Ojcowie i córki

Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Jake (Russell Crowe) to uhonorowany Nagrodą Pulitzera pisarz, który nie może sobie poradzić z wychowaniem córeczki po wypadku samochodowym, który uczynił go wdowcem. Ćwierć wieku później, dorosła Katie (Amanda Seyfried) także ma trudności z nawiązaniem zdrowych relacji z innymi ludźmi.

Scenariusz debiutanta Brada Descha długo zalegał na półce z opowieściami, które warto zrealizować. Zlecenie dostał wreszcie Włoch Gabriele Muccino, reżyser bezlitosnego wyciskacza łez "Siedem dusz" czy "Ostatniego pocałunku", przerobionego później w Hollywood na znakomity komediodramat "Przyjaciele". Muccino nigdy wcześniej nie zgromadził aż tak doborowej obsady - poza (różnie ocenianymi za swój występ) Crowe'em i Seyfried, w dramacie pojawiają się m.in. Aaron Paul, Diane Kruger, Quvenzhane Wallis, Jane Fonda czy Octavia Spencer.

Rozumiem zarzuty krytyków, nazywających reżysera "W pogoni za szczęściem" Nicholasem Sparksem rodzinnych dramatów, ale jego dzieła mają w sobie nieodparty urok, nawet jeśli żerują na najprostszych uczuciach. Nigdy wcześniej amerykańscy recenzenci nie oceniali jednak jego filmu tak słabo, narzekając m.in. na patetyczne, miałkie dialogi i ogólną, nieznośną ckliwość. "Ojców i córek" jeszcze nie widziałem, ale mam nadzieję, że w tych opiniach jest sporo przesady.



"Ojcowie i córki", dramat, USA, Włochy 2015, 116 min., reż. Gabriele Muccino, występują: Russell Crowe, Amanda Seyfried, Aaron Paul, Diane Kruger