Grała w Hollywood. Małgorzata Zajączkowska wraca na ekrany polskich kin mocną rolą [WYWIAD]

- Niektóre sceny z ?Nocy Walpurgi? są tak sugestywne, że część widzów dostrzega w nich rzeczy, których tak naprawdę nie ma na ekranie. Byłam pytana, czy nie miałam problemu z obnażeniem przed kamerą swojej nagości - mówi Zajączkowska. Grana przez nią śpiewaczka operowa Nora, obarczona traumą Holocaustu, uwodzi na ekranie w debiucie Marcina Bortkiewicza.
"Noc Walpurgii" zyskała uznanie młodego pokolenia. Ostatnio film zdobył Nagrodę Jury Młodych dla najlepszego filmu Konkursu Głównego 40. Festiwalu Filmowym w Gdyni. Na Koszalińskim Festiwalu Filmowym "Młodzi i Film" Małgorzata Zajączkowska została nagrodzona za "brawurowe i bezgraniczne oddanie się roli w ramach ryzykownej konwencji". A Bortkiewicz za przywrócenie tej aktorki polskiemu kinu.

Bortkiewicz opowiada historię spotkania śpiewaczki operowej i młodego chłopaka, który przychodzi do garderoby gwiazdy, podając się za dziennikarza. W ciągu jednej nocy między tą dwóją rozgrywa się pełna napięcia gra.

Piotr Czerkawski: W swoim dorobku masz między innymi role w "Strzałach na Broadwayu" Allena, "Wrogach" Mazursky'ego i "Constansie" Zanussiego. Co sprawiło, że przy okazji "Nocy Walpurgi" postanowiłaś zaufać debiutującemu Marcinowi Bortkiewiczowi?

Małgorzata Zajączkowska: Wiedziałam na co stać Marcina, bo pracowaliśmy razem już przy - prezentowanym w Cannes - krótkim metrażu "Portret z pamięci". Chodziło mi jednak o coś jeszcze. Pamiętasz "Prostą historię" Davida Lyncha? Gdy w Hollywood dowiedziano się, że reżyser tego formatu po latach przerwy robi nowy film, od razu zgłosili się do niego przedstawiciele dużych wytwórni. Lynch konsekwentnie odmawiał jednak współpracy, bo twierdził, że to bardzo osobisty projekt i chce sprawować nad nim pełną kontrolę. W efekcie nakręcił jeden z najlepszych filmów w karierze. Miałam pewność, że Marcin, choć oczywiście ma w branży zupełnie inną pozycję, będzie równie radykalnie dążył do twórczej wolności, a to dawało nadzieję na kino szczere, poruszające i bardzo uczciwe.



"Noc Walpurgi" to kameralny, rozpisany na dwójkę aktorów film, w którym można dostrzec jednak iście operowy rozmach. Nie mieliście obaw, że ten kontrast okaże się zbyt jaskrawy?

Nie, bo od dawna jestem zdania, że nasze emocje i intelekt karmią się paradoksami. To co oczywiste jest przecież nudne i nieinspirujące. Nie ma nic ciekawego w tym, że wstajesz rano i myjesz zęby. Pomyśl jednak, że gdzieś wyjechałeś, zapomniałeś szczoteczki, a sklepy są jeszcze zamknięte. Musisz poradzić sobie inaczej niż zwykle, uruchomić wyobraźnię i dać upust kreatywności. Podobne impulsy powinna prowokować w nas sztuka. Za jedną z jej najpiękniejszych powinności uważam wytrącanie odbiorców z automatyzmu.



Film Bortkiewicza na dobrą sprawę mógł zostać nakręcony już kilkadziesiąt lat temu. Zamiast artystów współczesnych, przywołujecie w nim Tomasza Manna, Boccaccia czy Viscontiego.

Zarówno w życiu, jak i w sztuce wszystko już było, zostało doświadczone i opowiedziane. Dlatego nie powinniśmy mieć oporów przed sięganiem do klasyki. Rozmawiałam ostatnio z kolegą po fachu, który stwierdził, że - niespodziewanie dla siebie samego - zaczął wracać do Szekspira i uznał, że wszystko, co czytał ostatnio to tylko wariacje na tematy poruszane przez autora "Hamleta". Każdy z nas - ja i Marcin także - ma swoich ulubionych artystów, o których może powiedzieć to samo.

"Noc Walpurgi". zbiera skrajne recenzje. Znam ludzi, którzy ją kochają albo nienawidzą, ale nie ma chyba nikogo kto pozostawałby na wasz film obojętny.

Bardzo nas to cieszy. Ostatnio ktoś znajomy powiedział mi: "Widziałem wasz film. Nie podobał mi się, ale od tygodnia o nim myślę". Podziękowałam i uznałam, że to o stokroć lepsze niż gdyby uznał, że stworzyliśmy genialne dzieło, a potem poszedł na kawę i o nim zapomniał. Sama jako widz mam słabość do filmów dalekich od perfekcji, takich, które mnie uwierają, nawet irytują, ale pozostają w pamięci. Jednym z nich jest "Love Story" - okropnie kiczowate romansidło, a przecież jednak do bólu prawdziwe.

Jakie reakcje na "Noc Walpurgi" okazały się dla was najbardziej zaskakujące?

Jestem pozytywnie zdziwiona tym, że już dwa razy - w Koszalinie i przed kilkoma dniami w Gdyni - otrzymaliśmy nagrodę Jury Młodych. Kiedyś spodziewałabym się wszystkiego, ale nie tego. W końcu co nastolatków może obchodzić czarno-biały film o Holocauście, w dodatku rozgrywający się w środowisku operowym? Gdy nad tym myślę, dochodzę jednak do wniosku, że młodym odbiorcom, którzy - chociażby dzięki internetowi - pozornie mają wszystko na wyciągnięcie ręki, może brakować sztuki poruszającej wyobraźnię.

Przy wszystkich potencjalnych zastrzeżeniach do filmu Marcina, tego akurat odmówić mu nie wolno. Niektóre sceny z "Nocy " są tak sugestywne, że część widzów dostrzega w nich rzeczy, których tak naprawdę nie ma na ekranie. Już kilka razy byłam na przykład pytana, czy nie miałam problemu z obnażeniem przed kamerą swojej nagości. A przecież nie ma w filmie ani jednej sceny, w której występowałabym bez ubrania!

Rola Nory Seidler - śpiewaczki operowej obarczonej traumą Holocaustu - musiała stanowić spore wyzwanie. Jak duży był twój wpływ na ostateczny kształt tej postaci?

Podczas pracy spierałam się czasem z Bortkiewiczem i uważałam, że Nora powinna zachować się inaczej niż napisał w scenariuszu. Marcin kilka razy mi ustąpił, ale zwykle wysłuchiwał moich argumentów, a potem i tak obstawał przy swoim. W pewnym momencie postanowiłam w końcu, że w pełni mu zaufam. Nawet jeśli pojedyncze sceny wydawały mi się niezamierzenie śmieszne czy mało wiarygodne psychologicznie, dochodziłam do wniosku, że Marcin ma w głowie precyzyjny obraz całości i wie lepiej niż ja jak poukładać wszystkie fabularne puzzle.

Czy można powiedzieć, że rola Nory w istotny sposób różni się od twoich dotychczasowych kreacji?

To właśnie wydało mi się w propozycji Marcina najbardziej pociągające. Uprawiam aktorstwo już od 40 lat, więc siłą rzeczy określiłam już swój styl gry i wytyczyłam ramy, w których się poruszam. Większość ról, nawet w niezłych filmach, polega dla mnie już teraz na korzystaniu z wypracowywanych od dawna, schematów. Marcin to pierwszy reżyser od dawna, który zmusił mnie, by je przełamać.



Na czym konkretnie polegał ten proces?

Zwykle starałam się grać postacie, które byłyby znacznie bliższe mnie samej. Nora tymczasem różni się od Małgosi Zajączkowskiej tak bardzo jak to tylko możliwe. Za sugestią Marcina zdecydowałam się na przykład, żeby do tej roli znacząco obniżyć głos. To niby tylko detal, ale pozwolił mi nadać Norze seksapil i zmysłowość, które stały się nieodłączną częścią jej charakteru.

Co jeszcze stanowiło dla ciebie wyzwanie w procesie wcielania się w Norę?

Wyposażenie jej w zupełną obojętność na otoczenie. Nora jest postacią pozbawioną empatii, bezkarną i kapryśną. Pozostaje tak bardzo zakotwiczona w przeszłości, że nie interesuje jej świat bieżący. Jednocześnie nie ma jednak odwagi, by odebrać sobie życie. Zamiast tego prowokuje los i zaprasza go do gry, która ostatecznie wymyka się spod kontroli.

Dlaczego właściwie tak się dzieje?

Rozmawiałam na ten temat z kilkoma psychiatrami. Wszyscy zgodnie twierdzili, że każdy, kto przychodzi do nich do gabinetu prędzej czy później mówi: "Chciałbym panować nad swoimi emocjami". A to przecież niemożliwe. Iluzja, że jest inaczej pozostaje bardzo szkodliwa, a jedną z jej ofiar okazuje się także Nora.



Bardzo chwalisz Marcina Bortkiewicza, ale mam wrażenie, że już od początku kariery miałaś szczęście do twórców z silnymi osobowościami.

Lubię artystów, którzy przemawiają swoim własnym językiem i pozwalają mi go przyswoić. Kimś takim byli na przykład Barbara Sass, Agnieszka Holland czy Krzysztof Zanussi. Aktor, choćby nie wiem jak charyzmatyczny, musi mieć przewodnika. Jeśli pracujemy nad filmem i zauważamy, że reżyser nie jest pewny swojej wizji, waha się i błądzi, automatycznie włączamy mechanizm obronny, nie dopuszczamy go do swojego wnętrza i wspólny projekt po prostu nie ma prawa się udać.

W 1981 roku wyjechałaś z Polski do Paryża. Czy to prawda, że dziś nie wspominasz tego miasta z sentymentem?

Rzeczywiście, mam tam masę przyjaciół, ale nie odwiedzałam ich już od ponad 30 lat. Zgadzam się z kimś, kto powiedział, że Paryż jest jak luksusowa dziwka: bardzo wytworny i zimny. To także miasto wyjątkowo hermetyczne. Ludzie potrafią odrzucić cię, nawet jeśli mówisz po francusku z niedostatecznie wyrafinowanym akcentem. Oczywiście, Paryż potrafi zachwycić, ale bez przerwy pozostawia cię ze świadomością, że jesteś tam obcy.

Z Paryża przeniosłaś się do Nowego Jorku, w którym spędziłaś aż 16 lat. Czy to miasto bardziej odpowiada twojej wrażliwości?

Zdecydowanie tak. Mam wrażenie, że to jedno z niewielu miejsc na świecie, o którym wciąż można powiedzieć, że jest prawdziwie wielokulturowe i otwarte na różnorodność. Jednocześnie jednak, gdy pojechałam tam po raz ostatni, byłam już trochę zmęczona. Nie da się bowiem ukryć, że Nowy Jork to fantastyczne miasto dla ludzi młodych: przyjazne, twórcze i rozwijające kreatywność. Jednocześnie jednak, aby w pełni korzystać z możliwości, które oferuje, trzeba żyć w szaleńczym tempie, które z biegiem czasu coraz trudniej wytrzymać.

W jaki sposób naznaczył cię tak długi pobyt w Ameryce?

Gdy przyjechałam do Nowego Jorku, miałam 28 lat. Byłam więc już osobą ukształtowaną, ale jednocześnie wciąż otwartą na nowe doznania i inspiracje. Z pewnością nauczyłam się tam na przykład szacunku do pracy. Zrozumiałam, że istnieje ogromna różnica między żebrakiem, który po prostu wyciąga rękę po pieniądze, a facetem stojącym na tej samej ulicy i wykonującym choćby najmniej ambitną i najgorzej płatną robotę. Fakt, że dano mi szansę w branży i pozwolono zagrać kilka naprawdę ciekawych ról świadczy o tym, że Amerykanie wciąż są otwarci na przybyszów z zewnątrz. Świadczą o tym zresztą rozmaite branżowe praktyki, na przykład kupowanie praw do scenariuszy powstających w innych krajach.

W 1999 roku zdecydowałaś się na powrót do Polski. Czy trudno było ci odnaleźć się po latach w naszej rzeczywistości?

I tak i nie. W polską mentalność jest wpisanych wiele wad, których nienawidzę, ale jednocześnie nie udaję, że jestem od nich wolna. Tak jak wielu naszych rodaków, bywam na przykład strasznie podejrzliwa, trudno mi uwierzyć w czyjeś dobre intencje. Długo nie mogłam też nauczyć się bezinteresownej uprzejmości, która dla Amerykanów jest czymś zupełnie naturalnym. Na całe szczęście nasze podejście do życia powoli się jednak zmienia, a - głównie dzięki rozwojowi technologii - pokolenie dzisiejszych dwudziestoparolatków jest dziś znacznie bardziej otwarte na świat niż moje.