101 proc. Tarantina w Tarantinie. Iść na "Nienawistną ósemkę"? Odpowiedź jest prosta. 8 powodów [RECENZJA]

Opinie na temat nowego filmu Quentina Tarantina są zróżnicowane, choć, naturalnie, przeważają te pozytywne. Nie mam wątpliwości, że odpowiedź na pytanie fundamentalne - "czy iść?" - jest prosta. Jeśli jesteś fanem Tarantina - koniecznie. Jeśli nie, raczej daj sobie spokój. Autor postarał się tu o dużą zawartość Tarantina w Tarantinie.
Łowca nagród (Kurt Russell), słynący z dostarczania katom żywych przestępców, wiezie wartościową zdobycz (Jennifer Jason Leigh) na stryczek. Załamanie warunków pogodowych skłania go do zabrania na pokład dyliżansu podejrzanych pasażerów, z którymi ląduje wkrótce w lokalu pełnym osobliwych postaci. Mężczyzna jest pewny, że ktoś spróbuje odbić przestępczynię lub połasić się na sowitą nagrodę. Przetrwanie śnieżycy w małym zajeździe w takim towarzystwie może okazać się najtrudniejszą z misji.



Po pierwsze aktorzy



Tarantino ma świadomość, że jego największą spuścizną mogą być wymyślone przez niego postaci. Doskonale wie też, jak ważne jest idealne dobranie aktora do roli. Dlatego zazwyczaj wymyśla bohaterów, mając w głowie konkretnych aktorów i wierzy w swych ulubieńców, zatrudnianych przez niego do kolejnych filmów. Nie inaczej jest w "Ósemce".

Chociaż Samuel L. Jackson nieco męczył już wszystkich, bez przerwy wcielając się w uwielbianego przez widzów na całym świecie Samuela L. Jacksona, to w tym filmie robi to naprawdę koncertowo! Wiecznie odgrywający tę samą postać Christoph Waltz także zaczynał denerwować kinomanów i dlatego Tarantino zastosował rewolucyjne rozwiązanie - w jego najnowszym dziele w Waltza wciela się Tim Roth! Aktor robi Waltza naprawdę perfekcyjnie i - dla odmiany - całkiem miło dla oka. Co bardziej nieuważni dopiero z napisów dowiedzą się, który z tej dwójki zagrał w "Ósemce". Na deser, fenomenalne role Kurta Russella i Waltona Gogginsa oraz zyskująca z każdą minutą seansu Jennifer Jason Leigh. Jest kogo i za co oglądać!

Po drugie dialogi



Wielu miłośników Tarantina stwierdzi pewnie, że jego kino dialogami stoi. Owi delikwenci poczują się jak gdyby umarli i poszli do nieba - "Nienawistna ósemka" to Tarantino robiący Teatr Telewizji. Po kilkudziesięciu minutach przejażdżki dyliżansem, widzowie zostają zamknięci z bohaterami w zajeździe, którego nie opuszczają do końca trzygodzinnego seansu.

Pierwsza połowa filmu to niekończące się dialogi. Wiele z nich to prawdziwe perełki. Już sobie wyobrażam miłośników reżysera, zamęczających współbiesiadników owymi grepsami podczas zimowych imprez. Niestety, Tarantino nie zna umiaru. Film jest jednak ciut zbyt przegadany i z niekończących się dyskusji można by wyciąć naprawdę sporo bez uszczerbku dla niczego poza ego reżysera. Gdy perory bohaterów zaczynają naprawdę nużyć...

Po trzecie przemoc



...Tarantino opamiętuje się i rozpoczyna swoją firmową rozwałkę. To moment, w którym pożałowałem, że zacząłem zżymać się na nadmiar dialogów. Jasne, doskonale wiem, że "gadka + rozpierducha = Tarantino", i reżyserowi znów udało się nakręcić kilka pięknie krwawych scen, ale Tarantino naprawdę starał się zawrzeć tu 101 proc. siebie, a dla mnie to już odrobinę za wiele.

Wierzę, że wielu kinomanom ten festiwal flaków przypadnie do gustu, ale gwarantuję, że takiej parady wymiocin nie widzieliście jeszcze w żadnej głupiej komedii, krytykowanej za obowiązkowe, raczej nieśmieszne żarty z ich wykorzystaniem. Tarantino miesza krew z fragmentami mózgów oraz zawartością żołądka, wyciągniętą z ludzkiego wnętrza zarówno za pomocą odruchów wymiotnych jak i pocisków z broni palnej, a w całej tej mieszance nurza twarze swoich bohaterów. Smacznego!

Po czwarte kryminał



Prysznic wzięty? Możemy wrócić do problemu bohaterów. Wszyscy są interesujący i ciągną się za nimi jakieś - prawdziwe bądź zmyślone - fascynujące historie. Kłopot w tym, że wszyscy są źli. Jasne, jednym kibicuje się bardziej, niż innym, ale epitet w tytule nie wziął się z niczego. Tarantino na trzy godziny zamyka widza w ciasnym pomieszczeniu z grupką złych ludzi. Czy możemy się z nimi dobrze bawić? Pewnie tak. Czy chcielibyśmy, żeby ktoś poza nami opuścił ten lokal? Niekoniecznie... Zrobienie filmu bez pozytywnych bohaterów rzadko uchodzi twórcy na sucho.

Totalne oparcie dzieła na dialogach i zamknięcie postaci w jednym pomieszczeniu sprawia, że "Nienawistna ósemka" kojarzyć się będzie najbardziej ze "Wściekłymi psami". Gdyby wyjść poza twórczość Tarantina, mamy tu tak naprawdę do czynienia z... kryminałem w stylu Agathy Christie. Wiadomo, że ktoś nie jest tym za kogo się podaje. Ktoś "zabił" (albo dopiero zabije). Poszlaki są na wyciągnięcie ręki, ale jesteśmy niczym ofiara zabawy, w której trzeba opuścić pokój a potem wrócić i stwierdzić, co w nim się zmieniło. Jeśli wcześniej w nim nie byliśmy albo nie patrzyliśmy wystarczająco uważnie, rozwikłanie zagadki z pewnością nas przerośnie.

Po piąte USA



Tarantino rozprawiał się już z II wojną światową i nazizmem, a przy okazji "Djanga" zahaczył też o temat niewolnictwa, ale dopiero teraz zajął się na serio historią Stanów Zjednoczonych (łatwo się jednak domyślić, że twórca opowiada tak naprawdę o współczesności). Akcja "Nienawistnej ósemki" toczy się parę lat po wojnie secesyjnej i to jej przyczyny oraz skutki są głównym tematem filmu. Jeśli twórca pozwolił, by cokolwiek przesłoniło mu zabawę, to taką lepszą sprawą mogło być dla niego tylko równościowe przesłanie dzieła.

Kolor skóry bywa bardzo poważną motywacją działań bohaterów, a od "czarnuchów" i wszelkich wyrazów pochodnych jest tu naprawdę, naprawdę gęsto! Takie teksty wywołują raczej śmiech widowni. Bardziej nieswojo można poczuć się, gdy bohaterowie naprawdę obcesowo obchodzą się z filmową przestępczynią. W Ameryce wywołało to nawet falę oskarżeń o mizoginię, ale trzeba wiele złej woli, by akurat u tego twórcy dopatrywać się podobnych motywacji.

Po szóste śnieg



Nie tylko z filmów tego twórcy wiemy, że krew na kwiatach i na śniegu wygląda poetycko i efektownie. Niewątpliwie jednak Tarantino bez przerwy dojrzewa jako artysta i staje się coraz sprawniejszym rzemieślnikiem. Razem ze swym nadwornym operatorem, Robertem Richardsonem, będącym także stałym współpracownikiem Martina Scorsesego, komponuje w "Ósemce" przepiękne kadry, które dla wielu widzów przejdą do historii.

Konie galopują majestatycznie, widok śnieżycy zachwyca i przeszywa dojmującym chłodem, a podziwianie krajobrazów mogłoby zastąpić całą historię. Przy okazji "Krainy lodu" pisałem, że mamy do czynienia z najpiękniejszym animowanym śniegiem w historii. Tu obcujemy z jednym z najefektowniejszych rzeczywistych opadów.

Po siódme muzyka



Tarantino zawsze znakomicie dobierał piosenki do swoich obrazów. Z tym nie ma dyskusji. Nie należałem jednak nigdy do fanatyków, którzy uważali ścieżki dźwiękowe z jego filmów za największe arcydzieła w branży i zasłuchiwali się w nich wieczorami przez długie miesiące po premierze kolejnych filmów. Płyty z muzyką z "Ósemki" nie kupię, ale to kolejny fantastyczny dodatek do kolekcji Amerykanina.

Tarantino zawsze znakomicie dobierał piosenki, choć nie zgadza się z tym Ennio Morricone, który jeszcze parę miesięcy przed premierą filmu zarzekał się, że nigdy z Tarantinem współpracował nie będzie. Po spotkaniu z reżyserem nie tylko zmienił zdanie, ale napisał też fenomenalny główny temat (i wiele minut muzyki), który stanowi wisienkę na torcie kolejnej składanki piosenek z odtwarzacza Amerykanina.

Po ósme hejterzy



"Nienawistna ósemka" raczej nie zapisze się w historii jako największe dzieło Quentina Tarantina, ale to świetny (choć niepozbawiony wad) film, który z pewnością zadowoli jego fanów. Nieprzekonani raczej pozostaną nieprzekonani, ale to chyba uczciwy interes, prawda? Można jedynie obawiać się o to czy Tarantino nie zaczyna się trochę za bardzo powtarzać. Czy będzie jeszcze w stanie kiedykolwiek nas zaskoczyć?

Ja jestem bardzo wdzięczny polskiemu dystrybutorowi, który w tych smutnych językowo czasach nie zdecydował się na zaskoczenie nas fajnym, współczesnym tytułem. "Hejterska ósemka" to rzecz, której naprawdę nie chciałbym oglądać.