Gotycki romans z elementami horroru od twórcy "Labiryntu fauna" i "11 minut", polski kandydat do Oscara [NA CO DO KINA]

W kinach "Crimson Peak. Wzgórze krwi" Guillermo del Toro. To wizualna uczta, która przypomina "Lśnienie". Na ekranach w końcu "11 minut" Jerzego Skolimowskiego, które jest polskim kandydatem do Oscara, i "Życie na kredycie", konkurencyjny film z Islandii. A także "Sól ziemi" Wima Wendersa o legendarnym fotografie Sebastiao Salgado. Jest na co wybrać się do kina!
Crimson Peak. Wzgórze krwi

Mimo obiekcji ojca (znakomity Jim Beaver, znany z serialu "Nie z tego świata"), początkująca amerykańska pisarka (Mia Wasikowska) zakochuje się w tajemniczym Angliku (Tom Hiddleston) i wraca z nim i jego siostrą (Jessica Chastain) do ich rodzinnego domostwa. Tytułowa posiadłość okaże się przerażającym, nawiedzonym miejscem. Czy główna bohaterka zdoła przeżyć i nie postradać zmysłów?

Żeby "Crimson Peak" nie rozczarował, trzeba mieć świadomość, że to najprawdziwszy gotycki romans z elementami horroru. Rzecz, którą Guillermo del Toro równie dobrze mógł nakręcić w czasach, w których toczy się akcja. Tempo filmu jest niespieszne, ale bardzo spokojny początek jest równie dobry, co finałowa rozgrywka, mogąca kojarzyć się z "Lśnieniem". Hiddleston gra na swoim poziomie, Wasikowska ("Stoker") odtwarza charakterystyczną dla siebie postać, toteż z biegiem akcji na największą wirtuozkę wyrasta Chastain.

Najważniejsza jest jednak wizualna uczta, jakiej można się spodziewać po filmie del Tora. Niemal wszystko jest tu przepiękne, więc tym większe rozczarowanie budzą rozczarowująco niepomysłowo przedstawione zjawy, wyglądające trochę jak Kevin Bacon w "Człowieku widmie". Fabuła też jest mało odkrywcza, ale odnoszę wrażenie, że autorowi właśnie o to chodziło. Chociaż "Crimson Peak" to udane kinowe przeżycie, przy okazji zaczynam nabierać pewności, że del Toro nie jest takim wizjonerem, jakiego w nim upatrywaliśmy. Jedynym arcydziełem w dorobku Meksykanina pozostaje "Labirynt fauna". Bardzo chciałbym jednak, aby ktoś dał mu w końcu pieniądze na ekranizację twórczości H.P. Lovecrafta, po której musiałbym odwoływać te słowa.

Ocena: 4/6



"Crimson Peak. Wzgórze Krwi", horror, USA 2015, 120 min., reż. Guillermo del Toro, występują: Mia Wasikowska, Jessica Chastain, Tom Hiddleston, Charlie Hunnam, Jim Beaver, Burn Gorman, Leslie Hope, Doug Jones

11 minut

Młoda aktorka (Paulina Chapko) spotyka się w hotelu z hollywoodzkim filmowcem (Richard Dormer), stosującym nieczyste metody castingowe. Zazdrosny mąż (Wojciech Mecwaldowski) próbuje zapobiec katastrofie. Kurier (Dawid Ogrodnik) dostarcza paczkę tajemniczemu adresatowi. Niecierpliwie wyczekuje go też ojciec (Andrzej Chyra), zboczony sprzedawca hot dogów. Postaci w "11 minutach" jest jeszcze więcej, a losy wszystkich w pewnym momencie muszą się połączyć. Wydaje się to nieuniknione.

Jerzy Skolimowski nie bawi się w półśrodki. Nadal interesują go tylko wielkie tematy, choć życie każdej robotnicy w ludzkim mrowisku jest dla niego ważne. Po milczącym "Essential Killing", kręci film, będący ogłuszającym, wizualnym wrzaskiem. Pięknym, choć - jeśli wyjrzeć poza rodzime poletko - niezbyt odkrywczym. Autor używa aparatów telefonicznych, monitorów przemysłowych, kręci nawet z punktu widzenia psa. Najczęściej okazuje się to sztuką dla sztuki, ale prawdziwą sztuką jest tak dobrze ukrywać ten fakt przed widzem.

"11 minut" najbardziej cierpi na słabym rozpisaniu filmowych historii. Większość bohaterów to zaledwie marne szkice postaci, a ich opowieści mogły zostać skopiowane z gotowej bazy danych. Wszystko w dziele Skolimowskiego opiera się na wyczekiwaniu na finał, który może wydać się przejmujący, zabawny, głupi, slapstickowy, przygnębiający albo otępiający. A może wszystko naraz. Przesłanie jest niedopowiedziane, ale przez to wnioski, które sami zdecydujemy się z filmu wysnuć, przemawiają jeszcze mocniej. Może nie jest to materiał godny Oscara, ale słusznie i skutecznie przypomina człowiekowi o potędze chaosu.

Ocena: 4/6



"11 minut", thriller, psychologiczny, Polska, Irlandia 2015, 80 min., reż. Jerzy Skolimowski, występują: Paulina Chapko, Richard Dormer, Wojciech Mecwaldowski, Andrzej Chyra, Dawid Ogrodnik, Agata Buzek, Piotr Głowacki, Jan Nowicki

A tu całkiem za darmo możesz obejrzeć film o Jerzym Skolimowskim - "Rysopis Skolimowskiego" w reżyserii Jerzego Kołata:



Sól ziemi

Fotograf Sebastiao Salgado to postać światowej sławy, choć niekoniecznie poza swoją branżą. Przez ostatnie 40 lat zjeździł wszystkie kontynenty, dokumentując piękno dzikiej natury i tragedie, spowodowane przez naturę ludzką. Teraz jego syn, Julian Ribiero, zaprosił do współpracy znanego reżysera Wima Wendersa ("Pina", "Niebo nad Berlinem"), aby wspólnie z nim udokumentować życie i twórczość ojca.

Film to sztuka audiowizualna, a "Sól ziemi" może być na to jednym z najlepszych dowodów. Subtelnie towarzysząca zdjęciom muzyka znakomicie komponuje się z obrazem. Opowieści z życia Salgada też są interesujące, ale największą atrakcją dokumentu jest bez wątpienia pokaz slajdów, czyli nieprawdopodobne kadry uchwycone przez fotografa. Często bywam sceptyczny wobec tak poetyckich kompozycji, uwieczniających ludzkie tragedie i wierzę, że autorzy zdjęć gotowi są własnoręcznie przemieszczać ciała oraz reżyserować umierających, byle tylko osiągnąć najlepszy efekt (nie oglądaliście "Wolnego strzelca"?), ale Salgado nie byłby w stanie w podobny sposób kontrolować zwierząt, a zdjęcia przyrody należą do najpiękniejszych w jego zbiorach.

Wielokrotnie nagradzana (m.in. Specjalna Nagrody Jury w sekcji Un Certain Regard w Cannes, Cezar za najlepszy dokument i Nagroda Publiczności na Docs Against Gravity) "Sól ziemi" nie odpowiada na wszystkie pytania - nie wiemy np., dlaczego Salgado nie robi zdjęć w kolorze - ale i tak w pełni usatysfakcjonuje miłośników fotografii. I nie tylko ich.

Ocena: 4/6



"Sól ziemi", dokumentalny, Brazylia, Francja, Włochy 2014, 110 min., reż. Juliano Ribeiro Salgado, Wim Wenders

Życie na kredycie

Eik (Hera Hilmar z serialu "Demony da Vinci") jest samotną matką, pracującą jako przedszkolanka i dorabiającą jako luksusowa prostytutka. Zapijaczony, zapuszczony pisarz Mori (Thorsteinn Bachmann, "XL") właśnie napisał najlepszą powieść w swojej karierze. Biznesmen Solvi (Thor Kristjansson, "Zagrywka Czarnego") odnosi coraz większe sukcesy w pracy, ale odbija się to na jego życiu rodzinnym. Cała trójka próbuje zbudować sobie przyszłość, ale zaciągnięte niegdyś kredyty (a nawet: "kredyty") nie pozwalają im uciec od przeszłości.

Historie bohaterów powiązane są nieco na siłę i może zupełnie niepotrzebnie, ale to jeden z najmocniejszych zarzutów, jakie można postawić "Życiu na kredycie" (no, jest jeszcze ten zabawnie brzmiący polski tytuł). Brak tu wybuchów i strzelanin, ale film bez trudu potrafi utrzymać uwagę widza przez ponad dwie godziny.

Obraz Baldvina Zophoniassona ("Nerwówka") zgarnął Eddy - nagrody islandzkiego przemysłu filmowego - w niemal wszystkich możliwych kategoriach, więc nie ma co się dziwić, że został posłany do oscarowego boju. Eliminacji w kategorii filmów nieanglojęzycznych nie przeszedł, ale widzom lubiącym słodko-gorzkie dramaty społeczne wart jest polecenia. Ocena: 4/6



"Życie na kredycie", dramat, Islandia 2014, 130 min., reż. Baldvin Zophoniasson, występują: Thor Kristjansson, Hera Hilmar, Porsteinn Bachmann, Kristen Lea Sigr~dardóttir, Sveinn Ólafur, Gunnarsson Ingvar, Pórdarson Laufey, El~asdóttir Markus Reymann

Ugotowany

Adam Jones (Bradley Cooper) był kiedyś królem kulinarnego Paryża. Narkotyki, alkohol i podły charakter sprawiły, że znalazł się na dnie. Po latach, Jones odnajduje się w Londynie i chce jeszcze raz powalczyć o trzy gwiazdki Michelin. Szef kuchni potrafi zjednywać sobie ludzi i nimi kierować, więc nic dziwnego, że - niczym w "Ocean's Eleven" - szybko rekrutuje dawnych oraz nowych współpracowników, a potem rusza na podbój wysublimowanych kubków smakowych.

Jeśli narzekacie na ekspozycję w filmach Christophera Nolana, poczekajcie tylko na komediodramat Johna Wellsa ("Sierpień w hrabstwie Osage"). Mętna przeszłość protagonisty ma uniewinniać wprowadzenie dialogów takich jak: "Przypomnij mi, za co mnie nienawidzisz, przecież wiesz, że ostro dawałem wtedy w palnik i w ogóle nie pamiętam, czym ci zawiniłem...". Cooper ewidentnie stał się ostatnio świetnym aktorem i faktycznie wygląda tu na zmęczonego życiem, ale raczej nie przypomina byłego fana cracku. Obsada jest znakomita (m.in. Sienna Miller, Daniel Bruehl, Omar Sy), ale robota nie pali jej się w rękach. Alicia Vikander, której postać działa nomen omen ex machina, pojawia się zaledwie na parę chwil. Żal Emmy Thompson, która mogłaby w tym czasie zająć się czymś na miarę swojego talentu. Miło chociaż w epizodzie zobaczyć dobrze trzymającą się Umę Thurman.

Scenariusz Stevena Knighta ("Locke", kulinarna "Podróż na sto stóp") nie jest zły, ale jest trochę niedogotowany. Znalazło się tu miejsce na co najmniej jeden mocny zwrot akcji, ale inne rozwiązania doskonale go anulowały. "Ugotowany" okazał się zaledwie letni. Może programy kulinarne święcą triumfy w telewizji, ale w kinach nie mają ostatnio dobrej passy. Czas na zmianę menu.

Ocena: 3/6



"Ugotowany", komedia, USA 2015, 90 min., reż. John Wells, występują: Bradley Cooper, Sienna Miller, Emma Thompson, Uma Thurman

Sztuka uciekania

Naszym przewodnikiem po "Sztuce uciekania" jest homoseksualista Antoine (Laurent Lafitte, "Niewinne kłamstewka"), pozornie najporządniejszy z trzech braci, bo w długim i szczęśliwym związku, choć spotkanie z przystojniakiem z przeszłości może kazać mu zweryfikować dobre zdanie o sobie. Gerard (Benjamin Biolay, "Stella") jest w separacji i pracuje w podupadającym, rodzinnym sklepie. Louis (Nicolas Bedos, "Wspaniała") jest od dawna zaręczony, ale właśnie spotkał miłość swojego życia, a jego narzeczoną kochają tak naprawdę tylko zgorzkniali rodzice bohaterów.

Drugi film Brice'a Cauvina oparty jest na drugiej powieści Stephena McCauleya (na podstawie debiutu Amerykanina prawie dwie dekady temu powstała komedia romantyczna "Moja Miłość" z Jennifer Aniston i Paulem Ruddem). To zwyczajny, typowy komediodramat, opowiadający o życiu, uczuciach, ważnych decyzjach, relacjach międzyludzkich itp. Problemem jest tylko to, że się nie udał.

Będąc fanem francuskiego kina, piszę to z żalem, ale ostatnio coraz częściej przychodzi mi oglądać niezbyt ciekawe filmy tamtejszej produkcji (dwa tygodnie temu podobnie męczył mnie "Obiecujący początek"). Jeśli macie ochotę na naprawdę udaną rzecz o życiu i całej reszcie, polecam odkopać jeden z najlepszych filmów tego roku, węgierski "Sens życia oraz jego brak".

Ocena: 2/6



"Sztuka uciekania", dramat, komedia, Francja 2014, 100 min., reż. Brice Cauvin, występują: Laurent Lafitte, Agnis Jaoui, Benjamin Biolay, Nicolas Bedos, Marie-Christine Barrault, Guy Marchand

Piotruś. Wyprawa do Nibylandii

Pewnie od zawsze zastanawialiście się, skąd wziął się Piotruś Pan? No właśnie, początkujący scenarzysta Jason Fuchs chyba też za długo się nad tym nie zastanawiał... Warner Bros. zapatrzyło się na Disneya, taśmowo przerabiającego swoje animowane klasyki na filmy aktorskie i uznało, że też tak potrafi. Nie potrafi, a do tego masakruje oczy spektakularnym nagromadzeniem marnej jakości komputerowych efektów specjalnych.

W tej wersji przygód Piotrusia (młodziutki Levi Miller daje radę), protagonista jest mieszkańcem dickensowskiego sierocińca, z którego piraci porywają małych chłopców na darmową siłę roboczą. Przywódcą podniebnych korsarzy jest Czarnobrody (Hugh Jackman w kampowym kostiumie, być może nieświadomie parodiujący siebie z "Nędzników"). W wyrwaniu się z rąk pirata i wypełnieniu przeznaczenia pomoże Piotrusiowi odważny młodzieniec, Hak (Garret Hedlund jako Indiana Jones/Chris Pratt). Tytułowy bohater ma być bowiem zbawcą plemienia wróżek (Rooney Mara wygląda zjawiskowo jako ich liderka). Tutaj film znienacka przenosi się na Pandorę i dość bezwstydnie zaczyna kopiować Avatara. Przez ekran przemykają jeszcze zmultiplikowana Cara Delevingne i komputerowo przerobiona Amanda Seyfried, co tylko wzmaga podejrzenia, że postprodukcja "Piotrusia" była dziwnym, paskudnym procesem, mogącym kryć wiele smakowitych anegdot.

Joe Wright ("Pokuta", "Anna Karenina") zmieścił w swoim filmie zaledwie parę udanych scen. Najbardziej niedorzeczną jest z kolei ta, w której "Smells Like Teen Spirit" Nirvany wykonywane jest jako piracki hymn. Za tym pomysłem musiał stać jakiś dziwaczny, biznesowy plan, którego autor z pewnością pochodzi z Nibylandii.

Ocena: 2/6



"Piotruś. Wyprawa do Nibylandii 2D", fantasy, przygodowy, dla dzieci, USA 2015, 110 min., reż. Joe Wright, występują: Hugh Jackman, Levi Miller, Garrett Hedlund, Rooney Mara, Adeel Akhtar, Nonso Anozie, Amanda Seyfried, Kathy Burke

Łowca czarownic

Pięćset lat po wyniszczającej wojnie między ludźmi i czarownicami, obłożony klątwą nieśmiertelności ostatni łowca (Vin Diesel) krąży po Nowym Jorku, zwalczając niedobitki mrocznych sił. Jak się pewnie domyślacie, wkrótce będzie musiał stoczyć bitwę o przetrwanie naszej rasy.

Pomysł filmu zrodził się wiele lat temu z rozmów scenarzystów (odpowiedzialnych m.in. za marnego "Draculę: historię nieznaną") i Diesela na temat gier fantasy ze świata Dungeons & Dragons. Potencjalni reżyserzy się zmieniali, rozpoczęcie prac wielokrotnie opóźniano, aż w końcu stery nad przygodowym filmem akcji powierzono Breckowi Eisnerowi ("Sahara").

Vin Diesel miał nadzieję, że trafi na kolejną żyłę złota, ale - mimo dobrej obsady (pojawiają się tu jeszcze m.in. Elijah Wood i Michael Caine) - nic na to nie wskazuje. Pierwsze amerykańskie recenzje są druzgocące. Skomentować ich nie mogę, ponieważ film wchodzi do polskich kin bez pokazu prasowego.



"Łowca czarownic", fantasy, przygodowy, USA 2015, 105 min., reż. Breck Eisner, występują: Vin Diesel, Elijah Wood, Rose Leslie, Michael Caine