Jennifer Lawrence jako Katniss rwie się do walki, Angelina Jolie i Brad Pitt w rolach małżonków przeżywających kryzys [NA CO DO KINA]

W kinach oczekiwana premiera ostatniej, najbardziej ponurej części "Igrzysk śmierci: kosogłosa. Część II". A także "Slow West", nietypowy western z Michaelem Fassbenderem w roli łowcy głów i "Victoria" - prawdziwe pojedyncze ujęcie, film, który pozwala zapomnieć o "Birdmanie". Podpowiadamy, na co wybrać się do kina.
Slow West

Nastoletni panicz ze Szkocji (Kodi Smit-McPhee, "Droga") przybywa na Dziki Zachód za swoją wielką miłością. Spotyka tajemniczego rewolwerowca (Michael Fassbender), zdziwionego tym, że żółtodziobowi udało się tak długo unikać śmierci w tak niegościnnym miejscu. Mężczyzna odeskortuje chłopaka do ukochanej w zamian za gotówkę, ale jego intencje są prawdopodobnie odrobinę bardziej niejasne...

"Slow West" to pełnometrażowy debiut Johna Macleana, w przeszłości znanego przede wszystkim jako członek szkockiego zespołu The Beta Band. Wiele wskazuje na to, że kariera filmowca będzie dla niego jeszcze bardziej udana. Ze względów budżetowych, tradycyjne westernowe okolice odgrywane są tu przez Nową Zelandię, co zaowocowało pięknymi zdjęciami i krajobrazami. Wśród aktorów warto zwrócić jeszcze uwagę na odgrywającego okutanego w futro łowcę nagród Bena Mendelsohna ("Lost River").

"Slow" występuje w tytule nie bez kozery. Drugi akt może się trochę dłużyć, ale wszystko zostaje wynagrodzone w ostatnich minutach i fenomenalnie zaserwowanej kulminacji. Obraz, który zgarnął nagrodę dla najlepszego filmu zagranicznego na ostatnim festiwalu w Sundance, jest połączeniem typowego westernu z filmem o dojrzewaniu i balladą pisaną przez beznadziejnie zakochanego poetę, podlaną sporą dawką bardzo czarnego humoru. Widzów lubiących podsumowywać liczbę ekranowych trupów czeka na końcu miły bonus.

Ocena: 4/6



"Slow West", thriller, western, Nowa Zelandia, Wielka Brytania 2015, 84 min., reż. John Maclean, występują: Michael Fassbender, Kodi Smit-McPhee, Caren Pistorius, Ben Mendelsohn, Rory McCann

Victoria

Tytułowa bohaterka (wyśmienita Laia Costa) próbuje odnaleźć się w Berlinie po przeprowadzce z Hiszpanii. Pewnej nocy, wracając z klubu, natyka się na grupkę młodych mężczyzn. Podchmieleni panowie nie wzbudzają zaufania, ale Victoria podświadomie szuka przygody, jakiegoś sensu w życiu. Zresztą, Sonne (równie dobry Frederick Lau) wydaje się naprawdę sympatyczny. Afterparty zaczyna się od młodzieńczych wygłupów, ale szybko przeradza się w kryminalną intrygę...

Filmy nakręcone jednym ujęciem dzielą się na te, które tylko udają oraz te, które naprawdę zostały tak nakręcone. Zapomnijcie więc o sprytnie zmontowanym "Birdmanie" - "Victoria" to prawdziwe pojedyncze ujęcie, realizowane pomiędzy 4:30 a 7:00. Przygotowania, które należało poczynić i choreografia, którą należało wymyślić i spamiętać, aby cel osiągnąć, musiały być tytaniczne. Ale opłacało się. Efekt jest znakomity i podobno udało się go osiągnąć już przy trzecim podejściu. Scenariusz? Liczy 12 stron. Większość dialogów zostało zaimprowizowanych. Reżyser Sebastian Schipper ("Mój przyjaciel", "Giganci") nie zebrałby budżetu, gdyby nie obiecał producentom, że - w ostateczności - dostarczy film w wersji zmontowanej. Taka podobno istnieje, ale twórca uważa, że nie jest zbyt dobra.

Obraz robi wrażenie przede wszystkim stroną techniczną, ale to również naprawdę wciągająca, interesująca opowieść. "Victoria" zdobyła sześć niemieckich nagród filmowych: dla najlepszego filmu, reżysera, za obie role pierwszoplanowe, zdjęcia (Sturla Brandth Grovlen) i muzykę. Miała być także oscarowym kandydatem, ale została zdyskwalifikowana z powodu zbyt wielu dialogów prowadzonych w języku angielskim. Pozostałe kraje mogą być wdzięczne, bo o Oscara w przyszłym roku byłoby im niesamowicie trudno.

Ocena: 4/6



"Victoria", dramat, kryminał, Niemcy 2015, 140 min., reż. Sebastian Schipper, występują: Laia Costa, Frederick Lau, Franz Rogowski, Burak Yigit

Igrzyska śmierci: kosogłos. Część II

Wojna między Kapitolem a rebeliantami dobiega końca. Buntownicy muszą wreszcie przeprowadzić ostateczne uderzenie. Katniss (Jennifer Lawrence) rwie się do walki, by pomścić zranionego na duszy i umyśle Peetę (Josh Hutcherson) i osobiście skrócić panowanie prezydenta Snowa (Donald Sutherland). Przewodząca rebelii Alma Coin (Julianne Moore) ani myśli jej na to pozwolić. "Igrająca z Ogniem" to cenna maskotka, ale żeby od razu posyłać ją na front?

Reżyser Francis Lawrence wyciska z materiału, ile się da. W ramach drugiej odsłony cyklu udało mu się zrealizować de facto zdecydowanie bardziej udany remake pierwszej części - jedynej, której nie wyreżyserował - a teraz wykreował być może najlepsze sceny akcji w całej serii. Nie znaczy to, że akcji jest dużo. Finał "Igrzysk..." wciąż ma najwięcej wspólnego z przegadanym pierwszym "Kosogłosem". Po raz pierwszy jednak, polityka jest tu naprawdę brudną i dorosłą grą niczym w "House of Cards", a nie w ekranizacji podręcznika do WOS-u dla klas najmłodszych. Bohaterowie przekonują się, do czego prowadzi wojna i jak różne mogą być metody jej prowadzenia. Przez każdą ze stron. Cel uświęca środki.

Sporemu ładunkowi emocjonalnemu i ciężarowi przesłania "Kosogłosa. Części 2" wyraźnie przeszkadza ograniczenie wiekowe (od lat 12). Gdyby podnieść tę granicę o parę lat, film dałoby się zrealizować o wiele lepiej. Niestety, ponury charakter "Kosogłosa" niemal kompletnie wyklucza występy Haymitcha Abernathy'ego (Woody Harrelson) czy Effie Trinket (Liz Banks). Zdecydowanie największy popis daje Sutherland. Losy miłosnego trójkąta robią się jeszcze bardziej przewidywalne i nieciekawie poprowadzone. Innymi słowy, drugi "Kosogłos" nie zaskakuje: igrzyska zostają zamknięte na podobnym - przeciętnym - poziomie, na jakim prowadzona była cała seria.

Ocena: 3/6



"Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2", akcja, Sci-Fi, USA 2015, 145 min., reż. Francis Lawrence, występują: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman, Julianne Moore, Willow Shields

Parking

Nie ufajcie zbytnio reklamującym filmy opisom, bo możecie się srodze zawieść. "Parking" przedstawiany jest jako zwariowany komediodramat, ale choć zarzewie konfliktu ma w sobie wiele z absurdalnej komedii, to węgierskiemu filmowi dużo bliżej do bardzo poważnego dramatu.

Legionista (Ferenc Lengyel, czyli rumuński Vin Diesel z kapką Petera Stormarego) nadzoruje miejski parking. To postać tajemnicza i małomówna, ale bezkonfliktowa, przynajmniej dopóki ktoś zachowuje się w porządku wobec niego. Bogaty biznesmen Imre (Tibor Szervet), który zawsze dostaje to czego chce, ma jednak ochotę postawić swoje odpicowane auto na jedynym miejscu, które jest dla parkingowego święte. Tak rozpoczyna się między nimi walka - a jakże - na śmierć i życie.

"Parking" to skromny obraz, opowiadający o starciu dwóch zupełnie odmiennych światopoglądów i stylów życia. Chociaż sympatia widza ulokowana być powinna bardziej po stronie bohatera z ludu, to i majętnemu posiadaczowi nie można chwilami odmówić racji. Zdarzają się momenty zabawne, ale rzecz jest raczej gorzka, sentymentalna i nostalgiczna.

Ocena: 3/6



"Parking", komediodramat, Węgry 2014, 91 min., reż. Bence Miklauzie, występują: Ferenc Lengyel, Tibor Szervet, Lia Pokorny, Zoltan Rajkai, Simon Miklauzic

Nad morzem

Francuskie wybrzeże, lata 70. W malowniczej mieścince zjawiają się, przechodzący małżeński kryzys, Angelina Jolie i Brad Pitt. Jolie i Pitt noszą fikcyjne nazwiska, ale - nie oszukujmy się, skoro oni też nie próbują - oglądamy fabularyzowaną wersję ich prawdziwego życia. I tylko trudno uwierzyć w to, że ich prawdziwe życie może być równie nudne.

Jolie czyta książkę. Pitt zapija się w barze, by zapomnieć o kryzysie twórczym i kryzysie w domu. Następnego dnia, Jolie czyta książkę. Pitt zapija się w barze. Następnego dnia... Na szczęście, jest jeszcze para sąsiadów, których Jolie i Pitt podglądają przez dziurę w ścianie (!), co pomaga głównym bohaterom się do siebie zbliżyć. Atmosfera filmu sugeruje, że może wydarzyć się coś gwałtownego, ale przecież wiadomo, że nic takiego nie może stać się Jolie ani Pittowi. Z kolei śmierć lub zbrodnia u sąsiadów odwróciłyby uwagę widzów od Jolie i Pitta, a tego przecież nie chcemy. Zresztą, Jolie nakręciła film i napisała scenariusz, naoglądawszy się zbyt dużo Antonioniego, a nie Hitchcocka. Ujawnienie finałowej tajemnicy (niektórzy - zwłaszcza czytelnicy plotkarskich magazynów - domyślą się jej dużo wcześniej) - w prawdziwym życiu bez wątpienia tragicznej, ale jakże szalenie niefilmowej - to ostateczny cios zadany widzowi, który spędził w kinie zupełnie bezcelowe dwie godziny z naddatkiem.

Doskonała ścieżka dźwiękowa to jedyne, co Jolie umiejętnie zapożyczyła z artystycznego kina europejskiego. Na uwagę zasługuje także błyskotliwy sposób zmontowania poszczególnych scen melodramatu. Niestety, nadal są to sceny ukazujące długie nogi Jolie, piękny profil Jolie i niespodziewanie dorodny biust Jolie. Gościnnie: (niekoniecznie) seksowne miny Pitta. Ach, jak oni patrzą w dal. Jak oni cierpią. Ale jacy oni są przy tym piękni. To ważne, żeby widz nie uronił żadnego z tych szczegółów. Jolie i Pitt powinni za to obejrzeć "Oczy szeroko zamknięte" Kubricka.

Ocena: 2/6



"Nad morzem", romans, melodramat, USA 2015, 130 min., reż. Angelina Jolie, występują: Brad Pitt, Angelina Jolie, Mélanie Laurent, Melvil Poupaud, Niels Arestrup, Richard Bohringer, Marika Green, Sarah Naudi

Bez granic

Mały chłopiec całe dnie wałęsa się po wraku statku w niebezpiecznej strefie przy granicy. W spokoju łowi tam ryby i po prostu spędza czas. Pewnego dnia, na pokładzie zjawia się uzbrojony rówieśnik, który dzieli przestrzeń i ustanawia nieprzekraczalną granicę. Mimo niebezpieczeństwa, główny bohater ani myśli mu na to pozwolić. Spróbuje znaleźć sposób, by znieść sztuczny podział i odkryć, dlaczego sąsiadowi tak bardzo zależy na odgrodzeniu się od świata.

Metafora debiutanckiego filmu Amirhosseina Asgariego jest dość oczywista. Reżyser i scenarzysta zastanawia się, dlaczego ze sobą walczymy i czy dzielenie ludzi ma jakikolwiek sens. Niebezpieczny to bowiem świat, w którym nawet dzieci bawią się w wojujących dorosłych. A może to dorośli, ze swoimi głupimi wojenkami, zachowują się bezmyślnie jak dzieci?

W idealnym świecie, można by twórcy tylko przyklasnąć. Niestety, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana, a ludzkość odeszła od hippisowskich ideałów już bardzo daleko. Irański dramat nie wpada na podobne przemyślenia pierwszy, a ponieważ jest dość monotonny i niespecjalnie wciągający, a pierwsze dwa akty rozgrywają się niemal bez słów, seans to dość męczący. Jeśli jednak lubicie dawać szanse debiutantom, możecie porwać się na "Bez granic".

Ocena: 2/6



"Bez granic", dramat, Iran 2014, 100 min., reż. Amirhossein Asgari, występują: Alireza Baledi, Zeynab Naserpour, Arash Mehraban

Więcej o: