Michael Fassbender robi cyfrową rewolucję, Maciej Stuhr i Roma Gąsiorowska w kontynuacji popularnej polskiej komedii romantycznej [NA CO DO KINA]

W kinach godny polecania "Steve Jobs" i "Listy do M. 2", dużo mniej udana kontynuacja popularnej polskiej komedii romantycznej. Ale zdecydowanie warto zwrócić uwagę na udanych "Imigrantów", "Moją matkę" Nanniego Morettiego i "W objęciach węża" o rdzennych kulturach Amazonii. Podpowiadamy, na co wybrać się do kina, a które filmy omijać szerokim łukiem.
Steve Jobs

Gdyby Aaron Sorkin urodził się pięć stuleci temu, nazywałby się William Szekspir. To być może najbardziej ceniony współczesny scenarzysta. Jeden z nielicznych, dostępujących szacunku należnego w jego zawodzie. Dzisiaj częściej mówi się już o filmach ze scenariuszem Sorkina, niż filmach danego reżysera (a "Steve'a Jobsa" nakręcił nie byle kto, bo Danny Boyle). Jego barokowy styl jest tu na tyle widoczny, że... aż przeszkadza. Pisząc rzecz o fikcyjnych osobach, mógłby sobie na nie pozwolić. Jakoś trudno jednak uwierzyć, że nie tylko Jobs, ale i wszyscy z jego otoczenia w rzeczywistości byli mistrzami oratorstwa i przerzucali się puentami, które w normalnych warunkach godzinami wymyślałby cały sztab ludzi.

Ta niepodważalna sztuczność sprawia, że trudno uwierzyć, iż jesteśmy świadkami prawdziwych scen z życia współzałożyciela Apple'a. To jednak dzięki podkręceniu dialogów do absolutnych granic - jest to dramat przegadany, oparty na nieustannych konfliktach, które zajawiane, prowadzone i rozwiązywane są poprzez rozmowę - "Steve'a Jobsa" ogląda się tak dobrze. Być może właściwym miejscem dla tej produkcji byłyby deski teatru.

Ogromne uznanie należy się fenomenalnej obsadzie. Michael Fassbender jest znakomity w tytułowej roli, choć zwolennicy hiperrealizmu mają prawo do czepiania się zbyt mocno rozwiniętej muskulatury aktora. Prawdziwy Jobs raczej nie mógł się taką pochwalić. Świetni są też Kate Winslet i Jeff Daniels. Film godny polecenia, tylko nie oczekujcie od niego poczucia prawdziwej biograficzności.

Ocena: 4/6



"Steve Jobs", dramat, USA 2015, 120 min., reż. Danny Boyle, występują: Michael Fassbender, Kate Winslet, Seth Rogen, Jeff Daniels, Michael Stuhlbarg

Imigranci

Wojna domowa na Sri Lance dobiega końca. Główny bohater musi uciekać z wyspy. Przybiera tożsamość martwego mężczyzny ("Dheepana", jak brzmi oryginalny tytuł filmu), dobiera sobie fałszywą żonę i córkę, gdyż takowe widnieją w dokumentach zmarłego i wraz z przybraną rodziną ucieka do Francji. Przybysze zostają umieszczeni w imigranckiej dzielnicy na przedmieściach Paryża i próbują odnaleźć się w nowym środowisku. Początkowo wszystko idzie dobrze i bohaterowie chyba sami zaczynają wierzyć, że są rodziną. Rzecz komplikuje się, gdy dociera do nich, że uciekając przed regularną wojną, trafili w sam środek wojny gangów.

Jacques Audiard ("Prorok", "Rust and Bone") trzyma poziom! Inspirowany "Listami Perskimi" Monteskiusza i planowany jako swobodny remake "Nędznych psów" Sama Peckinpaha (inspiracja szczególnie dostrzegalna po zaskakującej wolcie gatunkowej trzeciego aktu) dramat to kolejna wciągająca, znakomicie nakręcona przez Francuza historia. Świetnie wypada nieprofesjonalna obsada - wcielający się w tytułowego bohatera Jesuthasan Antonythasan naprawdę jest byłym Tamilskim Tygrysem, który w latach 80. uciekł do Francji i został pisarzem, a udająca w filmie jego żonę Induska Kalieaswari Srinivasan wcześniej grała tylko w teatrze.

Sensacyjny zdobywca Złotej Palmy na tegorocznym festiwalu w Cannes (niektórzy krytycy swoje oburzenie werdyktem wyrażali w sposób nieparlamentarny) to rzecz bez wątpienia udana. Największe wątpliwości budzić może finał, w którym "Imigranci" zamieniają się w bollywoodzkie kino akcji. Finał nakręcony w taki sposób, że trudno powiedzieć, czy jego miejsce jest właśnie w Bollywood, czy w gronie najbardziej realistycznych rozrób w historii kina. Takich, z których dumny mógłby być Emmanuel Lubezki ("Ludzkie dzieci").

Ocena: 4/6



"Imigranci", dramat, Francja 2015, 109 min., reż. Jacques Audiard, występują: Antonythasan Jesuthasan, Vincent Rottiers, Marc Zinga, Kalieaswari Srinivasan, Claudine Vinasithamby

Moja matka

Margherita (Margherita Buy, "Czerwony i niebieski") kręci kolejną zaangażowaną społecznie fabułę. Na planie nic nie idzie po jej myśli, ale jeszcze gorzej jest w życiu prywatnym. Reżyserka nie potrafi pogodzić się z umieraniem matki (cudowna Giulia Lazzarini), nie potrafi też odpowiednio się nią zaopiekować. Dobrze, że przy staruszce czuwa równie zdruzgotany brat głównej bohaterki (wciela się w niego reżyser Nanni Moretti, którego matka odchodziła, gdy kończył prace nad "Habemus papam"). Poziom zamętu podwyższy jeszcze przyjazd amerykańsko-włoskiej gwiazdy (w tej roli świetny John Turturro), która okaże się mitomanem i dyletantem (i mocnym elementem humorystycznym).

Najnowszy, mocno autobiograficzny dramat Morettiego pozwala podpatrzeć jak wygląda - wcale nie tak wzniosła - codzienność ludzi kina. Najlepiej ograny zostaje jednak główny temat filmu, czyli kwestia bezsilności w obliczu nieuniknionej śmierci najbliższej osoby. Główną ozdobą "Mojej matki" są jednak sceny marzeń - sennych i na jawie - Margherity, np. ta, w której kobieta spotyka znajomych w niemożliwie długiej kolejce do kina.

Film nominowany był do Złotej Palmy na ostatnim festiwalu w Cannes, ale musiał zadowolić się Nagrodą Jury Ekumenicznego. Ma parę słabszych, wolniejszych momentów, ale skutecznie wynagradza je tymi najlepszymi.

Ocena: 4/6



"Moja matka", dramat, Francja, Niemcy, Włochy 2015, 102 min., reż. Nanni Morett, występują: Margherita Buy, John Turturro, Giulia Lazzarini, Nanni Moretti, Beatrice Mancini

W objęciach węża

Rzecz luźno oparta na dziennikach niemieckiego odkrywcy Theodora Kocha-Gruenberga i amerykańskiego biologa Richarda Evansa Schultesa. Alter ego tego pierwszego (w tej roli znany z "Borgmana" Jan Bijvoet) przemierza amazońską dżunglę na początku XX w. Filmowy odpowiednik drugiego (Brionne Davis) podąża śladem poprzednika kilkadziesiąt lat później. Obaj poszukują legendarnej leczniczej rośliny, yakruny. Obu towarzyszy Karamakate, ostatni przedstawiciel wymarłego plemienia.

Trzeci film Cira Guerry ("Wietrzne podróże", "Cień przechodnia") to techniczny majstersztyk: od przepięknych, plenerowych zdjęć, przywodzących na myśl jakiś utracony, niebezpieczny raj po znakomitą realizację dźwięku, pozwalającego zatracić się w dżungli i na chwilę uwierzyć, że jesteśmy częścią niebezpiecznej wyprawy. Postaci mówią tu w sumie w dziewięciu językach i dialektach, a seans można równie dobrze potraktować jak wycieczkę etnograficzną.

"Ginie pamięć o prekolumbijskich cywilizacjach Amazonii". Ten zapomniany świat przybliża film "W objęciach węża" >>

W canneńskiej sekcji Directors' Fortnight "W objęciach węża" zdobyło Art Cinema Award, a teraz będzie reprezentowało Kolumbię w wyścigu o Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Mam jednak do filmu spore pretensje o to, że nie jest lepszy. Przede wszystkim, z ponad dwugodzinnego dramatu przygodowego dałoby się wyciąć sporo materiału. Całość trwa zdecydowanie zbyt długo i męczy tak, jakby rzeczywiście brało się udział w tej wyprawie (czyżby nowy wymiar kina?). Ponadto, "W objęciach węża" nie może nie budzić skojarzeń z "Jądrem ciemności" i ostatnim aktem "Czasu apokalipsy". Może to bluźnierstwo, ale część, w której trafiamy na włości pułkownika Kurtza, nigdy nie należała do moich ulubionych.

Ocena: 3/6



"W objęciach węża", dramat, Kolumbia, Wenezuela, Argentyna 2015, 125 min., reż. Ciro Guerra, występują: Nilbio Torres, Antonio Bolivar, Yauenkü Miguee, Jan Bijvoet, Brionne Davis

Pełna tajemnic wyprawa do jądra ciemności w "W objęciach węża" >>

Listy do M. 2

Od premiery pierwszej części jednego z największych polskich hitów minęły cztery lata. Za długo. Trzeba było iść za ciosem i kuć żelazo, póki gorące. "Listy do M. 2" każą wygrzebywać z mroków pamięci to, czego dowiedzieliśmy się na temat bohaterów filmu Mitji Okorna. Scenarzyści Karolina Szablewska i Marcin Baczyński nie kryli wtedy inspiracji "To właśnie miłość". Polskie podejście do tematu okazało się zaskakująco udane. Niestety, żelazo ostygło i tej zimy nie zastąpi nam koksowników.

W 2015 roku interesujące wątki i sympatycznych bohaterów policzyć można na palcach jednej ręki. Miło znowu zobaczyć Macieja Stuhra w roli sympatycznego radiowca, naprawdę świetne momenty ma muzyk, w którego wciela się Maciej Zakościelny, Julia Wróblewska (Tosia) nieoczekiwanie zaczyna wykazywać talent aktorski, a Tomasz Karolak jest znośny. Czasu ekranowego niemal zupełnie pozbawiony zostaje Wojciech Malajkat - jeden z najlepszych elementów pierwszej części. Główny problem filmu polega jednak na tym, że podczas gdy "Listy do M." przypominały "To właśnie miłość", ich kontynuacja przypomina przeciętny serial stacji TVN.

Może to wina Macieja Dejczera, który na stanowisku reżysera zastąpił Okorna. Może Szablewska wykonywała ważną robotę i powinniśmy żałować, że w duecie scenarzystów zastąpił ją Mariusz Kuczewski. Pewne jest to, że "Listy do M. 2" nie są już równie przyjemne co wspólna wieczerza w rodzinnym gronie - przypominają raczej długą listę przedświątecznych zakupów, przez które trzeba się przebić, aby dobrnąć do tych zaledwie paru miłych chwil. Być może druga część zasługiwałaby na więcej łaski, gdyby poprzednia odsłona nie udowodniła, że Polak naprawdę potrafi. Niestety, nie zawsze mu wychodzi.

Ocena: 2/6



"Listy do M. 2", komedia rom., Polska 2015, 90 min., reż. Maciej Dejczer, występują: Maciej Stuhr, Roma Gąsiorowska, Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Piotr Adamczyk

Powrót do Itaki

Amadeo to strudzony Odyseusz, wracający po latach do swej Itaki (czyt.: do Hawany). Z tej okazji dawni przyjaciele organizują skromne spotkanie, na które umówiliby się pewnie przez Naszą Klasę, gdyby tylko dostęp do sieci był łatwiejszy i tańszy. Ale Kubańczycy mają większe zmartwienia niż drogi internet. Starzy znajomi popijają więc drinki i rozprawiają na temat podłego losu, swoich dawnych przygód oraz ogromnego zawodu, jaki sprawiła im rewolucja.

Gdy francuski reżyser Laurent Cantet (zdobywca Złotej Palmy za "Klasę" z 2008 r.) kręcił jedną z nowelek składających się na "7 dni w Hawanie", odkrył pisarza Leonarda Padurę. Tak narodził się pomysł nakręcenia krótkiego metrażu, bardzo luźno inspirowanego jedną z powieści Kubańczyka, ale ostatecznie panowie wspólnie zrobili pełnometrażowy "Powrót do Itaki". To chyba jeden z tych przypadków, w których sprawdza się powiedzenie, że pierwsza myśl zawsze jest najlepsza.

Najmocniejszym wizualnym efektem w filmie jest zapadnięcie zmierzchu. Tematy i problemy bohaterów zostały już setki razy rozpatrzone - zwłaszcza Polacy zdążyli przepracować podobne konfrontacje z przeszłością i poodgrzebywać stare, polityczne rany. Nie jest tak źle, żeby na dramacie Canteta trudno było wysiedzieć, ale "Powrót do Itaki" ma tego pecha, że wchodzi na ekrany w tym samym czasie, co "Steve Jobs". Oba są tak naprawdę filmami teatralnymi, składającymi się wyłącznie z dialogów. Na tle swojego bezpośredniego rywala, rozmowy prowadzone w "Powrocie..." wypadają jeszcze bladziej.

Ocena: 2/6



"Powrót do Itaki", obyczajowy, Francja 2015. 95 min., reż. Laurent Cantet, występują: Isabel Santos, Jorge Perugorria, Fernando Hechavarria, Nestor Jimenez, Pedro Julio Diaz Ferran, Carmen Solar, Rone Luis Reinoso, Andrea Doimeadios

Sawa. Mały wielki bohater

Wioskę małego Sawy pustoszą hieny (dlaczego zawsze muszą to być hieny?). Chłopiec jest ostatnią nadzieją na ocalenie ukochanej matki i pozostałych mieszkańców. Sawa wyrusza w niebezpieczną podróż, na trasie której spotka ostatniego białego wilka, śmiesznego różowego stworka i przeklętego księcia. Razem przeżyją wiele przygód, a w wielkim finale stoczą walkę ewidentnie inspirowaną "Hobbitem: bitwą pięciu armii".

Zapożyczeń, jak można się spodziewać, jest w "Sawie" dużo więcej. Rosyjska animacja nawet się jednak nie umywa do największych hitów Disneya czy Pixara, z których czerpią dzisiaj - z marnym skutkiem - wszystkie małe europejskie studia. Warstwa techniczna także pozostawia wiele do życzenia.

Ciekawostka: angielski dubbing to wspaniały powrót do lat 90. - czeki zainkasowali m.in. Milla Jovovich, Whoopi Goldberg, Sharon Stone i Joe Pesci. W polskiej wersji językowej udział wzięli m.in. Piotr Fronczewski, Bohdan Łazuka i Anna Dereszowska. Dubbing i zaledwie parę niezłych pomysłów (komar na ramieniu szlachcica, postać maga) nie ratują "Sawy" przed bezwzględną porażką. Cartoon Network czy Disney Channel będą odpowiedniejszymi propozycjami na weekend.

Ocena: 1/6



"Sawa. Mały wielki bohater", animacja, dla dzieci, Rosja 2015, 95 min., reż. Maxim Fadeev, występują: Olga Seryabkina, Konstantin Khabenskiy, Armen Dzhigarkhanyan, Grigoriy Leps

Git

Weteran pośród osadzonych w zakładzie karnym w Łęczycy, trzęsący placówką "Kuba" (Włodzimierz Matuszak, znany przede wszystkim jako proboszcz z "Plebanii"), zostaje zamordowany przez współwięźnia tuż przed końcem długiej odsiadki. Dziennikarz, który niedawno przeprowadzał z nim wywiad, postanawia wrócić na miejsce zbrodni i dociec prawdy o zabójstwie.

"Git" to debiut reżysera i scenarzysty Kamila Szymańskiego. Szukając w obsadzie znanych twarzy, natknąć się można jeszcze na Arkadiusza Detmera, Grzegorza Kowalczyka czy Justynę Sieniawską.

Dramat sensacyjny Szymańskiego to kolejny film od dystrybutora niesławnego "Ostatniego klapsa". Nowej produkcji nie widziałem, ale bazując na dotychczasowych doświadczeniach i zwiastunie, ośmielę się zaryzykować tezę, iż użyte w zajawce hasło: "Z kina możesz wyjść. Stamtąd nie", może okazać się proroczym strzałem w kolano.



"Git", dramat sensacyjny, Polska 2015, 70 min., reż. Kamil Szymański, występują: Włodzimierz Matuszak, Arkadiusz Detmer, Grzegorz Kowalczyk