Tom Hardy w podwójnej roli i spacer po linie między budynkami World Trade Center od twórcy "Forresta Gumpa" [NA CO DO KINA]

W kinach świetny "Legend" o gangsterskim imperium bracia Krayów z brawurowymi rolami Toma Hardy'ego i doceniony na Festiwalu Filmowym w Gdyni "Intruz" Magnusa von Horna o nastoletnim mordercy. A także ?Hotel Transylwania 2?, animacja dla całej rodziny. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
Legend

Londyn, lata 60. Bracia Krayowie stworzyli tam prężnie działające gangsterskie imperium. Najnowszy film Briana Helgelanda, współscenarzysty "Tajemnic Los Angeles" i adaptatora "Rzeki tajemnic", nie jest tak dobry jak dwa wspomniane dzieła, ale z pewnością warto go zobaczyć. Nie tylko dla brawurowo wcielającego się w obu bliźniaków Toma Hardy'ego.

Reggie to wytworny mózg biznesu, a Ronnie nieobliczalna, niszczycielska siła nie w pełni władz umysłowych (jeśli pomyśleliście w tym momencie o Jokerze, szybko powinniście przekierować skojarzenie na Bane'a, w którego również wcielał się Hardy. Chyba największym rozczarowaniem "Legend" był dla mnie moment, w którym uświadomiłem sobie, że aktor przemawia w tej roli głosem z filmu o Batmanie). Reggie buduje, Ronnie rujnuje. "Legend" jest poniekąd "Podziemnym kręgiem" (uwaga! Jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu Finchera, nadchodzi spoiler), w którym to w obie jaźni głównego bohatera wciela się Hardy.

"Legend" opowiada prawdziwą historię, ale trudno sobie wyobrazić, że w rzeczywistości mogło to wyglądać równie barwnie i wesoło. Swingujące czasy w dziele Helgelanda wyglądają olśniewająco, a przestępczy proceder przywołuje skojarzenia z wesołą gangsterką z filmów Guya Ritchie'ego. Nie mogę nie wspomnieć o genialnym głównym motywie muzycznym. Najważniejszymi tematami "Legend" są związek Reginalda z ukochaną kobietą (Emily Browning) i pozycja zakładnika, w jakiej mogą nas postawić więzy krwi. Pierwszy wątek jest zdecydowanie słabszy i poświęca mu się zbyt wiele czasu, na czym traci dynamika braci. Szkoda, bo film mógł być jeszcze lepszy. Jest "tylko" świetny.

Ocena: 4/6



"Legend", biograficzny, gangsterski, Francja, Wielka Brytania 2015, 131 min., reż. Brian Helgeland, występują: Tom Hardy, Emily Browning, David Thewlis, Duffy, Christopher Eccleston, Chazz Palminteri

Intruz

Nastoletni John (debiut Ulrika Munthera, szwedzkiej gwiazdy młodzieżowego popu) wraca do domu po odbyciu kary w poprawczaku. Ojciec nie do końca wie, jaką postawę przyjąć wobec syna. Chciałby wziąć go z powrotem na łono rodziny, ale coraz bardziej czuje, że wpuścił pod swój dach niechcianego intruza. Młodszy brat cieszy się z powrotu Johna, ale widzi jak traktuje chłopaka lokalna społeczność. John już zawsze pozostanie dla niej obcym bez prawa powrotu.

Sukcesem pełnometrażowego debiutu absolwenta łódzkiej "filmówki" Magnusa von Horna (współscenarzysta koszmarnej "Obietnicy" Anny Kazejak) jest to, że potrafi skłonić do współczucia tytułowemu bohaterowi. Szwed osiąga to jednak dość prostymi - albo jedynymi możliwymi - metodami. Mimo wszystko - nawet jeśli niektórzy rówieśnicy Johna zostają przedstawieni jako równie agresywni, szukający kozła ofiarnego nastolatkowie - ani trochę nie dziwię się, że chłopak, który zamordował swoją dziewczynę nie jest mile widziany przez dawnych kolegów i ich rodziców, którzy nie chcą dać mu drugiej szansy i spotykać się z nim na szkolnych korytarzach czy w sklepach. Także uważam, że taki ktoś na drugą szansę nie zasługuje. Wina bohatera czyni "Intruza" jedynie ułomnym kuzynem "Polowania" Thomasa Vinterberga.

Na uwagę zasługują świetne zdjęcia Łukasza Żala ("Ida"). Udany jest trick z pozostawianiem kamery w innym pomieszczeniu, niż aktualnie toczy się akcja, ale co za dużo, to niezdrowo. Kilkakrotne zastosowanie owego zabiegu dobrze oddaje wzajemną obcość bohaterów i pozwala widzowi poczuć się jak intruz, ale nagminne używanie tej sztuczki sugeruje, że ktoś tu naprawdę zapomniał zabrać ze sobą kamerę.

Ocena: 4/6



"Intruz", dramat, Francja, Polska, Szwecja 2015, 100 min., reż. Magnus von Horn, występują: Ulrik Munther, MatsBlomgren, Loa Ek, Alexander Nordgren, Ellen Jelinek, Wiesław Komasa

Hotel Transylwania 2

Minęło kilka lat od wydarzeń z pierwszej części. Tytułowy hotel otworzył się na ludzi i nowoczesne technologie. Tymczasem, Johnny i Mavis pobierają się. Wkrótce rodzina się powiększa. Dracula szaleje ze szczęścia, ale gdy okazuje się, że jego wnuk może być człowiekiem - nie wampirem - nie jest w stanie się z tym pogodzić. Kolejny cios: ludzka natura chłopca może skłonić rodziców do przeprowadzki z Transylwanii do USA. Dracula zrobi wszystko, żeby zatrzymać najbliższych przy sobie.

Polska wersja językowa nie oferuje takich nazwisk, jakie można znaleźć w oryginalnej obsadzie (Adam Sandler, Steve Buscemi czy Mel Brooks), ale i tak wykonana jest bez zarzutu. Druga odsłona przygód potworów i spółki od Giennadija Tartakowskija (twórcy "Laboratorium Dextera" czy "Samuraja Jacka") dokonuje czegoś, co w kinie udaje się rzadko - jest co najmniej równie dobra jak część pierwsza.

Fabuła nie jest specjalnie odkrywcza, ponownie denerwować może wybór współczesnych popowych hitów na ścieżkę dźwiękową, a autorzy znów zbyt często sięgają po tani komizm i każą postaciom śmiesznie tańczyć, ale mniej jest klasycznych wypełniaczy w postaci nudnych scen akcji, postaci są bardzo sympatyczne (zombie nadal zwalają z nóg swoją fizjonomią), a gagi wystrzeliwane są w widzów z prędkością światła. Co najważniejsze, większość żartów jest naprawdę zabawna. To wystarczy, żeby na "Hotelu Transylwania 2" dobrze bawić się całą rodziną.

Ocena: 4/6



"Hotel Transylwania 2", animacja, familijny, komedia, USA 2015, 90 min., reż. Genndy Tartakovsky, występują: Adam Sandler, Andy Samberg, Selena Gomez, Kevin James, Steve Buscemi, David Spade, Keegan-Michael Key, Asher Blinkoff

The Walk. Sięgając chmur

W 1974 r. akrobata Philippe Petit przeszedł po linie rozciągniętej między dwoma budynkami World Trade Center. "The Walk" opowiada o tym, jak Francuz obudził w sobie miłość do balansowania nad przepaścią, wpadł na pomysł przejścia pomiędzy wtedy powstającymi - a dzisiaj już nieistniejącymi - wieżami WTC i przygotowywał się do "wielkiego skoku".

Dramat biograficzny Roberta Zemeckisa ("Forrest Gump", "Powrót do przyszłości") oparty jest na wspomnieniach Petita, więc nie dziwcie się, że protagonista "The Walk" jest człowiekiem tak sympatycznym. Wcielającemu się w głównego bohatera Josephowi Gordonowi-Levittowi ("Looper", "Incepcja") udaje się wybrnąć z ryzykownego pomysłu przybrania kulawego, francuskiego akcentu (i kolejnej w jego karierze oszpecającej charakteryzacji), ale pewnie nie wszyscy będą w stanie go słuchać. Na drugim planie świetnie sprawdza się Ben Kingsley w roli mentora Petita.

Największą siłą "The Walk" miały być niesamowite przeżycia wizualne. Faktycznie, trójwymiarowy spacer nad przepaścią w kinie IMAX (i w 3D) jest spektakularny, ale takie sceny składają się na niewielką część dwugodzinnego filmu. Dłużej oglądamy bohaterów, noszących po kryjomu sprzęt po korytarzach World Trade Center. Wtedy "The Walk" ogląda się jak najmniej emocjonującą wersję "Ocean's Eleven" w historii. Szkoda, ale czasy świetności Zemeckisa - lata 80. i 90. - mamy już chyba dawno za sobą.

Ocena: 3/6



"The Walk. Sięgając chmur", dramat, USA 2015, 100 min., reż. Robert Zemeckis, występują: Joseph Gordon-Levitt, Ben Kingsley, Charlotte Le Bon, James Badge Dale, Ben Schwartz, Steve Valentine

Performer

"Performer" to projekt artystyczny, częściowo oparty na książkowej pozycji Łukaszów Rondudy i Gorczycy, zatytułowanej "W połowie puste. Życie i twórczość Oskara Dawickiego". Problem w tym, że już literacka biografia artysty zawierała mnóstwo fikcyjnych wątków. Co (a także - po co) jest prawdą, a co fałszem w filmie Rondudy i pracującego dotąd głównie przy projektach telewizyjnych Macieja Sobieszczańskiego - rozwikłać nie sposób.

Najprościej rzecz ujmując, "Performer" opowiada o przechodzącym poważny życiowy kryzys Dawickim (w tej roli Dawicki), którego marszandka (Agata Buzek) narzeka na trudności w upłynnianiu dzieł artysty, jego Mistrz (prawdziwy mistrz polskich performerów, Zbigniew Warpechowski) podupada na zdrowiu, a przyjaciel i największy konkurent w jednym (Andrzej Chyra) cieszy się komercyjnym sukcesem.

"Performer" jest abstrakcyjną komedią, podającą w wątpliwość sens takich rzekomo artystycznych przedsięwzięć jak ładowanie głowy do akwarium czy wieszanie się przy pomocy balonów. Gorzej, jeśli źle odczytałem zamiary filmu - na co wpływ mógł mieć m.in. fakt, że Dawicki znany jest z (auto)ironicznego podejścia do sztuki oraz to, że mój stosunek do performance'u jest dość protekcjonalny - i "Performer" tak naprawdę traktuje siebie całkiem serio. Wtedy na pewno musiałbym ocenić go bardziej negatywnie. Mimo wszystko, to dość ciekawe filmowe doświadczenie - chyba że nieco ponad 60-minutowy, artystyczny eksperyment nie jest dokładnie tym, czego oczekujecie od kina.

Ocena: 3/6



"Performer", dramat, Polska 2015, 63 min., reż. Maciej Sobieszczański, Łukasz Ronduda, występują: Oskar Dawicki, Agata Buzek, Andrzej Chyra, Zbigniew Warpechowski, Anda Rottenberg, Jakub Gierszał, Arkadiusz Jakubik, Katarzyna Zawadzka

A film "Człowiek na linie" w reżyserii Jamesa Marsha możesz obejrzeć, nie wychodząc z domu TU >>

Obiecujący początek

Pisarz Martin (Manu Payet) wraca do domu z odwyku, który nauczył go, że na używki lepiej pozwalać sobie tylko co drugi dzień. Jego nastoletni, przyrodni brat, Gabriel (Zacharie Chasseriaud), zakochuje się w dwukrotnie starszej kobiecie (świetna Veerle Baetens, znana z "W kręgu miłości"). Upór chłopaka sprawi, że Mathilde wkroczy w życie jego rodziny. I w końcu podbije nie tylko serce Martina, ale też Gabriela, a nawet ich ojca.

"Obiecujący początek" to obraz Emmy Luchini - początkującej reżyserki, scenarzystki, a nawet - niech jej tam będzie - aktorki. I córki Fabrice'a Luchiniego, wcielającego się w ojca głównych bohaterów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to dzięki niemu autorka w ogóle zajmuje się kinem. Ewentualny talent ma tu odegrania zdecydowanie mniejszą rolę. Niestety, chyba nie wszystkie dzieci powinny iść w ślady rodziców.

Adaptacja powieści Nicolasa Reya - prywatnie przyjaciela Luchini - celuje w półkę z ambitnymi, wyrafinowanymi komediodramatami, odsłaniającymi jakąś większą prawdę o życiu. Niestety, okazuje się jedynie mało zabawnymi, ubogimi w treść, okropnie wlokącymi się popłuczynami po "500 dniach miłości".

Ocena: 2/6



"Obiecujący początek", dramat, komedia, Francja 2015, 90 min., reż. Emma Luchini, występują: Manu Payet, Veerle Baetens, Zacharie Chasseriaud, Fabrice Luchini, Jean-Michel Balthazar, Frédéric Scotlande, Émilie Gavois-Kahn

Panna Julia

Noc świętojańska końca XIX wieku. Pod nieobecność ojca, nieszczęśliwa arystokratka (Jessica Chastain) próbuje uwieść służącego (Colin Farrell). Johnowi pochlebia zainteresowanie ze strony Julii, flirt z nią traktuje jak flirt ze stanem wyższym - lub możliwość zemsty na nim - ale pamięta też o respekcie dla swojego pana i pracującej w kuchni narzeczonej (Samantha Morton). A także o tym, że tytułowa bohaterka wydaje się lekko stuknięta.

Adaptacji naturalistycznego dramatu Augusta Strindberga dokonała Liv Ullmann. Muza Ingmara Bergmana zrealizowała pierwszy film od czasu "Wiarołomnych", nakręconych ze scenariusza mistrza. I popełniała błąd za błędem. Kazała swoim aktorom szarżować i nie kontrolowała ich, a oni grali jakby miało nie być jutra. Można podziwiać aktorski talent całej trójki (i zauważyć, że Chastain ma w twarzy coś z młodej Ullmann), ale nie można nie irytować się i nie drwić, gdy aktorzy rzucają się po całej (niewielkiej) scenie, wypluwają w siebie kwestie i w nieskończoność monologują.

Ullmann wystawia kinową "Pannę Julię" tak, jak gdyby robiła teatr. Aż do przesady. Nie mam problemu z taką konwencją, ale twórczyni doprowadziła ją tu do groteskowych rozmiarów. Sztuczność historii jest przerażająca. Jedyna przyjemność z oglądania filmu płynie ze słuchania wspaniałych kompozycji Chopina, Schumanna czy Bacha. Trio fortepianowe Es-dur, D 929 Franza Schuberta to prawdziwy dar niebios.

Ocena: 1/6



"Panna Julia", dramat, Norwegia, Wielka Brytania 2014, 130 min., reż. Liv Ullmann, występują: Jessica Chastain, Colin Farrell, Samantha Morton, Nora McMenamy