Filmowy mit rockmana: Mozart, Morrison, Curtis, Cobain... Szczerość może być czasami zbyt brutalna

Kino uwielbia rockmanów. Ich barwne życie na ogół jest gotowym scenariuszem na przebój. Jednak dla niektórych reżyserów seks, narkotyki, rock'n'roll, a nawet efektowne samobójstwa to za mało i postanawiają dodać jeszcze coś od siebie lub na siłę wykrzywić rzeczywistość. Ile jest prawdy, a ile artystycznej kreacji w najsłynniejszych filmowych mitach o muzykach rockowych?


M jak Mozart, M jak Morrison

Gdy w połowie lat osiemdziesiątych Miloš Forman zapragnął zekranizować sztukę Petera Shaffera poświęconą życiu Wolfgana Amadeusza Mozarta, żadne większe studio filmowe nie było zainteresowane tym projektem. Na listach przebojów królowali wówczas Tina Turner, George Michael i Duran Duran - wysokobudżetowy, niemal trzygodzinny film o XVIII-wiecznym kompozytorze nie zapowiadał się na kasowy hit. Dziś wszyscy kojarzymy "Amadeusza" jako laureata ośmiu Oscarów i żelazną pozycję każdej listy filmów wszech czasów.

Gdyby rzeczywiście powstał film historyczny, pewnie nie osiągnąłby takiego sukcesu. "Amadeusz" zawdzięcza swój cały urok przewrotności materiału wyjściowego, który ma niewiele wspólnego z faktami historycznymi, lecz przedstawia Mozarta w szalenie atrakcyjny dla publiczności sposób - jako najprawdziwszego rockmana muzyki klasycznej. Nie bez powodu austriacki piosenkarz Falco napisał swój największy przebój zainspirowany filmem Formana.



Podobnych przeinaczeń, choć na dużo mniejszą skalę, dopuściła się superprodukcja Olivera Stone'a o Jimie Morrisonie z Valem Kilmerem w roli głównej. Wszyscy muzycy The Doors krytykowali ją za to, że na siłę mitologizuje ich kolegę z zespołu i ukazuje go przede wszystkim jako narkomana i alkoholika, zapominając przy tym o jego poetyckiej stronie. Robby Krieger obszedł się z filmem "The Doors" najłaskawiej. Przyznawał, że choć nie pozwala widzowi w żaden sposób zrozumieć zachowania Morrisona, został całkiem nieźle zrobiony, a rola Vala Kilmera jest niesamowita. John Densmore pisał w swojej książce "Riders on the Storm", że Stone oparł swoje dzieło na micie Morrisona, zamiast na prawdziwym życiu, z kolei Ray Manzarek otwarcie przyznawał, że człowiek na ekranie to nie ten Morrison, którego znał. Na krótko przed śmiercią zaangażował się w produkcję dokumentu "When You're Strange", który określił jako prawdziwą, anty-Stone'owską historię The Doors.

O tym, jak na siłę dramatyzował swój film twórca "Plutonu" i "Urodzonych morderców", mówi nam paradoksalnie jedna z jego najlepszych scen. Gdy The Doors zostali zaproszeni do występu na żywo w programie Eda Sullivana, poproszono ich o zmianę kontrowersyjnego fragmentu piosenki "Light My Fire". Wers "Girl, we couldn't get much higher" kojarzony był z odlotem narkotykowym, nie można więc było użyć go na wizji. Zespół pierwotnie przystał na prośbę realizatorów, lecz w filmie Stone'a oglądamy, jak Val Kilmer nie tylko wypowiada zakazane słowo, lecz także w bezczelny sposób je podkreśla. W czasach internetu możemy szybko zweryfikować wizję reżysera z faktami. Choć to doskonała scena, która stanowi jedną z głównych podwalin filmowego wizerunku Morrisona, nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.





Curtis i Cobain. Historię piszą wdowy

W 2007 roku ceniony holenderski fotograf Anton Corbijn zrealizował "Control" - biografię Iana Curtisa i Joy Division. Trudno o lepszego kandydata do tego zadania: Holender znał osobiście zespół i na tyle cenił jego twórczość, że z własnej kieszeni dołożył do budżetu filmu ponad dwa miliony euro. Udało mu się zrealizować autentyczne i przejmujące arcydzieło, które ukazywało zimną, nudną codzienność Manchesteru, stanowczo przedwczesne małżeństwo Curtisa i wreszcie jego samobójstwo w przeddzień wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. "Control" zostało nagrodzone m.in. na festiwalu w Cannes, zdobyło też statuetki BAFTA oraz BIFA. Jak najbardziej na te wszystkie nagrody zasłużyło - należy tylko pamiętać, z czyjej perspektywy została opowiedziana ta historia.

Scenariusz powstał na podstawie książki "Przejmujący z oddali" autorstwa wdowy po wokaliście Joy Division. Deborah Curtis bez oporów opowiedziała o fizycznych i psychicznych problemach swojego męża, a także o jego romansie z belgijską dziennikarką Annik Honoré. Zdawała się w tym wszystkim dostrzegać jednak tylko jedno - dla niej najważniejsze - oblicze swego męża. Tymczasem basista Joy Division słusznie stwierdza w swojej książce (Peter Hook, "Joy Division od środka. Nieznane przyjemności", wyd. Bukowy Las 2014), że jego przyjaciel był o wiele bardziej złożoną osobą: - Wcielał się w trzy różne osoby jednocześnie i chciał spełnić się w każdej z tych ról: roli męża, który spędza czas z żoną w domu, skandalizującej gwiazdy i wrażliwego poety. Żonglował tymi rolami tak długo, aż w końcu nie mógł już rozpoznać, którą z granych osób jest naprawdę. W pewnym momencie okazało się, że bawi się uczuciami dwóch kobiet jednocześnie. Zapędził się w tym udawaniu.

Choć film Corbijna spotkał się z bardzo przychylną reakcją żyjących członków zespołu, warto uzupełnić go sobie książką Petera Hooka lub starszym o pięć lat "24 Hour Party People", który skupia się na muzycznej stronie Curtisa w kontekście całej wytwórni Factory Records.



Fikcja kontra rzeczywistość

"Control" to według jednego z recenzentów na tyle uniwersalna opowieść o depresji i utracie kontroli nad własnym życiem, że nawet lepiej wyobrazić sobie, iż opowiada o fikcyjnym zespole. Niektórzy twórcy filmowi obierają właśnie taką drogę, nie wskazując wprost, kim inspirowali swoje filmy. Todd Haynes przedstawił w swoim "Idolu" całą gamę nawiązań do życiorysów autentycznych gwiazd glam rocka, z Davidem Bowiem na czele. Z kolei Gus Van Sant przez lata pragnął zrealizować biografię Kurta Cobaina. Ze strachu przed pozwami ze strony Courtney Love, ostatecznie zrealizował "Last Days" jako opowieść o fikcyjnym muzyku rockowym. Trzeba było poczekać jeszcze 10 lat, zanim do kin weszła pierwsza produkcja filmowa w pełni autoryzowana przez wdowę po Cobainie. "Kurt Cobain: Montage of Heck" to co prawda film dokumentalny, a nie fabularny, lecz może właśnie w tym kierunku należy iść, szukając prawdy o muzykach rockowych?

"Some Kind of Monster" Joego Berlingera i Bruce'a Sinofsky'ego pokazał w 2004 roku szerokiej publiczności, że dokumenty muzyczne nie muszą być nudne. Zamiast gadających głów, które prześcigałyby się w wychwalaniu historii zespołu Metallica, mieliśmy okazję wejść do studia i obserwować go w najbardziej intymnych i ekstremalnych momentach, które wymagały interwencji psychologa. Nawet jeśli kiedyś doczekamy się fabularyzowanej biografii Lemmy'ego z Motörhead, ciężko jej będzie powiedzieć więcej o jego szczerym oddaniu muzyce, niż zrobił to dokument "Lemmy" Grega Ollivera i Wesa Orshoskiego. Jak jednak pokazała tegoroczna "Amy" Asifa Kapadii, w niektórych przypadkach brutalna szczerość może być nawet zbyt przytłaczająca. Czy lepiej dać się ponieść kreowanemu mitowi, czy zajrzeć za jego kulisy w poszukiwaniu prawdy? To już zależy tylko od nas.



Więcej o:
Skomentuj:
Filmowy mit rockmana: Mozart, Morrison, Curtis, Cobain... Szczerość może być czasami zbyt brutalna
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX