Statki kosmiczne i roboty? Coraz mniej się liczą. Fantastyka powraca do kin w zupełnie nieoczekiwany sposób

Majestatyczne statki kosmiczne, efektowne laserowe strzelaniny, intrygujące roboty, przerażające potwory - to stereotypowy zestaw ekranowych elementów fantastycznych. W tych filmach nie ma ich za grosz. Ale i tak nie można oderwać od nich wzroku.
Kiedy myśli się o fantastyce w kinie, przed oczami niemal natychmiast wyświetlają się obrazy z tych wszystkich klasycznych filmów science fiction. Tych z górnej półki, jak choćby "Odyseja kosmiczna 2001" Stanleya Kubricka czy tych, które zdawały się być z półek trochę niższych, ale okazały się mieć w sobie znacznie więcej niż to, co niesie ze sobą komercyjne kino: z "Gwiezdnych wojen", "Obcych" czy "Blade Runnera". A więc statki kosmiczne, majestatycznie przesuwające się przed kamerą, a więc roboty o wymyślnych kształtach i zwyczajach, a więc wyrafinowane rodzaje broni, spopielające przeciwników w mgnieniu oka.

Taka fantastyka jest dziś w mocnym odwrocie, zdecydowanie oddając pola lepszym i gorszym filmom o komiksowych superbohaterach. Za to nieoczekiwanie rośnie w siłę nurt, który w tym kontekście wydaje się mocno zaskakujący i nad wyraz oryginalny.

Kameralność zamiast kosmicznego rozmachu

Niemal w tym samym czasie na ekrany amerykańskich kin trafiły cztery filmy, które - mimo kolosalnych różnic między nimi - można próbować umieścić do jednej kategorii: kina fantastycznego, w którym fantastyki pojmowanej tak, jak w klasycznym ekranowym science fiction, nie ma z zasadzie w ogóle, w których elementy fantastyczne potraktowane są tylko pretekstowo, jako element tła, wpływającego bardzo potężnie na losy bohaterów, a jednak usuniętego gdzieś na dalszy plan. Ba, w niektórych z tych tytułów tła wręcz zupełnie nie pokazywanego na ekranie, rozgrywającego się gdzieś w przestrzeni pozakadrowej, a jednak mającego kluczowe znaczenie dla rozwoju i charakteru akcji, a także decyzji bohaterów.

Wszystkie te filmy mają wspólną bardzo ważną cechę - tak naprawdę opowiadają o emocjach ludzi, którzy postawieni zostają - najczęściej właśnie za sprawą fantastycznego elementu akcji - przed trudnymi, nietypowymi wyborami etycznymi. To filmy o próbie, przed którą bohaterów stawiają niecodzienne sytuacje, jakieś kosmiczne wydarzenia, wpływające na zupełnie przyziemny świat. To filmy bardzo kameralne, żeby nie powiedzieć wręcz - intymne.

Budując bliskość na nowo

Najlepszy, najmocniejszy z nich jest, nieco paradoksalnie, ten w którym fantastyki na ekranie nie ma zupełnie. Jeszcze ciepłe dzieło kanadyjskiej reżyserki Patricii Rozemy "Into The Forest", pokazane w Nowym Jorku w ramach przeglądu najnowszego kina z kraju klonowego liścia, zorganizowanego przez TIFF. To agencja zajmująca się na co dzień przygotowywaniem coraz bardziej liczącego się w branży festiwalu filmowego w Toronto, ale poza tym promująca kanadyjskie kino na całym świecie.

Rozema opowiada w swoim filmie postapokaliptyczną historię dwóch sióstr - grają je Evan Rachel Wood i Ellen Page. Są odcięte od świata w leśnej głuszy, podczas nieokreślonej, nieopisanej, a przede wszystkim - nie pokazanej na ekranie katastrofy, za sprawą której, być może, cała reszta świata przestała istnieć.

To, co się tak naprawdę stało, dlaczego nie ma prądu i kontaktu z resztą ludzkości, szybko przestaje jednak zajmować reżyserkę.

Skupia się ona raczej na pokazaniu relacji między siostrami, które w coraz bardziej nieprzyjaznej sytuacji stają się sobie coraz bliższe, budując na nowo swoją relację, nie tyle odnosząc się do wspólnej przeszłości, ale raczej do potrzeb, które przynosi każdy kolejny dzień w ekstremalnych warunkach: bez prądu, jedzenia, schronienia i poczucia bezpieczeństwa.

Ojciec, przyjaciel i kosmici

Równie przejmującą historię, w której na pierwszy plan wysuwa się dramatyczna walka rodziców o dziecko, opowiada w swoim najnowszym filmie outsider amerykańskiego mainstreamu filmowego, Jeff Nichols. "Midnight Special" to w jakimś sensie kontynuacja jego filmu sprzed kilku lat, "Take Shelter", nie tylko dlatego, że w obu - iście imponująco - główną rolę gra ten sam aktor, wciąż niebyt niedoceniany Michael Shannon.

Kontynuacja w takim znaczeniu, że nowy film, tak jak "Take Shelter", mocno opiera się na niezachwianej wierze głównego bohatera w to, że to co robi jest słuszne. W "Midnight Special" Shannon gra ojca, który ukrywa kilkuletniego syna przed prześladowcami: z jednej strony - agentami federalnymi, z drugiej - przedstawicielami tajemniczego kultu. Ścigają oni dziecko, przekonująco zagrane przez małoletniego aktora, Jaedena Lieberhera, ze względu na jego niezwykłe, nie do końca wyjaśnione, umiejętności.

Nichols od pierwszych sekund filmu wrzuca widza w sam środek akcji, pędzącej jak dwaj mężczyźni na autostradzie w otwierającej sekwencji - z ojcem jedzie jego przyjaciel, jeszcze jedna znakomicie napisana postać, w którą wcielił się Joel Edgerton. Ale powód, dla którego się tak śpieszą, jest ukryty równie mocno, jak dziecko na tylnym siedzeniu.

I dopóki Nichols zostawia widza w niewiedzy i skazuje go na domysły, o co tak naprawdę chodzi, film nie pozwala nawet spokojnie odetchnąć. Trochę traci tempo pod koniec, kiedy reżyser nieco uchyla rąbka tajemnicy - na szczęście nie na tyle, żeby po pojawieniu się na ekranie napisów końcowych nie zostawić widza z całą serią pytań i wątpliwości.



Czy Goodman może być zły?

Jeszcze dalej idzie w swoim najnowszym filmie, wyprodukowanym przez wielkiego fana ekranowej fantastyki J.J. Abramsa, "10 Cloverfield Lane" Dan Trachtenberg. W ostatnich minutach filmu mówi prawie wszystko, ale to "wszystko" okazuje się tak zaskakujące, szokujące, a jednocześnie cały czas nie do końca dopowiedziane, że widz nie wie nawet za bardzo, o co się pytać i wobec czego mieć wątpliwości.

Amerykańcy krytycy mają z tym filmem spory problem - nie sposób napisać o nim choćby trzech zdań w taki sposób, żeby nie ujawnić którejś z jego tajemnic i szokująco zaskakujących zwrotów akcji. Już w ciągu pierwszych kilku minut film kilka razy zmienia ton i kierunek: od emocjonalnego filmu o rozstaniu, przez thriller z wypadkiem drogowym, do przerabianej przez kino niezliczoną ilość razy sytuacji uwięzienia głównego bohatera - w tym przypadku: bohaterki zagranej przez Mary Elizabeth Winstead - w tajemniczej piwnicy. A to dopiero początek. I więcej naprawdę nie można napisać, żeby nie zepsuć przyjemności oglądania.

Film w jakimś sensie składa się z samych klisz i scen, które wytrawni widzowie widzieli już wielokrotnie w różnych innych fabułach. Ale cała rzecz w tym, że Trachtenberg układa je w taki sposób, w jaki nie tylko nikt ich nigdy nie ułożył, ale taki, jaki wydawał się do tej pory zupełnie niemożliwy do ułożenia. Zwodzi widza niemal każdą sceną, ukrywa w nich szczegóły, które wytrącają odbiorcę z błogiego przekonania, że wie, co się zaraz stanie, ucieka od stereotypów i przyzwyczajeń - bo przecież czy John Goodman, ikona ekranowej poczciwości, może być zły?

A jednocześnie reżyser tworzy skomplikowaną mozaikę psychologicznych niuansów, które sprawiają, że oprawca w mgnieniu oka staje się tym, który ratuje życie, przyjaciel okazuje się wrogiem, albo dokładnie odwrotnie. Zaufanie w jednej chwili zamienia się w pełną nieufność, poczucie bezpieczeństwa znika bezpowrotnie, pomoc potrafi nadejść z zupełnie nieoczekiwanej strony, a strach przeradza się w heroizm.



Rozmawiałem z tobą czy z twoim awatarem?

W nieco inną stronę idzie w swoim filmie "Creative Control" Benjamin Dickinson. W jego obrazie nie ma ani śladu sensacyjnej akcji, pościgów, zasadzek i efektywnych bójek. Nie ma krwi i potu. Ale psychologiczne napięcie jest w nim równie silne, a emocje pulsują niemal przez cały czas trwania seansu.

Dickinson opowiada historię, która wydarzyć się może dosłownie lada dzień - zastanawia się i zadaje nader trafne pytania o to, jak upowszechnienie się wirtualnej rzeczywistości i technologii rzeczywistości poszerzonej wpłynie na postrzeganie świata przez ich użytkowników i na ich życie emocjonalne.

Gdyby tę historię odrzeć z jej lekko futurystycznego anturażu, okazałaby się śmiertelnie banalna: oto młody i przystojny pracownik agencji reklamowej - w tej roli sam Dickinson - znudzony i zmęczony swoim związkiem, zakochuje się w koleżance z pracy, na domiar złego - dziewczyną swego największego przyjaciela.

Ale stereotypowy biurowy romans nabiera zupełnie innego znaczenia za sprawą elementu science fiction, który reżyser wprowadza do tej opowieści. Oto bowiem, nie chcąc i nie mogąc realizować swojej fascynacji uroczą koleżanką, bohater wdaje się w "romans" z jej awatarem. Wykorzystuje w tym celu nowoczesne urządzenie do "augmented reality", które ma być przedmiotem kolejnej przygotowywanej przez niego kampanii reklamowej.

Dzięki temu film nabiera zupełnie innych kolorów. Bo oto okazuje się opowieścią antycypującą arcyciekawy temat, z którym dzisiejsze społeczeństwa będą musiały się zmierzyć nie dalej niż jutro: czy ludzie będą w stanie odróżnić sytuacje, zdarzenia, rozmowy, które będą się odbywały w przestrzeni wirtualnej od tych, które mają miejsce w rzeczywistości.



Jak w czasach komunistycznej cenzury

Wszystkie te filmy, choć z definicji fantastyczne, sprowadzają się tak naprawdę do analizy ludzkich zachowań, ludzkiej psychiki i emocji. Ich twórcy dokonują ciekawego eksperymentu, przenosząc współczesnych bohaterów do sytuacji, która kilkoma - należącymi do świata fantastyki - szczegółami różni się od znanej widzom zza murów sali kinowej rzeczywistości. Różni się na tyle, żeby w zupełnie innym świetle pokazać standardowe problemy etyczne, moralne, psychologiczne czy społeczne.

Tym samym twórcy wszystkich tych filmów wpisują się - świadomie czy też nie - w nurt fantastyki szczególnie mocny w Polsce czy szerzej, krajach Europy Wschodniej, na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Nurt zwany fantastyką socjologiczną, w której otoczka kosmiczna schodziła na dalszy plan, a istotą były rozważania o istocie tego, jak działa społeczeństwo i jak funkcjonuje człowiek, w sytuacji nagłej, niespodziewanej zmiany, dyskomfortu czy zagrożenia. Co prawda zupełnie inny był wówczas cel - często chodziło po prostu o ukrycie pod pancerzami robotów i panelami statków kosmicznych rozważań, które opisane w konwencji realistycznej nie miałby szans w starciu z cenzorem. Ale efekty uzyskiwane przez współczesnych twórców filmowych, stosujących tę samą strategię, są nader interesujące.



Komentarze (1)
Statki kosmiczne i roboty? Coraz mniej się liczą. Fantastyka powraca do kin w zupełnie nieoczekiwany sposób
Zaloguj się
  • fafarafafafa

    Oceniono 4 razy 2

    Szanowny Panie,
    Fantastyka, w szczególności SF, wtedy jest fantastyką, kiedy element fantastyczny jest konieczny dla fabuły - usunięcie elementu fantastycznego zmienia sens utworu. W przeciwnym razie jest to jedynie komedia/dramat/powieść lub film przygodowy osadzony w odpowiedniej scenografii.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX