeszcze naznaczony jest Polską Myślą Filmową - gwarantuję wam, że już dawno nie widzieliście tak przygnębiającego komediodramatu. Aż chciałoby się poprawić pisownię tytułu na właściwsze "Żyć? Nie. Umierać!". Dystans do wyśmienitego amerykańskiego "Pół na pół" jest podobny do tego, który dzieli Ziemię i Niebo.

Ocena: 3/6



"Żyć nie umierać", komedia, dramat, obyczajowy, Polska 2015, 120 min., reż. Maciej Migas, występują: Tomasz Kot, Janusz Chabior, Jacek Braciak, Ireneusz Czop, Adam Woronowicz, Andrzej Konopka, Marta Malikowska

We Are Your Friends ***

Cole (Zac Efron) i jego trzej kumple tworzą zgraną paczkę. Wszyscy mają własne marzenia, a do tego jedno wspólne: wyrwanie się z tej dziury, jak nazywają ciemną stronę Los Angeles. Cole chce zostać DJ-em. Wierzy, że do światowej sławy, kariery i kasy wystarczy mu jeden hit (podobno prawdziwi DJ-e mocno się na takie postawienie sprawy oburzają, prawda leży pewnie gdzieś po środku). Przypadkowe spotkanie, możliwe chyba tylko w kinie (albo w Los Angeles), sprawia, że Cole'a bierze pod swoje skrzydła uznany muzyk, który poddał się bezdusznej komercji (nieludzko sympatyczny Wes Bentley). Pewnie byłoby im razem jak w elektronicznym niebie, gdyby Cole nie zakochał się w dziewczynie mentora (Emily Ratajkowski).

Paulo Coelho powiedziałby pewnie, że "We Are Your Friends" to film mający odcienie tęczy i szarości - zupełnie jak życie. Shrek mógłby powiedzieć, że ogry mają warstwy. A ja mam wrażenie, że reżyserski debiut Maksa Josepha jest ze mną zwyczajnie nieszczery. Przez pół filmu przekonuje, że tylko wspomagane narkotykami imprezowanie ma sens, a potem każe się ich wystrzegać. Główny bohater wierzy, że wystarczy jeden przebój, podczas gdy z drugiej strony płynie nauka o konieczności ciężkiej pracy. I wcale nie wygląda na to, że morałem ma być: w życiu bywa różnie. Albo: trzeba i trochę szczęścia, i trochę umiejętności. Ten muzyczny dramat po prostu nie wie, jak jest. A skoro nie wie, to woli odwracać wzrok od własnego pytania.

Reszta to już skrzyżowanie "Wilka z Wall Street" z "Jobsem" i typowy film o miłości nastolatków, życiu 20-latków oraz młodych ludziach walczących o swoje marzenia. Dobra muzyka dopełnia przyjemności z oglądania, ale to film jakich setki, o którym nie będziecie pamiętać tuż po wyjściu z kina. Najlepszy autokomentarz "We Are Your Friends" stanowi wielki hit, który przez cały czas usiłuje napisać Cole - nawet jeśli zrozumie, jak to zrobić i mu się uda... Co jeśli widzowie po usłyszeniu jego opus magnum, będą zawiedzeni?

Ocena: 3/6



"We Are Your Friends", dramat, romans, muzyczny, USA 2015, 96 min., reż. Max Joseph, występują: Zac Efron, Emily Ratajkowski, Wes Bentley, Jon Abrahams, Jonny Weston

Hitman: Agent 47

Tytułowy, genetycznie modyfikowany płatny zabójca (Rupert Friend, "Młoda Wiktoria") musi przeciwstawić się potężnej korporacji i ochronić córkę naukowca (Hannah Ware, "Wstyd"), która może pomóc mu w odkryciu sekretu jego pochodzenia.

Osiem lat temu powstała pierwsza ekranizacja "Hitmana", rozstrzelana przez krytyków i widzów. Wydawać by się mogło niemożliwe, ale pierwsze recenzje nowej wersji filmu są jeszcze bardziej krytyczne. Zabawne, ale scenariusz obu obrazów pisał ten sam człowiek, Skip Woods (fani "Szklanej pułapki" mają prawo nienawidzić go za piątą część serii). Reżyserem został urodzony w Lublinie Niemiec Aleksander Bach, przedtem zajmujący się kręceniem reklamówek i klipów.

Być może dlatego w "Agencie 47" - przynajmniej tak twierdzą amerykańscy recenzenci - więcej lokowania produktów i nieatrakcyjnej przemocy, niż fabuły. Głównego bohatera zagrać miał Paul Walker, ale po śmierci w wypadku samochodowym zastąpił go Friend. Czy nowy "Hitman" równie dobrze mógłby zostać nakręcony przez Uwego Bolla? Nie wiem, film wchodzi do polskich kin bez pokazu prasowego.



"Hitman: Agent 47", thriller, akcja, USA 2015, 95 min., reż. Aleksander Bach, występują: Zachary Quinto, Ciarán Hinds, Rupert Friend, Thomas Kretschmann, Hannah Ware Angelababy, Jürgen Prochnow, Dan Bakkedahl