Gajewski: Kiedy Grażyna Szapołowska dowiedziała się, jakie jest honorarium, zagrała za darmo. Tak się kiedyś kręciło filmy w Polsce [WYWIAD]

Na ekranach kin od połowy października "Obce niebo", poruszający i wstrząsający dramat o polskiej rodzinie skonfrontowanej ze szwedzkim systemem socjalnym. Tymczasem my przypominamy "Warszawę", film, od którego reżyserska kariera Dariusza Gajewskiego nabrała tempa. Pracę nad produkcją wspomina sam twórca.
"Warszawa" sporo namieszała w polskim kinie. Był rok 2003 i widzowie na ekranach mieli do wyboru przede wszystkim wielkie produkcje lekturowe. Te filmy przyciągały tłumy ze szkół, ale były jednak odklejone od polskiego tu i teraz. Gajewski dokonał swoistej rewolucji i pokazał nam coś diametralnie innego. Na ulicach Warszawy przecinają się ścieżki kilkorga bohaterów - Klary (Agnieszka Grochowska), Pawła (Łukasz Garlicki), Wiktorii (Dominika Ostałowska), Andrzeja (Lech Mackiewicz), Jana (Sławomir Orzechowski) i pewnego starszego pana, powstańca (Andrzej Szenajch)...



ROZMOWA Z DARIUSZEM GAJEWSKIM

Dagmara Romanowska: Od premiery "Warszawy" minęło już 12 lat. Jak dziś patrzy Pan na ten film?

Dariusz Gajewski: To bardzo ważny obraz w moim życiu. Pojechaliśmy z "Warszawą" do Gdyni - jako jedyni nie mieliśmy plakatu. I wygraliśmy! Dostaliśmy wszystkie najważniejsze nagrody [Złote Lwy dla najlepszego filmu, za reżyserię i scenariusz, montaż oraz drugoplanową rolę kobiecą; a także wyróżnienie Stowarzyszenia Filmowców Polskich "za twórcze przedstawienie współczesności" - przyp. DR]. Wywołało to jakieś niedowierzanie środowiska filmowego, które "Warszawy" nie zobaczyło, bo projekcję przygotowano o jakiejś dziwnej i niewygodnej porze.

"Warszawa" - choć wcześniej realizował Pan dokumenty i miał na koncie nagrodzony Wielkim Jantarem - Grand Prix festiwalu "Młodzi i film" w Koszalinie i prezentowany w konkursie kina niezależnego w Gdyni dramat "Alarm" - wpłynęła na Pana karierę, ale również drogi zawodowe Agnieszki Grochowskiej, Dominiki Ostałowskiej. Ten film był jakąś rewolucją w naszym kinie - dowodem na to, że można myśleć i kręcić inaczej.

- "Alarm", który powstał tylko siłą woli, zupełnie bez pieniędzy - do tego stopnia, że na planie nie było nawet wody do picia, a Paweł Althamer, za co do dziś jestem mu bardzo wdzięczny, wybudował scenografię za darmo z własnych materiałów - ten wariacki film przyśpieszył realizację "Warszawy". Bardzo mi pomógł sukces w Koszalinie. Późniejsze, gdyńskie nagrody dla "Warszawy" rzeczywiście można określić mianem pewnej rewolucji. Jury pod przewodnictwem Marka Koterskiego miało odwagę, żeby wyjść poza zaklęty krąg przewidywalnych werdyktów z lat 90. Ta decyzja w jakimś sensie otworzyła polskie kino, zmieniła sytuację i pokazała, że jakiś chłopak znikąd, prawie bez środków, może wygrać ten festiwal. Koterski wyważył drzwi, wręcz rozwalił ścianę. Kolejne werdykty z Gdyni były już zupełnie inne niż te z wcześniejszej dekady.

Lata 90., początek XXI wieku - to nie był dobry okres dla polskiego kina. Nie było jeszcze Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Dziś wydaje się to niemal niemożliwe, że udało się "Warszawę" zrobić... Finansowanie przyszło z TVP - Agencji Filmowej oraz zrestrukturyzowanego dwa lata później Studia Filmowego im. Karola Irzykowskiego.

- Dysponowaliśmy budżetem odpowiadającym kosztom jednego odcinka serialu. Nie było więc pieniędzy, ale powstawało wówczas tak mało filmów kinowych, że wszyscy chcieli przy "Warszawie" pracować. Aktorzy. Ekipa. Był jakiś głód, który sprawił, że siłą woli ten film zrealizowaliśmy. Ciągle dziękuję Grażynie Szapołowskiej, która wystąpiła w niewielkiej, ale za to bardzo eleganckiej roli. Gdy dowiedziała się, jaką stawkę producent może jej zapłacić, zrezygnowała z honorarium i zagrała. Po prostu wierzyła w ten film.

Zdjęcia powstały w dość trudnych warunkach - w czasie wyjątkowo mroźnej zimy.

- Trochę przygód mieliśmy. Na planie zawsze było przynajmniej minus dziesięć stopni. Kiedy kręciliśmy scenę tańca flamenco na przystanku, było minus dwadzieścia trzy stopnie. Dominika Ostałowska wybiegła na chodnik, błyskawicznie zatańczyła i pół godziny odmarzała w samochodzie przed następnym dublem. Poniekąd ten ziąb ułatwił mi reżyserię - aktorzy byli bardzo skoncentrowani. Chcieli raz dwa zagrać swoje i schować się w cieple. Działy się też inne rzeczy. Wielokrotnie w czasie pracy pękały nam kable - miedź źle znosi tak niskie temperatury. Staje się krucha. Na początku zdjęć naprawa zajmowała elektrykom po dwadzieścia minut, pod koniec wystarczało im już półtorej minuty. Warunki były dość ekstremalne. Podejrzewam, że każda normalna produkcja przy takiej pogodzie przerwałaby zdjęcia i czekała na poprawę. My nie mogliśmy sobie na to pozwolić ze względów finansowych.

Zima jednak wzmacnia klimat "Warszawy".

- Bardzo chciałem sfotografować Warszawę właśnie zimą. Atmosfera tego miasta - trochę surrealistyczna, gęsta, wielowarstwowa - ujawnia się moim zdaniem najbardziej właśnie wtedy, gdy jest ono przysypane śniegiem. Swoją drogą każdy gram śniegu, który widać na ekranie jest prawdziwy. Może brakowało nam pieniędzy, ale jakaś dobra siła nam sprzyjała. Ktoś czuwał, by rzeczy się działy. Gdy w planie mieliśmy właśnie takie "śnieżne" sceny, śnieg zawsze zaczynał padać. Ta zima, paradoksalnie, bardzo dobrze "Warszawie" zrobiła.

Dziś, gdy mamy już Polski Instytut Sztuki Filmowej, Studio Munka, w którym zresztą pełni Pan funkcję dyrektora artystycznego, szereg innych inicjatyw, szkół, o realizację debiutu o wiele łatwiej...

- I chwalić Pana! Wtedy filmy powstawały wyłącznie dzięki uporowi i woli filmowców. Zanim stanąłem na planie "Warszawy", ze scenariuszem chodziłem przez sześć lat. Podobał się wszystkim, którzy go czytali, ale nie było żadnych możliwości realizacji. Na plan weszliśmy dzięki Jerzemu Kapuścińskiemu, który w TVP uruchomił cykl "Pokolenie 2000", mający na celu pokazanie nowych twórców. Wtedy to była jednostkowa inicjatywa, dziś sytuacja wygląda diametralnie inaczej. Wszyscy producenci szukają nowych talentów i ciekawych projektów. Trochę zazdroszczę dzisiejszym absolwentom szkół filmowych - wystarczy mieć ciekawy scenariusz i znajdzie się środki na jego realizację.

Wracając do samej "Warszawy" - nie chciałby Pan nakręcić "Warszawy 2015"?

- Szczerze? Zaczynam o tym myśleć. Ta dekada, ten czas, który dzieli nas od powstania "Warszawy", to cała epoka. To dziś zupełnie inne miasto, inni ludzie, inne cele, inny rodzaj życia. Byłoby ciekawie sportretować dzisiejszą Warszawę.

Może na ten projekt nie będziemy musieli czekać tak długo jak na "Obce niebo"?

- Nie mam imperatywu, by kręcić film każdego roku. Uważam, że potrzeba naprawdę poważnego powodu, by podjąć się realizacji filmu. Po "Lekcjach Pana Kuki" zrobiłem sobie dość dużą przerwę, ale dopiero historia z "Obcego nieba" zafascynowała mnie i zagarnęła. Teraz pracuję nad innym filmem - kończę właśnie pisać scenariusz, więc za wcześnie, by o nim rozmawiać, ale Warszawa coraz bardziej mnie fascynuje.