Reżyser "Intruza": Ja też byłbym zdolny kogoś zabić [WYWIAD]

- Młodzi mordercy to nie psychopaci. Są zwyczajni - mówi Magnus von Horn, reżyser ?Intruza?, który właśnie wchodzi do kin. To historia ucznia, który zabił swoją dziewczynę i po odbyciu kary wraca do domu.
W piątek do kin wchodzi "Intruz" Magnusa von Horna, który na 31. Festiwalu Filmowym Gdyni otrzymał nagrody za najlepszą reżyserię i scenariusz. A Agnieszka Glińska otrzymała nagrodę za montaż. Ten film to także jedyna pełnometrażowa polska produkcja pokazana w ramach tegorocznego festiwalu w Cannes.

Bohaterem obrazu von Horna jest 17-letni John, który wraca do rodzinnego miasteczka na szwedzkiej prowincji po spędzeniu dwóch lat w poprawczaku. John pod wpływem zazdrości zamordował swoją dziewczynę. Teraz konfrontuje się ze społecznością, która pamięta tę zbrodnię. Rozmawiamy z reżyserem i scenarzystą głośnego "Intruza".

Dlaczego zdecydował się pan na wybór bohatera, który popełnił zbrodnię? Co jest interesującego w takiej postaci?

Magnus von Horn: Czytałem o różnych młodych zbrodniarzach i młodych mordercach i w większości nie są to psychopaci, ludzie chorzy. Są zwyczajni. Zło, które może się wydarzyć - jest banalne. Często do okrutnych czynów prowadzi miłość, zazdrość. Nie ma konkretnych powodów, dla których ktoś kogoś zabija. Właśnie to mnie ciekawi. Uświadomiłem sobie, że ja też byłbym zdolny kogoś zabić. To było dla mnie przerażające. Dlatego chciałem napisać o tym scenariusz. Opisałem to, czego się boję.



Ale w "Intruzie" nie koncentruje się pan na samej zbrodni, a na momencie powrotu bohatera do rodzinnego miasta. I społeczności, w której ludzie wiedzą, że zamordował swoją dziewczynę.

- Sama zbrodnia o wiele mniej mnie ciekawi niż moment powrotu Johna. Mieszkańcy miasta traktują go jak innego, jak osobę niepotrzebną. John różni się od nich, bo zbił, ale emocjonalnie nie jest od nich inny. Otaczający go ludzie nie uświadamiają sobie, że mają potencjał, aby dopuścić się zbrodni jak on.

Dlaczego John decyduje się wrócić do tego miasta?

- Takie rozwiązanie pozwala mu poczuć się mniej samotnie. Mówi o tym w filmie wprost. Wraca do ojca i brata. W innym mieście musiałby udawać i żyć w napięciu, że ktoś go pozna. Wracając, nie wie, czego się spodziewać. Jest w nim jakaś nadzieja, że zostanie ponownie zaakceptowany, ale mieszana z poczuciem niesprawiedliwości.

Czuje, że to nie tylko jego wina, że zrobił to, co zrobił. Może ma poczucie, że to wina ojca, kolegów, szkoły, systemu. John jest w końcu dość agresywny. Jego zachowanie jest pewnym rodzajem zemsty. W końcu członkowie tego społeczeństwa traktują go jak kulę u nogi. Chcą się go pozbyć.

Przeczytaj recenzję "Intruza" >>

W "Intruzie" odczuwa się duże napięcie, które wywołują spotkania Johna z bliskimi ofiary. W paru scenach dochodzi do wybuchowych konfrontacji. Której ze stron pan kibicuje?

- Każda postać w tym społeczeństwie ma swoje racje. Nie wiem, kim bym był, gdybym mieszkał w tej społeczności i mój kolega wróciłby z poprawczaka. Mogę teoretyzować, mogę myśleć, że byłbym dobry, ale nie wiem. Wszystkie z tych postaci rozumiem, także te, które mają najmniej w sobie tolerancji do głównego bohatera. To było dla mnie bardzo ważne, żeby nie pokazywać Johna jako ofiarę. Zabił. Moi bohaterowie nie są zbudowani na zasadzie jasnych opozycji.

Czy istnieje możliwość wybaczenia? W filmie dochodzi do spotkania chłopaka, który popełnił zbrodnię, z matką zamordowanej dziewczyny.

- Jeśli chodzi o wybaczenie ze strony matki, to myślę, że jest to niemożliwe. Jednak w pewnym momencie jego życie zależy od niej i ona pozwala mu żyć dalej. Może to uważa za większa karę dla niego. Albo widzi, że nie ma sensu go zabić, bo byłaby taka jak on. Jednak Johnowi to spotkanie pozwala uświadomić sobie, że musi wyjechać z miasta. Że doszło już do wszystkich możliwych konfrontacji. I to daje mu siłę, aby żyć dalej.

Dla mnie najważniejszy jest proces wybaczenia sobie. Czy John jest w stanie to zrobić? To nie stanie się w ciągu jednego dnia. W filmie obrazuję początek tego procesu.

Zastanawia mnie, że bohater wraca do rodzinnej społeczności i nie ma żadnego wsparcia psychologa. Jak wyglądają takie sytuacje w Szwecji?

- Jeśli chciałby mieć wsparcie, porozmawiać z terapeutą, to mógłby je dostać. Społeczeństwo nie narzuca jednak określonych rozwiązań. Skoro John nie ma 18 lat, to jego ojciec mógłby o tym zadecydować. Ale on w filmie wolałby zapomnieć o tym, co się wydarzyło.

Co musiałoby się stać, aby mógł zaistnieć dialog między bohaterami?

- Nie daję rozwiązania. Nie jestem filozofem społecznym ani geniuszem. Mogę tylko stawiać pytania, ale sam nie znam na nie odpowiedzi. Bardzo ważne wydaje mi się, aby mężczyźni więcej między sobą rozmawiali. Chodzi o relację ojca i syna, ale też w ogóle o relacje między facetami, o to, aby była między nimi emocjonalna relacja. Mężczyźni, którzy boją się swoich emocji, nigdy nic dobrego nie zrobią.

Czy uważa pan, że resocjalizacja jest możliwa?

- Nie wiem. W Szwecji odbywają się próby kontrolowanych spotkań między zbrodniarzem i ofiarą. Jest możliwe takie spotkanie np. ze złodziejem, który ukradł ci portfel. Nawet z mordercą bliskiej ci osoby. Wydaje mi się, że to jest potrzebne. Ale też rozumiem, że wiele ludzi się tego boi.

Czyli wierzy pan w pozytywne skutki takiego kontaktu?

- Tak. Gdzieś głęboko czuję, że zbrodniarze i ofiary czują podobnie. Jest między nimi kontakt, który wynika z tego, że dzielą między sobą traumatyczne wydarzenie. Jeśli zbrodniarz ma sumienie, to jest w stanie współczuć ofierze. Dzieli z nią ważne doświadczenie.

Polsko-szwedzki "Intruz" trafi do kin 9 października.

A tu całkiem za darmo możesz zobaczyć film "Echo" Magnusa von Horna:



Więcej o: